Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Pogromcy tandetnego panteonu

Pogromcy tandetnego panteonu

Adam Danek

1.

Od półtora wieku polska historiografia zmaga się z osobliwym problemem – z epokami w dziejach naszego kraju, o których uchodzi mówić tylko pochwalnie. Kto ośmieli się nie schlebiać owym epokom, a zwłaszcza wydanym przez nie elitom przywódczym, kto pozwoli sobie na krytyczne spojrzenie na horyzonty myślowe, programy i politykę tych elit – ten niechybnie usłyszy lub przeczyta o sobie, że coś tam „szarga” i że dąży do podkopania uczuć patriotycznych rodaków. Tego rodzaju fetyszyzacji poddawano kolejno: czasy stanisławowskie, okres dziewiętnastowiecznych powstań (1830, 1846, 1848, 1863), lata odbudowy Państwa Polskiego (1918-1922) oraz polską kartę w historii II wojny światowej. (Opisywane zjawisko nie należy zresztą wcale do przeszłości – od kilkunastu lat fetyszyzuje się działalność „demokratycznej opozycji” w PRL, w stosunku do której ciągle wolno wyłącznie uprawiać chwalczość.)

W każdym z wymienionych powyżej przypadków znajdowali się jednak w końcu historycy na tyle uczciwi i odważni, by przełamać tabu. W swych pracach obnażali wszystkie błędy ludzi idealizowanej dotąd epoki, za jakie musieli potem płacić ich potomkowie. Oczywiście zanim ich wystąpienie odnosiło skutek, musieli stawić czoło wybuchowi furii i znosić gazetową nagonkę na swoje osoby.

I tak, od czasów rozbiorowych w polskim piśmiennictwie dominowała stuprocentowo pozytywna ocena dokonań ostatniego króla Pierwszej Rzeczypospolitej i skupionych wokół niego „oświeconych” reformatorów. Zainspirowani „zdobyczami” myśli zachodnioeuropejskiej, mieli oni podjąć tytaniczne dzieło unowocześnienia naszego państwa; jego naprawa faktycznie postępowała, co tak zaniepokoiło ościenne mocarstwa, iż czym prędzej najechały i rozebrały Polskę, aby zapobiec odzyskaniu przez nią siły. Obalił ten ogląd dopiero ultramontanin o. Walerian Kalinka (1826-1886), uprzednio przeprowadziwszy gruntowne badania archiwaliów z XVIII wieku. Rezultat swych poszukiwań zebrał w obszernych dziełach „Ostatnie lata panowania Stanisława Augusta” (1868) i „Sejm Czteroletni” (1880-1888), gdzie ukazał, w jak głębokim upadku intelektualnym i moralnym znajdowała się wówczas polska klasa polityczna, na co niemały wpływ wywarły modne oświeceniowe doktryny szerzące się w jej łonie. Obnażył również oportunizm i kunktatorstwo stanisławowskiej elity rządzącej, które zachęciły zaborców do wejścia na drogę faktów dokonanych. Natychmiast – a jakże – odezwały się głosy oskarżające ks. Kalinkę o nienawiść do własnej Ojczyzny. W odniesieniu do kilku dalszych dekad ojczystych dziejów utarła się natomiast opinia, że kto nie chwali powstań, ten nie jest patriotą, bo najwyraźniej pogardza szlachetnymi intencjami i walecznością powstańców. Poważny cios zadał jej rok 1859, kiedy na emigracji ukazały się artykuł o. Kalinki „O konspiracjach i działaniu jawnym” oraz praca konserwatywnego publicysty Juliana Klaczki (1825-1906) „Katechizm nierycerski”. Obaj autorzy odzierali powstańcze koncepty z mistyfikującej je nastrojowej otoczki, na chłodno analizując skutki wprowadzania ich w życie. Wzniecając – na zasadzie „jakoś to będzie” – zbrojne zrywy pozbawione szans zwycięstwa, powstańcy nie tylko prowokowali okresowo pacyfikacje Polski przez zaborców i likwidację przez nich kolejnych instytucji polskiego życia narodowego, ale i utwierdzali ich w mniemaniu, iż skoro zwykłe represje nie potrafią zmusić Polaków do spokoju, można go osiągnąć jedynie metodą trwałego ich wynarodowienia. Mało tego. Rozwijając działalność spiskową i agitacyjną, tworząc organizacje paramilitarne, zakładając w konspiracji samozwańcze rządy i trybunały, powstańcy niszczyli fundamenty ładu społecznego, który naród przechował pomimo utraty państwa i nastania obcej władzy. Wypowiedzi dwóch zachowawców uznano w emigracyjnych kręgach za świecki odpowiednik bluźnierstwa. W Kraju sąd wojenny nad bezmyślnym kultem powstań nastąpił, gdy zaczęli na ich temat publikować kombatanci ostatniego z nich – krakowscy Stańczycy. Wypada tu wymienić takie dzieła jak: prof. Józefa Szujskiego (1835-1883) „Kilka prawd z dziejów naszych” (1867) i „O fałszywej historii jako mistrzyni fałszywej polityki” (1877) oraz Stanisława Koźmiana (1836-1922) „Bezkarność” (1875) i monumentalną „Rzecz o roku 1863” (1894-1895). Przy okazji dyskutowania o ich kolejnych pracach nawet tym byłym powstańcom styczniowym nie oszczędzono oskarżeń o plucie na Polskę i na powstańcze mogiły. W międzywojniu analogiczną reakcję wywoływały opracowania krytyczne wobec decyzji i działań podejmowanych przez polską elitę rządzącą w okresie odbudowy państwa. Współcześnie wciąż spotyka się z nią kwestionowanie słuszności decyzji podjętych przez rządzących podczas II wojny światowej, a przypominanie niewygodnych faktów z dziejów peerelowskiej „opozycji demokratycznej” powoduje każdorazowo zmasowany ostrzał ze strony samych zainteresowanych oraz ich prominentnych koleżków i wychowanków.

Gdzie leżą przyczyny kreowania jedynie dopuszczalnych wersji określonych wydarzeń historycznych, a potem zamiatania pod dywan świadectw i faktów, które do nich nie pasują? Tkwią one między innymi w dwojakiego rodzaju uprzedzeniach, z jakimi podchodzi się w Polsce do przeszłości.

2.

Pierwszy rodzaj uprzedzeń można by sarkastycznie nazwać prawicowym, gdyż wynikają one ze źle pojmowanego patriotyzmu. Ich posiadacze są dumni z ojczystych dziejów (choć nierzadko znają je marnie). Wszystkie wyliczone powyżej epoki mieszczą w sobie krytyczne momenty naszej historii, a oni chcą wierzyć za wszelką cenę, iż w godzinie próby naród polski dał z siebie wszystko, co potrafił i nie mógł sprawić się lepiej. Wiedzie ich to do automatycznego rozgrzeszania i gloryfikacji elit, które w danym momencie rządziły w Polsce. Każda podjęta przez nie decyzja z pewnością była najlepszą możliwą – alternatywy albo nie istniały, albo istniały wyłącznie gorsze, więc nasi ówcześni przywódcy dokonali właściwego rozstrzygnięcia, a fakt, że przyniosło ono opłakane skutki to wina nie ich, lecz wrogów Polski (za mocno starali się postawić na swoim) lub jej sojuszników (nie pomogli, a powinni byli). Ówczesna elita rządzącą składała się zasadniczo z wielkich ludzi i na pewno nie było w niej słabych charakterów ani konformistów. Ani tchórzy. Ani dyletantów. Ani indywiduów próżnych i łasych na zaszczyty. Ani osobników interesownych czy kierowanych ideologią. Ani tym bardziej zdrajców i sprzedawczyków. A kto twierdzi inaczej, tego się odsądza od wiary, czci i polskości. Takie nastawienie do historii streszcza się w idiotycznej sentencji „Wszystko, co polskie jest dobre”. Czyli – szacunek należy się również polskim zdrajcom i polskim głupcom, ponieważ, bądź co bądź, byli polscy. Polemika z owym nastawieniem kosztuje wiele zmęczenia. Można dokładnie opisywać uczestników nocy listopadowej: bandę zaślepionych modną literaturą smarkaczy, co nigdy nie wąchali prochu, którzy nocą wdzierali się do mieszkań polskich oficerów i bezbronnych mordowali kulą lub pchnięciem bagnetu. Można punkt po punkcie dowodzić, iż Sikorski i Mikołajczyk jako premierzy okazali się durniami, pozwalającymi, by śmierć polskich żołnierzy służyła realizacji interesów obcych państw i robiącymi to, co im te państwa podsunęły. Ale to na nic. W najlepszym wypadku usłysz się, że to wszystko prawda, owszem, ale prawdziwy Polak o takich rzeczach nie mówi głośno, a kto mówi, ten nie jest prawdziwym Polakiem.

3.

Uprzedzenia drugiego rodzaju określić można umownie mianem lewicowych, gdyż wiąże się on z obsesją postępowości – a wyliczone wcześniej okresy historyczne to zarazem momenty, kiedy na scenę polskich dziejów wkraczają siły postępu. Rodzimi krzewiciele oświecenia i nowoczesności w czasach stanisławowskich, bez wyjątku masoni, nieśli przecież postęp. Podobnie dziewiętnastowieczni powstańcy, którzy walką o niepodległość najczęściej ściśle wiązali rewolucyjną zmianę ładu społecznego i ustroju politycznego. Ich hasła zostały w znacznej mierze zrealizowane w latach odzyskiwania niepodległego bytu przez tych, którzy wzięli sobie władzę w odradzającym się Państwie Polskim – reprezentujących różne aspekty nowoczesności stronnictwa socjalistów, ludowców, endeków i chadeków. Podczas II wojny światowej zwolennicy rozmaitych odmian postępu zdominowali polskie instytucje państwowe i snuli plany kontynuowania rewolucji społecznej z lat 1918-1922. (Wpisuje się w ten ciąg i „opozycja demokratyczna” w PRL pragnąca poprawiać socjalizm, z jej kultem strajku i związków zawodowych oraz przywódcami inspirującymi się – jak Kuroń i Michnik – eurokomunizmem.). Powyższy klucz interpretacji polskiej historii różni się od poprzedniego, ale zarazem przypomina go swym doktrynerstwem. Do tych dobrych w polskiej historii należał każdy, kto opowiadał się za egalitaryzmem, za pisaną konstytucją, za „suwerennością ludu”, za republiką, za demokracją, za odbieraniem orderów i odznaczeń, a zwłaszcza za wywłaszczaniem ziemian. I wara go krytykować, niezależnie od tego, ile nieszczęść ściągnął na państwo i naród.

4.

Pochylając się nad dziejami Polski, za każdym razem stajemy w progu dostojnej świątyni – „narodowego pamiątek kościoła”. A fałszywy kult profanuje świątynię. Dlatego kłaniamy się nisko dziejopisom, którzy walczyli z przerabianiem ojczystej historii na tandetny panteon, w którym byle przybłęda i byle szuja mają zapewnioną wieczystą sławę tylko z tego powodu, że w którymś momencie odegrali w niej pewną rolę. Nie chodzi tu bynajmniej o pismaków lubujących się w wyciąganiu z przeszłości brudów i pikantnych szczególików w ramach mody na „odbrązawianie”, zainicjowanej przed wojną przez lewicowo-liberalnego (a potem komunistycznego) postępowca Żeleńskiego-Boya. Tym bardziej nie mają owi historycy nic wspólnego z łgarzami oczerniającymi naszą przeszłość dla pieniędzy tudzież zyskania poklasku w erze kosmopolityzmu i wrogości do wszelkiej tradycji (casus J.T. Grossa). Od obu tych przypadków oddzielała pogromców tandetnego panteonu ich motywacja. Oni należeli do prawdziwych patriotów, wolnych od tromtadrackiej pozy. Gdy zagłębiali się w świętą księgę polskich dziejów, serca drżały im na wspomnienie epok, w których na naszą Ojczyznę spadały poniżające klęski – z winy zbiorowiska miernot, tworzących ówczesną elitę rządzącą. Dlatego pisali – wyjaśniając przyczyny porażek naszych poprzedników, pragnęli zapobiec ich ponowieniu. Ich dzieła przemawiają do nas i dziś mądrością pokrewną tej wyrażonej przez amerykańskiego konserwatystę Piotra Vierecka (ur. 1916): „Kto nie uczy się na błędach przodków, skazany jest na ich powtarzanie”. Uważajmy tedy, kogo stawiamy na cokołach.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.