Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » O politycznym protestantyzmie raz jeszcze

O politycznym protestantyzmie raz jeszcze

Jacek Bartyzel

Doszły mnie słuchy, że mój felieton „Protestantyzm” politycznych partyzantów wzbudził pewien niepokój osób zatroskanych o możliwość reagowania na zło przejawiające się w tyrańskich formach i metodach sprawowania – a raczej nadużywania – władzy. Problem jest rzeczywiście tak ważny, że konieczne wydaje się dodać stosowne wyjaśnienia.

Przede wszystkim pragnę zaznaczyć, że moja uwaga była skupiona w tym tekście na poszukiwaniu obiektywnego kryterium podmiotowego, komu powinna jest wierność i lojalność. Podtrzymuję zatem twierdzenie, że niepodobna znaleźć innego podmiotu, niż zwierzchnik personifikujący tę najwyższą jedność polityczną, jaką stanowi państwo – czy to będzie król, jak w monarchii, czy jakikolwiek inny jego odpowiednik w ustroju niemonarchicznym. Każda inna odpowiedź będzie właśnie skażona „protestanckim” subiektywizmem. Praktycznie oznacza to, że jakikolwiek miałbym własny pomysł polityczny i uważał go za lepszy niż ten, który jest realizowany przez władzę zwierzchnią, to moim obowiązkiem jest zawiesić swój pogląd, a ta powinność nabiera szczególnego „zaostrzenia” w wypadku oficera, składającego przysięgę „na śmierć i życie”. Jeden z najbardziej przenikliwych umysłów politycznych w Polsce – Adolf Bocheński – dobrze wiedział, że w 1944 roku nie było już politycznie żadnego sensu wykrwawiać się w walce z Niemcami, skoro rezultatem wojny będzie na pewno nowa, sowiecka, okupacja, i ta wiedza krwawiła mu serce. A jednak ppor. Adolf Bocheński nie zdezerterował z 2 Korpusu Polskiego we Włoszech, nie przeszedł linii frontu, aby na przykład wspólnie z Niemcami tworzyć jakiś „wał antybolszewicki”, tylko słuchał i walczył jak przystało żołnierzowi, być może nawet szukając śmierci. To jest właśnie skala różnicy honoru i morale żołnierskiego pomiędzy nim a ppłk. Zygmuntem Berlingiem, który uważał, że ma lepszy pomysł niż ewakuacja przez Iran, więc przyznał sobie „prawo” do dezercji i przyjęcia służby u obcych.

Podobnie, biorąc inny przykład – na poły realny, na poły fikcyjny – książę Janusz Radziwiłł miał w ówczesnej, rozpaczliwej zaiste („potop”) sytuacji Rzeczypospolitej, którą prawie w całości okupowało kilka obcych potencji jednocześnie, poważne polityczne powody do przejścia na stronę Karola Gustawa, aby próbować ratować choćby większą część Litwy. Nawet argumenty, które panu Kmicicowi wyłożył książę Bogusław – że w tak głupim ustroju, jak monarchia elekcyjna viritim, może dojść do tego, że oni, Radziwiłłowie, będą zmuszeni całować Jego Piegłasiewiczowską rękę, jeśli szlachcie strzeli do wygolonych łbów wybrać królem Imć Pana Piegłasiewicza z Psiej Wólki – też jestem w stanie zrozumieć. A jednak pan Andrzej Kmicic, dopóki służył po tym wszystkim Radziwiłłom, był zdrajcą, i sam się tak po przejrzeniu ocenił, bo i jego, i Radziwiłłów obowiązkiem było służyć do końca ich najwyższemu, przyrodzonemu Panu. Który skądinąd (Jan Kazimierz) nie wzbudza jako człowiek i król zachwytu, ale to nie ma żadnego znaczenia: ważne, że był królem, pomazańcem, persona mixta, co najlepiej rozumieli ci górale, którzy padli na kolana, gdy dowiedzieli się, że króla samego ocalili i widzą.

To, że władzę (potestas) jako urząd, któremu należne jest posłuszeństwo, bo pochodzi on od Boga i od Niego czerpie swoją auctoritas, należy odróżnić od marnej częstokroć osoby konkretnego władcy, uczy nas sam Pan Nasz Jezus Chrystus, nakazując oddawać zawsze co cesarskie cesarzowi. Tak ów nakaz objaśniał XI-wieczny autor traktatu De consecratione pontificum et regum, zwany Anonimem z Normandii: „Rzekł On «oddajcie Cesarzowi co Cesarskie»; a nie powiedział «Tyberiuszowi co Tyberiusza». Oddajcie władzy, nie osobie. Osoba nic nie znaczy, ale władza tak. Wielce niesprawiedliwy jest Tyberiusz, ale dobry jest Cesarz. Oddajcie nie osobie, która nic nie znaczy, nie niesprawiedliwemu Tyberiuszowi, ale prawej władzy i dobremu Cesarzowi to, co do nich należy”.

Podsumowując ten wątek: kto zamiast iść za owym jedynie obiektywnym kryterium, a więc za poznawanym w prawdzie bytem, daje folgę swoim prywatnym opiniom (doksai) – nawet jeśli dotyczą one „koncepcji dobra wspólnego” – jest jak ów Platoński to planeton, którego zepsuta psyche błąka się i kręci pomiędzy bytem (to on) a niebytem (to me on). Oto metafizyka posłuszeństwa!

Po wtóre, owo rozstrzygnięcie co do podmiotu wierności i zdrady jest przecież – jak napisałem – wyłącznym apanażem władzy „ustanowionej, prawowitej i zwierzchniej”. Nie ma zatem zastosowania do władzy opierającej się na najeździe, podboju i gwałcie – przynajmniej dopóty Czas (ów „minister Boga w departamencie świata”) nie zatrze tej genezy i nie usprawiedliwi owej władzy pełnieniem przez nią funkcji egzystencjalnego reprezentanta, artykułującego politycznie wspólnotę. A zatem nie ma ono zastosowania na przykład do władzy przywiezionej w taczankach Armii Czerwonej i narzuconej sterroryzowanemu narodowi polskiemu: stosunek tego ostatniego do tej władzy regulują wyłącznie egzystencjalne konieczności (bo prawo natury każe najpierw przetrwać), a nie jakiekolwiek obligacje natury moralnej.

Po trzecie, rozstrzygnięć co do podmiotu wierności nie należy mieszać z przedmiotowym zakresem posłuszeństwa, które nigdy – nawet posłuszeństwo papieżowi – nie jest bezwarunkowe i dotyczące czegokolwiek, bo takie posłuszeństwo człowiek winien jest tylko Bogu. Nie należy też mylić osądu sumienia, w duszy, z osądzaniem w sensie jurydycznym – a o tym pisałem w kontekście sądzenia królów, i co również dotyczy papieża, którego nie może sądzić i składać z urzędu nawet sobór powszechny, choć herezja późnośredniowiecznego koncyliaryzmu faktycznie raz do tego doprowadziła i omal nie uczyniła tego zasadą. Chodzi więc jedynie o to, że to, co niższe, nie może sądzić tego, co wyższe. (Szekspir nazwał to – i genialnie opisał przerażające tego skutki w Trojlusie i Kresydzie – „kryzysem kolejności”, którego źródłem jest emulacja, udzielająca się jak zaraza każdemu i rozrywająca łańcuch hierarchicznych szczebli kolejności.).

Lecz tak samo i papież nie ma władzy dyskrecjonalnej nad cesarzami i królami, pozwalającej mu na ich składanie z tronów wedle swego uznania, a jedynie władzę napominania – i ostatecznie, wobec zatwardziałości, ekskomunikowania, tym samym zaś zwalniania poddanych posłuszeństwa – wyłącznie „z powodu grzechu” (ratione peccati) i dla ocalenia dusz chrześcijańskich. To jest władza wyjątku od normy, a nie władza stała, systematyczna i polityczna. Lecz przecież nawet i wtedy, korzystając z owej wyjątkowej „władzy zwalniającej”, papież – jak pisze de Maistre – „uwalniając poddanych od przysięgi na wierność, nie wykracza przeciwko uznaniu Boskiego pochodzenia władzy; ale pokazuje, że władza, jako odziana pomocą Boską, jest święta, nie może być sądzona, ani podlegać kontroli, chyba że ze strony innej władzy także Boskiej, wyższego rzędu, która na wyłączność otrzymała od Boga ten przywilej, by użyć go pewnych nadzwyczajnych sytuacjach”.

Nie ma zatem także niekonsekwencji w tym, co piszę obecnie, w zestawieniu z uznawaniem – czemu niejeden raz dawałem wyraz – tomistycznej doktryny o prawie do oporu, łącznie z tyranobójstwem w wypadku, jak pisze św. Tomasz z Akwinu, „szalonego przerostu” tyranii. Należy odróżnić tyranię w sensie formalnym – czyli władzy nieprawowitej w pochodzeniu, więc takiej jak komunistyczna. Tyran tak rozumiany jest po prostu uzurpatorem, a więc nikt nie ma powinności być mu wiernym. Poważniejszy problem jest z tyranią „materialną”, czyli sprawowaną przez władcę prawowitego w sensie pochodzenia (jak na przykład Iwan Groźny) lub choćby legalnego w sensie reprezentacji elementarnej (to m.in. przypadek Adolfa Hitlera), ale stającego się niejako dziką bestią „według rozpustnej woli swojej duszy”, jak pisze Tomasz w De regno. Wtedy opór czynny (powstanie, obalenie tyrana, nawet zgładzenie go) jest dozwolony, ale też nie bezwarunkowo i w każdych okolicznościach. Nie muszę chyba przypominać wszystkich warunków Akwinaty, bo każdy świadomy katolik winien je znać, ale jeden wydaje się szczególnie ważny: działanie takie nie może być podejmowane na podstawie osądu prywatnego („prywatnego mniemania nielicznych” – jak negatywnie oceniony przez Tomasza przykład biblijnego „niejakiego” Ehuda, który „zatopił ostrze noża w biodrze Egona”), a jedynie można to robić „z publicznego autorytetu”. Czyli: albo autorytetu duchowego (przede wszystkim papieża), albo jakiegoś autorytetu świeckiego: więc pewnych (niezepsutych przez tyranię) organów państwa, armii, aristoi i ludzi powszechnie poważanych. Takie przypadki zachodziły na przykład w Hiszpanii w 1936 roku, kiedy powstanie wszczęła armia, a poparli je biskupi i – przede wszystkim – prawowity król de iure Alfons Karol I; lub w Chile w 1973 roku, kiedy armię do wystąpienia przeciwko prezydentowi łamiącemu konstytucję i wprowadzającemu „anarchię od góry” wezwał parlament i Sąd Najwyższy.

Wolno zatem tyrana w pewnych wypadkach nawet zgładzić, ale nie wolno nikomu z poddanych (lub obcych) sądzić tych, którzy sprawowali władzę, godnie czy niegodnie, ale legalnie. Dlatego wszystkie „Norymbergi” czy „Trybunały Haskie” są i parodią sprawiedliwości, i zamachem na świętość władzy.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.