Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Polityczny zakon pułkowników

Polityczny zakon pułkowników

Adam Danek

Tworzyli najbardziej osławione środowisko polityczne w przedwojennym Państwie Polskim. Na pół legendarni, mitologizowani zarówno przez przyjaciół czy sojuszników, jak i – zwłaszcza – przez wrogów. Na łamach prasy, w ustach publicystów oraz polityków określeniu „pułkownicy” zawsze towarzyszyły emocje. Dźwięk tego słowa przywoływał postacie najbardziej zaufanych pretorianów Marszałka Józefa Piłsudskiego, najwierniejszych z wiernych, ludzi o żelaznych rękach, bezwzględnie egzekwujących wolę autorytarnego władcy Polski. Z zachowanych fotografii mierzą patrzącego chłodnym, twardym spojrzeniem, wyrażającym „instynkt panowania”, który faszyzujący nacjonalista Jerzy Drobnik (1894-1973) w swej socjologii polityki opisywał jako jeden z trzech ludzkich instynktów napędzających ruchy polityczne. To spojrzenie, rzucane pewnie spod daszków oficerskich czapek, budziło niegdyś respekt całej Polski, widzącej w jego właścicielach najbardziej nieskrywane wcielenie czynnika siły w polityce.

Czym była „grupa pułkowników”? Przeciwnicy sanacyjnej dyktatury nazywali ją kliką, mafią itp. Z kolei „integralny reakcjonista” Stanisław Cat-Mackiewicz (1896-1966), apologeta Marszałka, wspominał ją tak: „Miedziński napisał kiedyś, że daje oficerskie słowo honoru, iż żadnej grupy pułkowników nie było, ale mogło to tylko znaczyć, że nie było żadnej mafii tajnej, żadnego sprzysiężenia pułkowników, niewątpliwie jednak istniało grono ludzi zgranych, dominujące w tych czasach”. To prawda, ale – dopowiedzmy – fenomen „pułkowników” wykracza poza ciasne ramy socjologii polityki. Innymi słowy, nie tworzyli oni zwykłej grupy wpływu albo nieformalnego stronnictwa politycznego, bazującego li tylko na koneksjach personalnych, wspólnych przeżyciach bądź interesach. „Grupę pułkowników” spajały znacznie głębsze więzy. Naszym zdaniem tworzyli oni zakon polityczny – hierarchiczną wspólnotę, ufundowaną na określonej tradycji, przenikniętą ideą, z jaką jej członkowie są związani w sposób egzystencjalny i całkowicie poświęceni jej urzeczywistnieniu.

Zakon polityczny „pułkowników” opierał się na dwuwarstwowym fundamencie ideowym. Na pierwszą jego warstwę składało się pojmowanie znaczenia państwa w dziejach Polski. „Pułkownicy”, podobnie jak piłsudczycy w ogóle, wbrew rewolucyjnemu duchowi czasu, miotającemu się od atomistycznego paroksyzmu liberalnej demokracji do kolektywistycznej drżączki totalitaryzmu, dążyli do odbudowy etosu państwowego starego typu. Świeżo odzyskana własna państwowość jawiła im się jako synteza historycznych osiągnięć i tradycji Polski. Państwo jest dziedzictwem – czcigodnym depozytem, pozostawianym następcom (pojętym właśnie jako dziedzice) wraz z powinnością jego przechowania i obrony. Ów etos państwowy znalazł później najprostszy i najdoskonalszy wyraz w artykule I Konstytucji RP z 1935 r., głoszącym:

„(1) Państwo Polskie jest wspólnem dobrem wszystkich obywateli.
(2) Wskrzeszone walką i ofiarą najlepszych swoich synów ma być przekazywane w spadku dziejowym z pokolenia w pokolenie.
(3) Każde pokolenie obowiązane jest wysiłkiem własnym wzmóc siłę i powagę Państwa.
(4) Za spełnienie tego obowiązku odpowiada przed potomnością swoim honorem i swojem imieniem”
.

Państwo stanowi tedy klasycznie rozumiane dobro wspólne, przed którym w sytuacjach spornych ustąpić muszą wszelkie interesy partykularne o charakterze czy to prywatnym, czy grupowym, czy zbiorowym. Etos państwowy piłsudczyków, w tym ich elitarnej gwardii tworzonej przez „pułkowników”, przechodzi miejscami w swoisty kult państwa, choć nie posuwa się do pozbawionej refleksji statolatrii.

Druga warstwa wiązała się z obowiązującą w zakonie politycznym zasadą autorytetu, a dotyczyła tego, kto pozostawał widzialnym, żywym symbolem jedności państwa i panującego w nim porządku. Dla „pułkowników” Marszałek Piłsudski uosabia wspólnotę polityczną dokładnie tak, jak monarcha w tradycyjnym ustroju monarchicznym. Tak postrzegali zresztą Józefa Piłsudskiego nie tylko jego paladyni, ale i wrogowie. „Dla jednych miał być ucieleśnieniem historii, kontynuatorem tradycji we współczesności, strażnikiem polskiego sacrum, dla innych istotą cmentarną i symboliczną, anachronicznym politykiem personifikującym polskie mity.” – pisze prof. Waldemar Paruch, wnikliwy badacz piłsudczykowskiej myśli. Relacje „pułkowników” z Komendantem dają się porównać ze stosunkiem samurajów do ich feudalnego pana – daimyo. Nie istnieje dla nich rozdział sfery militarnej od sfery politycznej – etos oficerski obowiązuje w obu. To typowi „żołnierze polityczni”, dla których dowództwo, rozkaz, podkomendni, dyscyplina i karność funkcjonują także w polityce cywilnej. Podsumowując, reguła zakonu politycznego „pułkowników” opierała się mocno na zasadzie wodza (Führerprinzip).

„Pułkowników” otaczał nimb towarzyszy broni Marszałka z czasów heroicznych, jeszcze sprzed I wojny światowej. Zanim przywdziali uniformy z epoletami, byli spiskowcami, tajnymi emisariuszami, bojówkarzami – „ludźmi podziemnymi” rodem ze wspomnieniowych nowel masońskiego mistrza Andrzeja Struga. Przychodzili z cienia, ze świata prochu strzelniczego i ołowiu. Najstarsi z nich poznali Komendanta w Organizacji Bojowej PPS. Tę starszą część drużyny Piłsudskiego tworzyli płk Aleksander Prystor (1874-1941) i ppłk Walery Sławek (1879-1939). Myśl polityczna Sławka ogniskowała się przede wszystkim wokół jednego celu – nadania ustrojowi Państwa Polskiego charakteru elitarystycznego, a nawet arystokratycznego, co na radomskim zjeździe legionistów w 1930 r. wyraził w postulacie stworzenia Nowego Rycerstwa. Temu też celowi służyć miały kolejne formułowane przezeń koncepcje zinstytucjonalizowania elity państwowej, najpierw w Kadrze Obywatelskiej, przekształconej potem w Legion Zasłużonych – projekt konstytucyjnej organizacji obdarzonej kompetencją wybierania dwóch trzecich składu Senatu, zrzeszającej osoby, które położyły szczególne zasługi dla Ojczyzny. W drugiej połowie lat trzydziestych Sławek pracował natomiast nad projektem Powszechnej Organizacji Społecznej. Łącząc w ogólnokrajową strukturę samorządy gospodarcze i zawodowe oraz organizacje społeczne, miała ona zastąpić partie polityczne w pośredniczeniu między społeczeństwem a państwem, a według niektórych badaczy posiadać nawet prawną wyłączność na zasiadanie w Sejmie. Podczas prac nad nową polską konstytucją Sławek ujawnił ponadto sympatię do idei królewskiej, zachęcając pozostałych ich uczestników do namysłu, czy nie trzeba wprowadzić elekcji głowy państwa, która „poniekąd narzucałaby społeczeństwu osobę elekta, względnie czy nie należałoby zmienić ustroju republikańskiego na monarchistyczny”. Prystor nie zdradzał tak wielkich predylekcji do snucia refleksji politycznych, jak Sławek; zaliczał się do sprawnych organizatorów, wytrwale realizujących powzięte plany. To jemu Marszałek powierzył w 1920 r. nadzór nad przeprowadzeniem operacji odzyskania dla Polski Wilna, czyli tzw. buntu Żeligowskiego, w którym Prystor odegrał rolę szarej eminencji z ramienia Naczelnika Państwa. Ponad dekadę później, w okresie wielkiego kryzysu, jako premier oraz minister przemysłu i handlu konsekwentnie wcielał w życie program poprawy ekonomicznej sytuacji w Kraju. Głuchy na demagogiczne protesty, także podnoszone przez lewicowych piłsudczyków, prowadził politykę umacniania pieniądza, redukcji wydatków państwa i cięć socjalnych. Stanisław Cat-Mackiewicz zwraca uwagę na ascetyczny (zakonny?) styl życia cechujący tych dwóch ludzi: „Piłsudski, Sławek i Prystor mieli wspólną cechę bezinteresowności, pogardy dla pieniądza. Piastując najwyższe stanowiska w państwie nigdy nie myśleli o zabezpieczeniu bytu sobie, czy też swojej rodzinie. Piłsudski pozostawił żonie i córkom malutki folwareczek i literackie prawa autorskie. Prystor posiadał kilka hektarów i drewniany domek pod Wilnem całego majątku, Sławek – 220 zł podpułkownikowskiej emerytury i miał zwijać mieszkanie w Warszawie, bo go nie stać było na opłacenie komornego za trzy pokoje. (…) Gdyby potem Prystor nie ministrował, premierował i marszałkował, gdyby był choćby aptekarzem lub zarządzał gorzelnią, miałby oczywiście stokrotnie lub tysiąckrotnie większy majątek na starość niż owa kolonijka w Borkach, która mu została po dygnitarstwach. W chwili dymisji Sławka jako premiera, żydowski publicysta Regnis, zwalczający zawsze ››pułkowników‹‹, napisał, że Sławek wynosząc się z pałacu prezydium ministrów spakował do jednej posiadanej przez siebie walizy trochę swojej bielizny, komplet dzieł Piłsudskiego i jego fotografie. ››Przenosiny nie zabrały więc dużo czasu‹‹ — pisał Regnis. Tak się złożyło, że podczas mobilizacji byłem jako oficer kawalerii przewodniczącym komisji poboru koni w okręgu, do którego należała kolonijka byłego premiera Prystora. Miał on dwa koniki, z których lepszego, pięcioletnią klacz Finkę, wykarmioną od źrebięcia chlebem przez panią Prystorową, zarekwirowałem do wojska. Zdaje się, że z tą Finką zabrałem jedyne i główne bogactwo posiadane przez państwa Prystorów. A przecież nie byli to ludzie ani rozrzutni, ani życiowi abnegaci, lubili raczej schludne i przyzwoite życie”.

Młodsze pokolenie „pułkowników” tworzyli oficerowie urodzeni w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku, w latach 1908-1914 uczestnicy ruchu strzeleckiego i półjawnych przygotowań do narodowej irredenty, tacy jak płk Adam Koc (1891-1969), pierwszy szef Obozu Zjednoczenia Narodowego i ojciec chrzestny cichego porozumienia tej organizacji z RNR-Falangą (tzw. układ Piasecki-Koc). Zafascynowany falangistami, miał powiedzieć, iż czuje się wśród nich „jakby znowu był w legionach”. Obok Koca otwarcie się obozu legionowego na nacjonalizm przygotowywał ppłk Bogusław Miedziński (1891-1972), uważany powszechnie za człowieka przebiegłego i stąd nazywany „polskim Machiavellim”. Miedziński począwszy od 1933 r. przekonywał w swej publicystyce, że piłsudczycy zawsze byli nacjonalistami i dowiedli tego, stając do walki o niepodległe Państwo Polskie. Po utworzeniu OZN apelował do narodowców o współpracę (m.in. prowadził poufne rozmowy z ONR-ABC), podkreślając, iż narodu i państwa nie należy stawiać naprzeciw siebie, lecz obok siebie. Zaadaptował na polskim gruncie japońską teorię szogunatu, za pomocą której objaśniał system rządów w Polsce po 1926 r.: „panuje prezydent, ale rządzi kolejny marszałek”. Inaczej na zagadnienie rządu spoglądał płk Ignacy Matuszewski (1891-1946), autor projektu ustroju, w jakim główną rolę odgrywać miał „senat rządzący”, autonomiczny wobec pozostałych organów państwa i uzupełniający się sam drogą kooptacji. Za rządów „pułkowników” Matuszewski pełnił nieoficjalną funkcję eksperta sanacji do spraw ekonomicznych, wespół z Prystorem zwalczając modne podówczas koncepcje keynesizmu. Był też wytrawnym geopolitykiem i analitykiem spraw międzynarodowych. W tragicznym wrześniu 1939 r. osobiście dowodził brawurową – na miarę kina akcji – operacją ewakuowania z Kraju polskich rezerw złota, na które polowały już niemieckie i sowieckie jednostki wojskowe. W lipcu 1940 r. podpisał kontrowersyjny memoriał, przekazany przez część polskich polityków władzom III Rzeszy za pośrednictwem faszystowskich Włoch; dokument ów zawierał propozycję stworzenia w którymś z państw europejskich „centrum studiów” dla opracowania planów odbudowy Państwa Polskiego po spodziewanym przez sygnatariuszy zwycięstwie Niemiec i zakończeniu wojny. Podobnie jak Matuszewski, geopolityką parał się płk Tadeusz Schaetzel (1891-1971). Należał do czołowych eksponentów prometeizmu (niektórzy uważają go za twórcę tego pojęcia) – antykomunistycznej myśli geopolitycznej, postulującej rozbicie Związku Sowieckiego w oparciu o jego wielonarodowość, poprzez wykorzystanie niepodległościowych aspiracji poszczególnych narodów żyjących pod okupacją ZSRS. Promował ją i wprowadzał w życie jako naczelnik Wydziału Wschodniego MSZ oraz animator i protektor Instytutu Wschodniego w Warszawie – najważniejszego prometejskiego think-tanku w Europie. Schaetzel i Matuszewski w dyskusjach ustrojowych opowiadali się przeciw przywracaniu w Polsce monarchii w przekonaniu, iż wzmocniłoby to lewicę, dając jej do rąk nośne hasło obrony republikańskiej formy rządu. Na koniec wspomnijmy jeszcze gen. bryg. Bronisława Pierackiego (1895-1934), wśród sanatorów wyróżniającego się religijnością. Pieracki zaliczał się do legionowych nacjonalistów; jako minister spraw wewnętrznych wdrażał politykę silnej ręki wobec narodowości niepolskich na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej.

Na wyodrębnienie zasługują tu niektóre wspólne wątki biograficzne, gdyż odegrały one szczególnie doniosłą rolę w duchowej formacji „pułkowników”. Większość wymienionych przeszła przez chrzest ognia w Legionach Polskich (poza Matuszewskim, który służył wtedy w cesarskiej armii rosyjskiej, czy Prystorem, który okres istnienia Legionów przesiedział w rosyjskich więzieniach, gdzie przetrzymywano go od 1912 r.). Wszyscy natomiast znaleźli się następnie w szeregach Polskiej Organizacji Wojskowej – struktury utworzonej przez Józefa Piłsudskiego w charakterze zrębu przyszłych sił zbrojnych niepodległej Polski. POW łączyła ściśle konspiracyjne metody działania (zróżnicowane szczeble tajności itd.) z militarną hierarchicznością i karnością. Wreszcie, podkreślić wypada bliskie związki „grupy pułkowników” z wojskowymi służbami specjalnymi, czyli Oddziałem II Sztabu Generalnego (a wcześniej Naczelnego Dowództwa) Wojska Polskiego. Najwcześniej, bo już w listopadzie 1918 r. rozpoczął w nim służbę Matuszewski, który w I wojnie światowej m.in. dowodził jednostką rosyjskiego zwiadu. W 1919 r. szefem Dwójki został Miedziński, a dowódcą wchodzącego w jej skład Wydziału Wywiadu na Rosję – Schaetzel, Sławek zaś dowódcą Dwójki na froncie litewsko-białoruskim. Sławek z początkiem 1920 r. został skierowany do Galicji Wschodniej, gdzie z ramienia Dwójki odpowiadał za kontakty między polskim dowództwem a armią Semena Petlury. W lecie 1920 r. funkcję szefa Oddziału II objął Matuszewski, pozostając na niej do 1923 r. W latach 1926-1929 stanowisko to zajmował Schaetzel. Ten ostatni ponadto w 1922 r. został wyprawiony z sekretną misją do tureckiego ministra gen. Ismet Paszy, a w latach 1924-1926 kierował rezydenturą wywiadu wojskowego w Stambule. Nie pozostaje to bez związku z faktem, że w latach dwudziestych polski wywiad wojskowy czynnie pomagał młodemu państwu tureckiemu w budowie i wyszkoleniu jego własnej służby wywiadowczej. Funkcjonariusze służb specjalnych z jednej strony tworzą najczulszy nerw aparatu państwowego, z drugiej strony zyskują głęboki wgląd w rzeczywiste, nieraz ukryte mechanizmy polityki – zarówno własnego, jak i innych państw. Wytłuszczamy szczególnie ten wątek, ponieważ przypuszczalnie pod jego wpływem ostatecznie skrystalizowała się ważna cecha myślenia „pułkowników” o polityce: przekonanie, iż polityka pozostaje domeną nie szerokich rzesz rodaków (a w praktyce partii politycznych pretendujących do wyrażeniach ich poglądów), lecz wąskiej, elitarnej kadry, złożonej z ludzi obeznanych z tajnikami rządzenia (arcana imperii), wiedzących, czym jest służba państwu i posiadających w niej doświadczenie.

Niektórzy spośród „pułkowników” zginęli za sprawą wrogów Polski. Pieracki został zastrzelony przez ukraińskich terrorystów. Prystor, aresztowany przez NKWD, zmarł w sowieckim więzieniu na Butyrkach. Pozostali po wrześniu 1939 r. znaleźli się na celowniku ekipy gen. Władysława Sikorskiego i prof. Stanisława Kota, która, przejąwszy w warunkach wojennych rząd dzięki pomocy Francji, rozpoczęła falę politycznych porachunków z ludźmi obozu legionowego. Matuszewskimu na przykład odpłacono za bohaterskie ocalenie polskiego skarbu, publicznie oskarżając go o zmyślone nadużycia podczas akcji ewakuacyjnej oraz zabraniając temu wybitnemu oficerowi wywiadu wstępu do polskich sił zbrojnych na Zachodzie. Wyjątek stanowił Koc, który dla ratowania Ojczyzny przystał na współpracę z najbardziej chyba nienawidzącym sanacji politykiem w osobie gen. Sikorskiego i przyjął, na krótko zresztą, tekę w jego gabinecie. Zemsta sikorszczyzny nie była wszak pierwszym pasmem intryg wymierzonych w „pułkowników”. Pierwszy ich splot zadzierzgnęli po śmierci Marszałka inni sanatorzy – wczoraj jeszcze koledzy, dziś już konkurenci do władzy. Po maju 1935 r. „grupa pułkowników” uległa zdumiewająco szybkiej eliminacji z kół rządowych. Jej członkowie wegetowali odtąd w izolacji na marginesie życia politycznego albo zupełnie poza nim, wyjąwszy Miedzińskiego i, na krócej, Koca, którzy weszli do otoczenia nowego marszałka Śmigłego-Rydza.

Dlaczego jednak „pułkownicy”, ludzie twardzi przecież i obeznani z mechanizmami władzy, dali się tak prędko i łatwo wygryźć osobom odgrywającym wcześniej w obozie legionowym rolę drugorzędną, jak Rydz i (mimo pełnienia nader eksponowanej funkcji) prezydent Mościcki? O odpowiedź na to pytanie długo spierali się historycy. Wydaje się, że klucz do tej zagadki tkwi w ideowej specyfice owego kręgu, w ścisłym powiązaniu jego ideowej struktury z osobą wodza. Po śmierci pana samurajowie zamieniają się w roninów. Kiedy odszedł ten, kogo uważali za nosiciela i odnowiciela polskiej tradycji państwowej, wręcz za jej inkarnację, zakon polityczny zachwiał się i rozproszył. W oczach „pułkowników” ze sklepienia państwowej nawy z hukiem wypadł zwornik. A przecież państwo, z Komendantem czy bez, żyło nadal i potrzebowało ich może bardziej niż dotąd. Przyczyny upadku „grupy pułkowników” przypominają tak oto o wrodzonej słabości wszelkich republikańskich systemów autorytarnych, przed którą ratuje wyłącznie zasada monarchiczna.

Czy Polska wyda znów kiedyś elitę „żołnierzy politycznych” na ich miarę?

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.