Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Polskie winy na kartach historii

Wrogowie Polski i ich rodzimi kolaboranci każą nam wstydzić się i przepraszać za urojone winy „antysemityzmu” albo „kolonializmu”, tymczasem rejestr faktycznych win polskich – a jest ich niemało – został zupełnie wyparty z naszej zbiorowej świadomości, albo, jeśli pojawia się jakiś przebłysk refleksji, to zostaje natychmiast zduszony i usprawiedliwiony.
Tym „rozgrzeszeniem” są oczywiście fakt utraty niepodległości i dążenie do jej odzyskania, ale nie znosi to pytania, czy do dobrego celu można dążyć, sprzymierzając się z siłami zła, a faktycznie na ogół się im wysługując, co ani na milimetr celu upragnionego nie przybliżało. Zbyt łatwo przechodzimy do porządku dziennego nad przerażającymi słowami z III części Dziadów – Zemsta, zemsta na wroga, z Bogiem i choćby mimo Boga!, faktycznie traktując oba człony tej alternatywy jako dopuszczalne i równouprawnione drogi działania. To właśnie to rozumowanie czyniło z nas przez prawie całą epokę porozbiorową sojuszników i narzędzie polityczno-socjalnej i antychrześcijańskiej Rewolucji.
Zaczęło się to już pod koniec XVIII wieku, kiedy Legiony Dąbrowskiego zdobywały dla Republiki Francuskiej papieski Rzym, czego skutkiem były uwięzienie ojca świętego Piusa VI i długi okres, zanim udało się przeprowadzić konklawe w Wenecji, które wybrało jego następcę. I wiadomo – z ich korespondencji – że generałowie tych Legionów czynili to z radością, wyrażając nadzieję, że papiestwo przestanie istnieć. Szwoleżerowie Jana Leona Kozietulskiego, których szarżą pod Somosierrą tak się chlubimy, pomagali ujarzmić Hiszpanów broniących ojczyzny i wiary katolickiej przed napoleońskim najeźdźcą, któremu służyli.
Po upadku powstania listopadowego liczni emigranci, przede wszystkim ci z emigracyjnej lewicy, zasilali Młodą Europę, czyli karbonarskie szeregi rewolucjonistów, kierowanych przez masonerię i próbujących wzniecać rewolucje, gdzie tylko się da. Kulminacją tego była niemal ogólnoeuropejska rewolucja z lat 1848/49, znana pod poetyczną nazwą Wiosny Ludów, i Polaków można tam było spotkać nie tylko na barykadach w stolicach państw zaborczych, Berlinie i Wiedniu, oraz w rewolucji węgierskiej, lecz także państw, które z rozbiorami Polski nie miały nic wspólnego, jak Badenia, Wirtembergia, Bawaria, Królestwo Obojga Sycylii czy Parma.
Byliśmy akolitami piekłoszczyka Józefa Garibaldiego, wroga papieży i królów. Nasz generał z powstania styczniowego Walery Wróblewski zapędził się aż do I Międzynarodówki, i zarówno on, jak i Jarosław Dąbrowski poszli na służbę Komuny Paryskiej, a ten drugi został nawet naczelnym hersztem jej bojówek. A właściwie to nie koniec, bo przecież podczas rewolucji bolszewickiej więcej Polaków znalazło się w Czerwonej Gwardii, później Czerwonej Armii, niż w formacjach niepodległościowych i z bolszewikami walczących oraz starających się przedrzeć do Polski.
Cóż możemy tej liście hańby przeciwstawić? Dwóch poetów: Zygmunta Krasińskiego i Cypriana Norwida, biegnących nocą, aby ratować papieża przez zbirami Józefa Mazziniego? Syna Pawła Popiela, który zaciągnął się do papieskich żuawów? Ale czy przeprosiliśmy kiedykolwiek Stolicę Świętą za legionistów Jana Henryka Dąbrowskiego? Hiszpanów za rzeź w Saragossie? Francuzów za udział Polaków w Komunie Paryskiej? To jest nasz nieprzepracowany, niedokonany rachunek narodowego sumienia.