Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Adam Tomasz Witczak: Powrót do reakcji?

Powrót do reakcji?

Adam Tomasz Witczak

O niespodziewanym sukcesie wyborczym formacji Janusza Palikota powiedziano w ostatnich dniach wiele. Większość komentatorów z obszaru szeroko pojętej „prawicy” zgadza się, że jest to wydarzenie przełomowe, swego rodzaju znak naszych czasów, objaw przemian, które zaszły w Polsce w ciągu ostatnich kilkunastu lat – a których często ani Kościół, ani prawica nie chciały dostrzec wystarczająco wyraźnie. Oczywiście były już wcześniejsze sygnały, jak choćby wydarzenia na Krakowskim Przedmieściu, gdzie oglądać można było explozję antyklerykalizmu i antychrystianizmu nie tylko agresywnego, ale wręcz prymitywnego, dzikiego prawie tak, jak furia francuskich sankiulotów w okresie Rewolucji. Niemniej jednak wyborczy tryumf Ruchu Poparcia Palikota jest zjawiskiem najbardziej znaczącym. Po raz pierwszy do Parlamentu weszli: były ksiądz, działacz „środowisk gejowskich” i dumny z siebie transseksualista. Po raz pierwszy entuzjaści tego rodzaju postaw policzyli się – i okazało się, że jest ich więcej, niż mogłoby się dotąd wydawać. Pamiętajmy przy tym, że jest jeszcze spora grupa osób, które w zasadzie podzielają postulaty Palikota, ale ostatecznie albo wybrały PO lub SLD, albo nie poszły głosować – z powodu zniechęcenia polityką, zbyt młodego wieku czy czegokolwiek innego.

Są i tacy, którzy bagatelizują wynik Palikota. W ich ujęciu Ruch Palikota to cyrk dobry na jeden raz, który szybko się wypali i zniknie ze sceny. Sam przywódca ruchu ma zaś być bezgranicznym cynikiem, nie posiadającym żadnych poglądów i zdolnym jedynie manipulować hasłami popularnymi w najbardziej antykościelnie nastawionych kręgach społeczeństwa.

To prawda, że partia Palikota może obumrzeć i rozproszyć się, a on sam wylądować na śmietniku historii najnowszej — nie zmienia to jednak faktu, że pewne granice zostały przekroczone, że coś pękło. Runął (symbolicznie) mit Polski jako kraju „mimo wszystko” znacząco bardziej konserwatywnego i katolickiego niż „zgniły Zachód”. Rok temu lemingi wynurzyły się na Krakowskim Przedmieściu jako rozwrzeszczana hałastra, teraz ruszyły gremialnie do urn wyborczych, by „dać głos”. Za tym stadem pójdzie niechybnie kolejne. Co w tej sytuacji robi (szeroko pojęta) prawica, a co zrobić powinna? W jakim kierunku potoczą się jej losy?

Na Zachodzie prawica katolicka czy też „chrześcijańska” walkę już dawno przegrała. Rzecz jasna istnieją rozmaite ugrupowania utożsamiane z prawicą (zwłaszcza narodową) i atakujące establishment, ale większość z nich tkwi w wiecznej opozycji (często pozaparlamentarnej). Do tego wcale niekoniecznie są one aż tak bardzo konserwatywne obyczajowo, a cóż dopiero – katolickie (czy też chrześcijańskie). Laicki, obojętny religijnie nacjonalizm żerujący na lęku przed muzułmańskimi emigrantami („którzy zabronią kobietom spodni, a mężczyznom, o zgrozo, każą nosić brody!”) jest częstym zjawiskiem, ale nie on jest w tym momencie przedmiotem mojego zainteresowania. Pytam o prawicę katolicką, religijną, a także o Kościół.

Stawiam tezę – być może odważną – że taka prawica powinna już teraz zacząć zmieniać zarówno swój język, jak i faktycznie wyznawane przez siebie poglądy. Klęską naszych środowisk „katolicko-konserwatywnych” (PiS, Gazeta Polska, Fronda etc.) jest to, że wciąż próbują desperacko wtapiać się w dominujący dyskurs demokratyczno-liberalny, wykorzystywać język „systemu” dla własnych celów, powoływać się na przysługujące im „prawa”, odwoływać się do „uniwersalnych wartości” i „rzeczy oczywistych”. Widać to wyraźnie w sporach o krzyż (zarówno ten w szkole, jak i ten w Sejmie czy szpitalu), gdzie pierwszym argumentem większości „opiniotwórczych” środowisk katolickich i prawicowych jest ten o konstytucyjnie przysługującej wszystkim „wolności wyznania”, drugim zaś – mętne rozważania na temat „związków polskości z katolicyzmem”, „uniwersalnego znaczenia symbolu krzyża”, „korzeni europejskiej kultury” itd. Praktycznie nigdy (dopóki nie wejdziemy na portale typu legitymizm.org czy stronę Bractwa św. Piusa X) nie pada argument, że krzyż powinien być, bo katolicyzm jest Prawdą przez duże P. To, co powinno być kwitowane wzruszeniem ramion i stwierdzeniem: „Chcemy w tym miejscu krzyża, bo mamy rację – a wy nie”, jest zawijane w sreberka „praw człowieka”, „równości wobec prawa”, „autorytetu papieża-Polaka”, „tego, co przecież zawsze było i nikomu nie przeszkadzało” etc. Niestety, ludzie z drugiej strony barykady spoglądają na te wysiłki z politowaniem i nie bardzo chcą wierzyć w to, że „świstak siedzi i…”. Stopniowo ich politowanie przeradza się w irytację. I mają w tym słuszność. Dlaczego?

Cóż, tu właśnie tkwi clou sprawy. Otóż na gruncie liberalnej demokracji, państwa tolerującego różne światopoglądy, państwa akceptującego wolność wyznania i sumienia etc. – na tym gruncie Janusz Palikot i jemu podobni mają po prostu rację. Mają rację, gdy mówią, że w Sejmie albo nie powinien wisieć żaden symbol religijny (bo przecież III RP nie jest formalnie „państwem katolickim”), albo powinny wisieć wszystkie, jakich tylko sobie zażyczą konkretni posłowie. Mają rację, gdy mówią, że w państwowej szkole nie powinny odbywać się za pieniądze podatnika lekcje religii katolickiej – albo że powinny odbywać się lekcje dowolnej religii czy systemu etycznego, jakiego zażyczą sobie rodzice. Mają rację, gdy zwracają uwagę na fakt, że nie ma racjonalnego powodu, by w uroczystościach państwowych brali udział biskupi — a nie przedstawiciele wszystkich (lub żadnych) religii. Mają pełną słuszność, ponieważ jeśli uznajemy wolność wyznania, neutralność religijną państwa, prawo do głoszenia swoich przekonań etc. – wówczas trudno o jakiekolwiek sensowne argumenty na rzecz wywyższania czy uprzywilejowywania chrześcijaństwa czy tym bardziej katolicyzmu.

Prawie wszystkie argumenty, które prawica (np. na portalu Fronda.pl) wyciąga przeciwko „palikoterii” są połowiczne i łatwe do zbicia. Tomasz Terlikowski pyta (w swoim mniemaniu chyba retorycznie i ironicznie, o ile dobrze odczytałem jego intencje), czy poseł Grodzka (dawniej: Ryszard Grodzki) pozwie do sądu Kongregację Nauki Wiary. Przypomina w tym lewicowego polityka Tomasza Nałęcza, który mówi, że „jemu” krzyż nie przeszkadza, a poza tym – czy komuś przeszkadzają krzyże przed Stocznią Gdańską. Otóż, panie redaktorze Terlikowski – oczywiście, że poseł Grodzka (dawniej: Ryszard Grodzki) pozwie KNW! Ba, pozwie i samego papieża (już są tacy, którzy z jakichś przyczyn chcą to uczynić). A jeśli nie ona (dawniej: on), to ktokolwiek inny z tej paczki.

Równie mętna jest argumentacja oparta na tym, że (rzekomo) w jakichś innych krajach („i to znacznie mniej religijnych niż Polska”) nikt nie widzi nic niestosownego w obecności krzyża w miejscu publicznym albo w wypowiadaniu się duchownych na tematy polityczne – a z takim rozumowaniem, które ma czegoś dowodzić, czasami się spotykamy. Jeszcze bardziej złudne jest powoływanie się na to, że np. trzydziestoprocentowy wynik PiS i liczba osób uczęszczających na Mszę św. (w zestawieniu z liczbą osób przychodzących na homo-parady) dowodzą, iż roszczenia Palikota są nieuprawnione.

Te drogi prowadzą donikąd, ponieważ ufundowane są na kruchej podstawie, na zjawiskach chwilowych i tymczasowych. Co zrobią redaktorzy posługujący się retoryką „większości w społeczeństwie” czy „przykładu innych państw”, gdy opisywany przez nich stan rzeczy przestanie być aktualny?

Ostatecznie droga jest tylko jedna – katolicka prawica musi zacząć zmierzać (być może – stopniowo, ale na pewno konsekwentnie) ku zdecydowanej polaryzacji społeczeństwa. A w tym celu musi nie tylko zmienić swój język, ale i przełamać autentycznie w niej zakorzenione myślenie kategoriami demokratyczno-liberalnymi. Powiedzmy sobie jasno – od retoryki „chcemy, by zapanowała autentyczna równość, w której znajdzie się miejsce także i dla nas” musi przejść do retoryki „chcemy, by miejsce było tylko dla nas”. Prędzej czy później będzie musiała sięgnąć po tę argumentację – a jeśli tego nie zrobi, to czeka ją kompletne rozmiękczenie i laicyzacja, los partii „prawicowych”, „chadeckich” i „centrowych” na Zachodzie.

Środowiska katolicko-konserwatywne powinny więc zacząć stopniowo przygotowywać swoją „klientelę” na zmianę kursu i języka. Oczywiście taki postulat może się wydawać naiwny i utopijny. To prawda, że obecnie da się jeszcze tu i ówdzie wykorzystywać zgniły potencjał „równości”, „tolerancji” i „wolności sumienia” z korzyścią dla katolików i konserwatystów. Kościół czy sprzyjające mu kręgi są jeszcze w stanie, szermując „systemowymi” pojęciami, nie tyle coś wywalczyć, ile utrzymać istniejący stan, ewentualnie wzruszyć nieco bardziej ugodowych przedstawicieli strony lewicowej czy liberalnej. Tych mianowicie, którzy autentycznie wierzą w slogany o równouprawnieniu poglądów lub po prostu nie wypaliły się im jeszcze ostatnie czujniki zdroworozsądkowej „normalności”.

Śmiem jednak sądzić, że to już końcówka tego okresu – przede wszystkim dlatego, że na dłuższą metę ów pakiet wartości demoliberalnych jest zwyczajnie nie do pogodzenia z katolicyzmem. Niemożliwe jest takie zorganizowanie społeczeństwa, w ramach którego na równych prawach i bezkonfliktowo funkcjonować będą obok siebie światopoglądy diametralnie odmienne i zarazem w naturalny sposób expansywne. Inaczej: jest to możliwe, ale tylko wówczas, gdy światopogląd katolicki zejdzie nie tyle nawet do sfery prywatnej, ile raczej – intymnej. A więc do sfery skrytej tak jak dziedzina załatwiania potrzeb fizjologicznych. To zresztą jest celem ludzi pokroju Magdaleny Środy i Janusza Palikota. Możesz być katolikiem, oczywiście, ale zdaj sobie wreszcie sprawę z tego, że to coś wstydliwego, coś z obszaru wypróżniania się i grzebania nicią pomiędzy zębami, zjawisko nie do oglądania i nie do przedstawiania publicznie. Rzecz, która nie powinna mieć wpływu na jakąkolwiek twoją aktywność publiczną, rzecz, o której nie chcemy nawet wiedzieć.

W ostateczności można co prawda przejść na pozycję mniej więcej taką: „My nie jesteśmy zobowiązani do tolerancji i akceptacji, nigdy się tak nie deklarowaliśmy, poczytajcie Grzegorza XVI, Piusa IX i Piusa X – ale wy, owszem, wy się do tolerancji zobowiązujecie i chyba nie chcecie powiedzieć, że dotyczy ona tylko waszego zaklętego kręgu wzajemnej adoracji?”, ale to oczywiście poczytane będzie za bezczelność.

Jeżeli więc Kościół w Polsce, a wraz z nim katolicka prawica, nie chcą całkowicie ustąpić pola siłom „postępowym”, to muszą wreszcie zacząć stawiać sprawę jasno i odwoływać się nie tyle do praw przysługujących im z mocy konstytucji (a tym bardziej – do „praw człowieka”) czy też do „katolickiej większości Polaków” – ale do koncepcji państwa wprost katolickiego, do katolicyzmu jako obiektywnej Prawdy, z której nie trzeba się wstydliwie tłumaczyć.

Zdaję sobie sprawę z tego, że nawoływanie do tak zdecydowanej zmiany argumentacji i języka może zostać odebrane jako wyraz nieprzemyślanej egzaltacji i braku zrozumienia realiów. „Takiego języka nikt nie kupi, musimy operować tym, co mamy, walczyć na zadanych nam warunkach, dostosowywać się do okoliczności”. Pozornie taka krytyka brzmi trzeźwo i rozsądnie, ale jak już pisałem – nie da się na dłuższą metę operować językiem wroga i grać na jego zasadach. Rezultatem będzie w końcu zaplątanie się we własnych, coraz bardziej nieudolnych interpretacjach i machinacjach – albo zejście na kapitulanckie pozycje, znane z Zachodu.

Zaznaczam jednak, że pisząc o nawrocie do reakcji, do retoryki wprost z wieku XIX, powołującej się po prostu na prawa katolików (a nie prawa wszystkich, w tym katolików) z uwagi na prawdę przez nich głoszoną (właśnie przez nich), nie mam na myśli jakiegoś nagłego przełomu. Nie chodzi mi o to, by biskupi (albo prezes Kaczyński czy redaktor Terlikowski) wydali nagle oświadczenia, w których zadeklarowaliby, że żarty się skończyły i przechodzimy do ostrej krucjaty bez bawienia się w dialog, a w najbliższą niedzielę w każdej diecezji odczytujemy z ambony Syllabus Errorum. Niemniej chodzi mi o to, że to powinno stopniowo zmierzać w tę stronę – i że na to, na katolicyzm jako taki (i wynikające zeń pośrednio lub bezpośrednio zasady ustrojowe, obyczajowe etc.) powinien być przesuwany akcent.

Niewątpliwie taka odważna taktyka doprowadzi do radykalnej polaryzacji społeczeństwa – i niewątpliwie na „stronę Palikota” (określenie umowne) przejdzie wielu z tych, którzy dziś jeszcze jako-tako, słabo i formalnie przywiązani są do Polski katolickiej i pewnych konserwatywnych wartości. Z drugiej strony być może pojawi się także odwrotne zjawisko – a mianowicie ożywienie wiary i zaangażowania (religijnego, politycznego, społecznego) przynajmniej u niektórych „letnich”, którzy zobaczą wówczas, że „tęczowa alternatywa” razi ich jeszcze bardziej niż pewna przesadna surowość i mało nowoczesny język radykalizującej się strony „ciemnogrodzkiej”.

Oczywiście taki hipotetyczny scenariusz mógłby się skończyć – czemu nie? – głębokim podziałem w poprzek rodzin, przyjaźni, stosunków sąsiedzkich, być może nawet przyniósłby rezultat w postaci ulicznych zamieszek, coraz surowszych ustaw z jednej strony i coraz wyraźniejszego nieposłuszeństwa z drugiej. Cóż, wielekroć przecież już to przerabiano. Klarowny podział na wrogów i przyjaciół to przecież fundament polityki. A w ostateczności pozostają jeszcze szczytne tradycje takich spontanicznych „klubów dyskusyjnych” jak francuska OAS… :-)

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.