Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Adam Tomasz Witczak: Antyliberalna prawica a zagadnienie wolności

Antyliberalna prawica a zagadnienie wolności

Adam Tomasz Witczak

Światkiem „skrajnej prawicy” wstrząsnęła niedawno wieść o „sojuszu taktycznym” organizacji Falanga z tzw. „trzecioświatowymi maoistami”, wywodzącymi się z Radykalnej Lewicy Komunistycznej im. Kazimierza Mijala. W działalność Falangi zaangażowanych jest kilka osób, które jednocześnie są (były?) członkami Organizacji Monarchistów Polskich, mało tego: niektóre z nich otwarcie wyraziły swoje poparcie dla wspomnianego aliansu, a nawet aktywnie uczestniczyły w jego utworzeniu.

Nie chciałbym w tym tekście odnosić się bezpośrednio do tego szczególnego wydarzenia, ponieważ napisano w tej sprawie wystarczająco dużo oświadczeń, nie mówiąc już o postach na forach internetowych, komentarzach na portalach etc. Niech jednak fakt, że niektórzy radykalni konserwatyści (zamiennie: tradycjonaliści, reakcjoniści) znaleźli wspólny język z przedstawicielami totalitarnej lewicy (nie bójmy się tego sformułowania, nawet jeśli zainteresowani woleliby mówić tu o autorytaryzmie oraz o przekroczeniu schematu „lewica-prawica”) – będzie punktem wyjścia do szerszej refleksji na temat ogólnie pojętej wolności oraz stosunku środowisk prawicowych do tejże.

Skądinąd bowiem wiadomo mi, że autorzy „porozumienia z maoistami”, a także niektórzy inni konserwatyści – nie ukrywają swojego nieufnego, albo i pogardliwego stosunku do operowania pojęciem „wolności osobistej”, powoływania się na nie, wykorzystywania go przez prawicę. Tyczy się to również „wolności gospodarczej”, której (zasadniczo) nie potępiają, ale którą są gotowi z różnych przyczyn poświęcić czy ograniczyć. W pojęciu „wolności” dopatrują się bowiem konstruktu rewolucyjnego, jakobińskiego, oświeceniowego, rozkładowego, prowadzącego do permisywizmu i demoralizacji. Pojęcia „obowiązku”, „dyscypliny”, porządku są im znacznie bliższe. Z niektórych wypowiedzi (Ronalda Laseckiego, Adama Danka, a także – czy paradoksalnie? – Łukasza Kluski) wynika, że z sympatią spoglądaliby na społeczeństwo „odgórnie konserwowane”, nawet z wykorzystaniem metod przymusu, cenzury, może wręcz pewnego rodzaju inwigilacji. Nawiasem mówiąc, przypomina to sposób myślenia Mirosława Salwowskiego (którego szanuję i w żadnym razie celem moim nie jest tu wywołanie wzgardliwego uśmieszku na twarzy czytelnika – a mówię to z racji obecnej tu i ówdzie swoistej mody na wyszydzanie „brawaryzmu”).

Z drugiej jednak strony mamy 20 lat działalności Organizacji Monarchistów Polskich, której oficjalna linia zawsze zawierała się w triadzie: Tradycjonalizm, Legitymizm, Wolny Rynek – i która zasadniczo stała i stoi na stanowisku sformułowanym przez Adriana Nikla tak: „władza króla kończy się na progach naszych domów”. Powstaje pytanie: czy można tu mówić o rozłamie wśród reakcjonistów, o podziale na „konserwatystów wolnościowych” i „antywolnościowych”? Czy rzecz tyczy się spraw zasadniczych, czy tylko szczegółów? Czy ktokolwiek ma monopol na monarchizm, prawicowość, tradycjonalizm? Nie twierdzę, że ten artykuł udzieli pełnej odpowiedzi na te pytania, chciałbym natomiast przedstawić kilka moich refleksji na temat sprawy „wolności”.

Nie da się ukryć, że sam napisałem w życiu co najmniej kilka tekstów (publikowanych np. na łamach „Młodzieży Imperium”, „Myśli Polskiej” i nie tylko), w których negowałem „wartościowania mieszczańskie”, „cnoty liberalne”, „mity wolności i równości” równie mocno (albo jeszcze bardziej) jak wspomniani wyżej koledzy i nie-koledzy. Czy zatem mam zamiar „przeprosić za rewolucyjny konserwatyzm” i ogłosić (niczym Cezary Michalski) przejście na pozycje „liberalizmu zgnuśnienia”? Z pewnością nie – ale spróbuję wyjaśnić, dlaczego uważam, że prawica powinna (przynajmniej obecnie, w odniesieniu do spraw „praktycznych i codziennych”) walczyć o wolność (co prawda – nie w każdym sensie!), a przynajmniej – nie odnosić się z założenia wzgardliwie do tego pojęcia.

Istotnie, nie uważam siebie za liberała. Istotnie, wyrastam (na ile potrafię i na ile go rozumiem) z rzymskiego katolicyzmu, poza tym nie obawiam się „złowrogich” etykiet „nacjonalisty”, „konserwatysty” etc. Co więcej, gdy mowa o teorii, to byłbym w stanie podpisać się pod stwierdzeniem w rodzaju „jedyna wolność, jaka nas interesuje, to wolność od grzechu, a nie rzekome prawo do błądzenia i majaczenia”. Pozostają jednak dwie inne sprawy: praktyka potencjalnego „państwa po Kontrrewolucji” – oraz obecna rzeczywistość i nasze umiejscowienie w niej.

Otóż bardzo łatwo formułuje się ogólne stwierdzenia w rodzaju przytoczonego powyżej, powstaje jednak pytanie – co z ich egzekwowaniem, z praktyczną realizacją? Natura ludzka jest ułomna – konserwatyści często przytaczają tę oczywistą prawdę jako przyczynę, dla której człowiek powinien być odgórnie trzymany w ryzach – przez religię, króla, państwo, normy społeczne etc. Ale ten medal ma także (przede wszystkim?) drugą stronę, a mianowicie ułomność „kontrolerów”. Jak wielki kredyt zaufania można dać cenzorom, strażnikom moralności, wychowawcom i „autorytetom”, nawet jeśli działają „z upoważnienia monarchy” i pod królewskimi sztandarami?

To rozróżnienie na obszar rozważań teoretycznych i zagadnienie praktycznej realizacji jest dość istotne. Zauważmy bowiem, że z pewnej perspektywy nawet agrarno-komunistyczny ustrój „Demokratycznej Kampuczy” Pol Pota może się wydawać inspirujący. Wczesna pobudka (zdrowe), wymarsz do owocnej pracy na roli (zdrowe, naturalne), skromna odzież i posiłek (nieomal „chrześcijańskie”!), brak czasu na lenistwo, gnuśność i grzeszne myśli, wieczorem referat patriotyczny i zasłużony wypoczynek – coś w rodzaju wielkiego obozu harcerskiego albo zakonu! A jednak takie mrówcze życie okazałoby się dla większości ludzi nieznośne, nawet gdybyśmy pominęli klęskę głodu oraz założyli sprawiedliwość i uczciwość strażników.

Nie pragnę tu odnosić się do konkretnych postulatów, związanych z wolnością. Niekoniecznie jednoznacznie ocenię, czy w wymarzonym „państwie po Kontrrewolucji” (zamiennie: Restauracji) powinny być legalne tzw. narkotyki, rozerotyzowane fotografie, burdele, krótkie spódniczki, palenie w miejscach publicznych, mieszkanie ze sobą par bez ślubu kościelnego, wymiana „pirackich” plików przez Internet, słuchanie muzyki metalowej, malarstwo abstrakcjonistyczne, krytykowanie władzy, zakładanie prywatnych osiedli z własnymi regułami i tak dalej. W niektórych z tych spraw mam określone zdanie, w niektórych nie, do części będę jeszcze wracał. Bardziej chodzi mi o to, by nie spalić pochopnie „wolności osobistej” na stosie wraz z potępionymi „ideałami jakobińskimi”, by nie tracić jej z pola widzenia w imię „ładu i porządku”.

Weźmy np. cytat z Adama Danka (z jego tekstu „Cenzuro wróć!”):

Już słyszę głos jednego z produktów tego rozkładu – demokraty czy innego liberała – jak ględzi kaznodziejskim tonem: mamy wolność sumienia i wolność mediów, ludzie mają prawo tworzyć i oglądać również filmy uważane przez innych za szkaradne i nikomu nie wolno im zabronić, a pana przecież nikt do tego nie będzie zmuszał. Odpowiadam: stul pysk, parchu, i na kolana. To ty stajesz w obronie każdego plugastwa z gębą pełną „praw człowieka”, „samorealizacji” i „wolności obywatelskich”. Ale gdy w grę wchodzą inicjatywy podejmowane dla ratowania resztek naszej cywilizacji, nigdy nie można na ciebie liczyć, ba, pierwszy je oprotestujesz jako „zagrożenie dla demokracji”. Więc zacznij się kajać, zgniłku. Masz coraz mniej czasu.

Ktoś musi na powrót wpoić Europejczykom duchową karność i rudymentarne poczucie przyzwoitości, choćby kijem. Jeśli nie prawowity autorytet, niech zrobi to bojówkarz w czarnej koszuli. A jeśli nie on – to mułła czy kalif. Ale tak dalej być nie może.”

Artykuł, z którego zaczerpnąłem ten fragment, zasadniczo tyczy się filmów i widowisk bardzo obscenicznych, okrutnych i perwersyjnych. Nie twierdzę bynajmniej, że utożsamiam się z tokiem myślenia tak plastycznie opisanego „parcha” (vel „zgniłka”), ale nie znaczy to, bym bezrefleksyjnie powierzył kontrolę widowisk owemu herosowi w czarnej koszuli. Owszem, możliwe że w przypadku konkretnych „tworów kultury” (antykultury?) podzieliłbym refleksję autora, ale wszystko wskazuje na to, że ma ona wymowę znacznie bardziej ogólną. Zawsze można przecież powiedzieć, że perwersje są dopiero na końcu, zaś już na początku mamy „ziarna rozkładu”, które należy rozpoznać (powierzmy to „królewskim” albo „narodowym” cenzorom!) i już na wstępnym etapie rozdeptać „fanatycznie i nieubłagalnie”. Jestem więc w stanie wyobrazić sobie, że oto ja sam zmuszony zostałem do klęczenia przed „czarno-koszulistą” i spowiadania się oraz przepraszania (o ile tak skromne formy ekspiacji zostałyby w ogóle przyjęte). Spowiadania się ze słuchania „zdegenerowanych” zespołów rockowych lub (co gorsza) industrialnych, „obrażających niezmienne kanony piękna i będących policzkiem wymierzonym Platonowi”; z paradowania w latach młodości w pasiastych spodniach i poszarpanej kurtce (tj. w „błazeńskich łachmanach punkowca, wyrażających bunt przeciw cywilizacji”); czytania „głupawych, amerykańskich powieści science fiction, mącących młodym ludziom w głowach”; być może jeszcze z wielu innych, podobnych rzeczy. W żadnym razie nie twierdzę tu, że to Adam Danek ścigałby mnie za owe uchybienia – skąd jednak możemy wiedzieć, kto wówczas będzie odziany w czarny uniform? Pamiętajmy przy tym, że zakładamy prawo owych strażników do ingerencji także w nasze życie prywatne, towarzyskie, rodzinne, osobiste, intymne. Tu mogę więc wyobrazić sobie inny element „kontroli”, który (z tego, co zdołałem zauważyć) wydaje się być marzeniem pewnych konserwatystów, w szczególności z „odłamu brawarystycznego” – a mianowicie komanda starszych pań (albo jakieś „dwójki moralnościowe” złożone z proboszcza i sołtysa), obliczających ile czasu w moim domu spędziła „ta młoda osoba płci przeciwnej” i co przez ten czas mogło się stać – i donoszących o tym odpowiednim władzom. W istocie można to wszystko rozciągnąć znacznie dalej – dlaczegóż właściwie kontrrewolucyjne państwo nie miałoby nam zabronić palenia papierosów, picia kawy, leniuchowania na słońcu etc., dlaczegóż nie miałoby nam nakazać np. wstawania o szóstej rano, regularnego mycia się etc.? Brzmi fantastycznie, przesadzam? Któż to wiedzieć może…? Zawsze można powołać się na kilku królów (wszak prawowitych), którzy od czasu do czasu takie reformy wprowadzali. Ale mało tego, wyszliśmy przecież od sojuszu falangistów z maoistami. W tej sytuacji znacznie łatwiej o uzasadnienia: zdrowie narodu, poświęcenie dla wspólnej sprawy, totalna mobilizacja grup roboczych… A cóż dopiero wolność gospodarcza i własność prywatna, które łatwo można opatrzyć etykietkami w rodzaju „bożki burżujów”, „bałwany liberałów” lub rozlicznymi zastrzeżeniami typu „dobro wspólne”, „w zgodzie z celami i potrzebami narodu” etc.

Podkreślam: nie wyznaję liberalnej zasady, jakoby rzeczywiście wolno było dosłownie wszystko, co nie szkodzi bezpośrednio… i tak dalej. Tym niemniej uważam, że obywatel (poddany) powinien mieć pewien obszar swobody w swoim życiu – wliczając w to także swoiste „prawo do błędów” (świadomie w cudzysłowie) – i nie powinien to być obszar wąski. Niewykluczone, że ci, z którymi niejako polemizuję w tym tekście, zgodziliby się z tym (a może nawet uznali to za truizm), sprzeczam się tu jednak przede wszystkim o język, o rozłożenie akcentów. Być może tworzę pewne nadinterpretacje i zbyt poważnie traktuję niektóre zwroty retoryczne, być może też wrzucam do jednego worka zbyt wiele osób i środowisk (tu Falanga, tam Łukasz Kluska i „OMP Lublin”, dalej Mirosław Salwowski etc.). Jest w tym pewne przewrażliwienie, a wynika ono z faktu, że nie chciałbym mieszkać w kraju, w którym całość życia jest upolityczniona (czy może – użyjmy tu karkołomnego sformułowania – „uideologiczniona”). Przeciwnie, chciałbym mieć (co tam ja, chciałbym tego dla bliźnich, rzecz jasna!) możliwość posłuchania muzyki z gatunku „harsh noise”, wypicia piwa (o zgrozo – w miejscu publicznym!), wejścia na własne ryzyko do opuszczonego budynku, rzekomo „grożącego zawaleniem”, wychowywania dzieci tak, jak chcę — i tak dalej.

Znamienne, że to właśnie „rewolucyjni” konserwatyści (oraz „evolianie” i im podobni) najczęściej używają pojęcia „Anarcha”, „droga Anarchy”, symbolizującego postawę kogoś niezależnego, kroczącego własnymi ścieżkami, czasem wręcz „aspołecznego”. Czy zatem po Kontrrewolucji okaże się nagle, że teraz Anarcha to już szkodnik, czynnik rozkładowy, dekadent i prowokator, a skoro „wygraliśmy”, to winien on zauważyć, że wszystko odwróciło się do góry nogami i czas przywdziać „uniform Robotnika” (niechby i nawet – zbroję Rycerza, jednego z wielu w jednolitym oddziale)? Całkiem możliwe – przypomina się tu los awangardowych artystów (futurystów, dadaistów, surrealistów etc.), tak ochoczo wspierających rewolucję sowiecką – którzy, gdy tylko rewolucja okrzepła, stali się nagle niepotrzebnymi już przedstawicielami „burżuazyjnych tendencji rozkładowych”, chyba że wystarczająco szybko przechrzcili się na krzepki, budujący, prosty i jednoznaczny socrealizm…

Tak czy inaczej, Kontrrewolucja to wizja odległa, a reakcjoniści „mierzą w tysiącleciach”, jak wiemy od Gómeza Dávili. Tu i teraz mamy świat demoliberalny, „zgniłyj Zapad”, socjalistyczną Unię Europejską, rozszerzającą się biurokrację i coraz ciaśniejsze kajdany „politycznej poprawności”. Właśnie w odniesieniu do tego świata kwestia wolności jest naprawdę istotna.

Nie tak dawno miałem przyjemność prowadzić we wrocławskim lokalu Civitas Christiana dyskusję poświęconą „zagrożeniom wolności osobistej w świecie współczesnego Zachodu”. Wybór takiego tematu wynikał z mojego ówczesnego silnego zainteresowania sprawami wymiany plików, wolności w Internecie, „infoanarchizmu” i tzw. (a może – rzekomej) „własności intelektualnej”. Badanie tych wątków rozwinęło się wkrótce w ogólniejsze przemyślenia na temat wolności i własności w dzisiejszych czasach, a owocem tego było spotkanie w Civitas. Od razu powiem, że nie było wówczas i nie jest teraz moim celem uzasadnianie tzw. „infoanarchizmu” i obalanie konceptu „własności intelektualnej” – w tej chwili kwestie te interesują mnie jedynie w odniesieniu do malejącego obszaru wolności osobistej i gospodarczej i stawiam je na równi z innymi.

O czym rozmawialiśmy w siedzibie Civitas Christiana? O prywatnej edukacji i homeschoolingu (nauczaniu domowym), o prawie do posiadania broni oraz obrony swego życia i mienia, o spożywaniu alkoholu w tzw. miejscach publicznych, o antypsychiatrii, o wolnej wymianie plików w Internecie, o prywatnych miastach, o szyfrowanych sieciach komputerowych – i tak dalej. O tym wszystkich obszarach, w których uwidacznia się problem wolności osobistej (i gospodarczej, choć to nie było tematem głównym). Teza moja jest następująca: należy dziś wspierać takie wolnościowe inicjatywy, wymierzone w biurokrację, w oficjalne i nieoficjalne próby narzucania rygorów „politycznej poprawności” etc. Rzecz jasna, jak pisałem wcześniej, sprawy te nie będą mi obojętne także za ów tysiąc lat, „po Restauracji” – ale nawet jeśli ktoś w ogólności podchodzi do „wolnościowych” postulatów nieufnie (z pozycji prawicowych, narodowych, konserwatywnych), to przynajmniej dziś winien doceniać wagę sprawy. Mało tego, niech nawet „zniży się” do argumentowania za pomocą „wolności”, być może zyskując na tym więcej, niż na upieraniu się, że „powinienem mieć do tego-i-tamtego prawo nie dlatego, że mam jakieś prawa, ale tylko i wyłącznie dlatego, że jest to obiektywnie prawdziwe i zgodne z odwiecznym Ordo”.

Powiedzmy sobie szczerze: jako „skrajna prawica” jesteśmy dziś malutcy. Nie jesteśmy teraz gwardzistami w służbie miłościwie panującego króla (cesarza, cara, imperatora, księcia), którzy uzbrojeni w autorytet władzy tępią „podłość, fałsz i brud”. Odwrotnie – to konserwatyści „knują wojnę” po kryjomu, są kornikami – i to słabymi. Państwowe szkoły uczą po swojemu (w zgodzie ze standardami political correctness i liberalnego, „postępowego” wychowania) – nie mamy na nie większego wpływu, tym silniej powinniśmy więc lansować alternatywne formy edukacji i bronić ich, wygryzać dla siebie choćby małą niszę (mówię tu np. o nauczaniu domowym, o szkołach prywatnych i katolickich). Kieruję te słowa w szczególności do wielu narodowców (narodowych radykałów i endeków), którzy w promocji takich rozwiązać od razu doszukują się zgubnego „indywidualizmu”, a przeciwstawiają im „wychowanie narodowe” poprzez państwo. Ale jaki mogą oni mieć obecnie wpływ na to państwo? Niewielki i tymczasowy – w najlepszym razie. Czy zatem warto od razu cedować na nie to, co być może dałoby się wywalczyć choćby dla realizacji swoich własnych, praktycznych celów?

To samo można powiedzieć o innych wymienionych zjawiskach. Szyfrowany, podziemny Internet (np. TOR) – no tak, furtka do rozlicznych deprawacji, powie ktoś – ale i możliwość (przynajmniej teoretyczna) prywatnej, poza-systemowej wymiany informacji.

Antypsychiatria? „Obłędna koncepcja lewacko-libertariańskich mędrków”… ale czy nie można na nią spojrzeć jako na sposób obrony przed potencjalnym zaszufladkowaniem prawicowców jako „osób chorych i wymagających leczenia”, dotkniętych „autorytarnym zaburzeniem osobowości”?

Wolność słowa? Matka wszystkich herezji, niechybnie… ale jeśli tu i teraz prawica zażąda jej likwidacji i zaprowadzenia cenzury – to władza zrobi to bardzo chętnie, udając oczywiście, że nie dosłyszała wyrażonego na końcu żądania, aby kontrolę nad informacją przyznać „posiadaczom obiektywnej Prawdy i wiedzy o Ładzie” (oczywiście to pewna metafora – w istocie wiadomo, że obecne rządy nie mają zwyczaju nawet słuchać „życzeń” skrajnej prawicy, a co dopiero je spełniać – niemniej nie należy im ułatwiać zadania i dawać argumentów do ręki). Nawiasem mówiąc, nawet w „świecie po Kontrrewolucji” powinna być dopuszczalna pewna dawka autentycznej krytyki panujących stosunków – po pierwsze dlatego, że idealne przecież nie będą (w końcu to ziemski padół), a po drugie dlatego, że surowa cenzura odruchowo budzi u człowieka wątpliwości w rodzaju: „skoro tak starają się tego poglądu nie dopuścić do głosu, to może naprawdę coś ukrywają…?” Ktoś mógłby rzec, że tak poniekąd jest w Kościele (tj. nie ma potrzeby, albo i nie wolno mieć wątpliwości), ale mimo wszystko nawet najporządniejsza monarchia to nie religia…

Ze spraw przyziemnych i codziennych – weźmy ów zakaz „spożywania alkoholu w miejscach publicznych”. Ratunek przed prostactwem, „buractwem”? A może sztuczny przepis, wymagający obchodzenia tyleż częstego, co karkołomnego, nie chroniący w żaden sposób przed tymi, którzy pijani wytoczą się z mieszkań i knajp – a nie obowiązujący na przykład w (skądinąd słynącym z rygoryzmu) Singapurze…

Sądzę więc, że nie będzie niczym zdrożnym rozbijanie „systemu” właśnie od tej strony – od strony wolności (osobistej i gospodarczej), dopominania się o nią, propagowania rozmaitych (nie wszystkich) „alternatywnych” sposobów oddolnej organizacji niektórych usług świadczonych zwykle przez państwo oraz podkreślania potrzeby „pola manewru” dla człowieka. Rzecz jasna wielu konserwatystów chętnie przytoczy tu znany cytat z Pawła Jasienicy (na temat tego, jak nieprawdopodobnie wieloma prawami cieszył się mieszkaniec świata ancien regime’u w porównaniu z mieszkańcem współczesnej republiki) – i skwituje go stwierdzeniem: „o, taką wolność to ja rozumiem – a nie jakieś bezeceństwa”. Pamiętajmy jednak, że tamte stosunki rozpadły się (zapewne: niestety) i trudno dziś mówić o powinnościach feudalnych czy przywilejach cechowych, chyba że ktoś spróbowałby wprowadzić je sztucznie. Warto więc mieć na uwadze ów cytat – ale interpretować go jako argument za tym, o czym była mowa w poprzednich akapitach, za „naszą wolnością” tu i teraz, w obecnych uwarunkowaniach. Pół żartem, pół serio można powiedzieć – jeśli już czerpać „z lewa”, to raczej z narodowego anarchizmu, niż narodowego bolszewizmu…

Oczywiście niektóre z opisanych inicjatyw to zjawiska marginalne, może wręcz utopijne, gdy chodzi o ich obecny realny zakres (np. niezależne miasta, „tymczasowe strefy autonomiczne” itd.), pamiętajmy jednak, że nawet jeśli „dziś jest nas mało, zbyt mało, by pójść po wolność” (Honor), to być może kiedyś „z małej iskry wybuchnie wielki ogień” (Konkwista 88). Co prawda – niczego nie obiecuję… „Więc nie miej złudzeń, że wolność nadejdzie – bo nie rozpoznasz jej w tłumie kłamstw” (Honor).

Wcale nie chodzi tu o prawa pojęte liberalnie, o wsparcie dla parad gejowskich i podobnych inicjatyw – tu należy podkreślać raczej ich anty-wolnościowy charakter (posługiwanie się instrumentami urzędowymi, próby narzucania czegoś społeczeństwu etc.). To wszystko odnosi się do taktyki – i jest to coś, co prawicowcy, narodowcy, konserwatyści mogą przyjąć nawet, jeżeli w ogólności nie są wielkimi adoratorami „idei wolności”. A czy powinni nimi być? Można tu się sprzeczać o szczegóły, ale jak pisałem wcześniej – nie traktujmy „swobód” z pogardą, nie rzucajmy ich pochopnie płomieniom mitycznego „stosu oczyszczenia”.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.