Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Precz z Brzozowskim, precz z faszyzmem?

Precz z Brzozowskim, precz z faszyzmem?

Adam Danek

W artykule „Prekursor wykształciuchostwa” („Najwyższy CZAS!” z 17 V 2008) dr Adam Wielomski wspomina postać oryginalnego polskiego krytyka literackiego i filozofa Stanisława Brzozowskiego (1878-1911), w kontekście niedawnego przybrania go za patrona przez stowarzyszenie związane z kwartalnikiem „Krytyka Polityczna”. Stara się wykazać, iż trudno o trafniejszy wybór, iż autor „Legendy Młodej Polski” idealnie pasuje do polskich propagatorów lewackiej „kontrkultury”, ponieważ był marksistowskim intelektualistą, a w swych dziełach wskazywał jak i dlaczego należy zdruzgotać tradycyjny porządek społeczny (w dodatku sobie współczesnym dał się zapamiętać jako nikczemny cwaniaczek i świnia, „obrzydliwe indywiduum”). Słowem, przyznaje lewakom całkowitą rację.

U mnie tymczasem fakt sięgnięcia po postać Brzozowskiego przez rodzimych naśladowców zachodniej „nowej lewicy” wzbudził niebywałe zdumienie, gdyż nie potrafię doprawdy pojąć, jakie pozytywne dla siebie odniesienia mogą oni znajdować w jego spuściźnie. W mojej opinii p. Wielomski z góry nakreślił konterfekt bohatera wspomnianego artykułu tendencyjnie, aby móc go przedstawić jako prekursora współczesnego lewactwa. W rzeczywistości natomiast myśl Brzozowskiego dzieli od tego ostatniego przepaść, wiele natomiast łączy go z ruchami politycznymi i intelektualnymi, z którymi Sierakowski i towarzysze z pewnością nie odczuwają pokrewieństwa… Ale po kolei. Na wstępie podkreślę, że nie chciałbym się w ogóle zajmować biografią Brzozowskiego, ponieważ życie własne myśliciela nigdy nie dostarcza podstawy dla dokonania oceny głoszonych przezeń poglądów. Jak onegdaj zauważył prof. Ryszard Legutko w szkicu „Nauczyciele ludzkości”, doszukiwanie się sprzeczności pomiędzy treściami propagowanymi przez myślicieli a ich postępowaniem na co dzień po to, żeby móc ich wyzywać od hipokrytów stanowi ulubioną rozrywkę lewicowych publicystów, mających tendencję do wyprowadzania poglądów danego autora z faktów biograficznych. Dla nas jednak fakt, iż Brzozowski głosił filozofię czynu, choć sam pozostał zblazowanym salonowcem w perfumowanych rękawiczkach, nie wpływa na osąd jego przekonań, podobnie jak na osąd przekonań chrześcijańskiego moralisty Zygmunta hrabiego Krasińskiego (1812-1859) nie wpływa fakt, iż sam Krasiński prowadził się niemoralnie.

Czy Stanisława Brzozowskiego można uznać za marksistę, jak nazywa go wprost dr Wielomski? Jego koncepcje zyskały ogromną popularność w okresie międzywojennym – do jego dziedzictwa przyznawali się wówczas zarówno narodowcy, jak i wrodzy im niepodległościowi socjaliści, zarówno środowiska katolickie, jak i pogański, narodowo-bolszewicki krąg Zadrugi skupiony wokół Jana Stachniuka (1905-1963). Wszystkie te ugrupowania, choć nieraz z biegunowo przeciwnych pozycji, stanowczo odrzucały marksizm. Nie dowodzi to jednak oczywiście odrzucenia go przez samego Brzozowskiego, tym bardziej, że Marksowskie inspiracje są w jego pismach wyraźnie widoczne. Ale na inspiracjach się kończy. Brzozowski, niezależnie od swojego zainteresowania twórczością Marksa, nie mógł nigdy zostać marksistą, gdyż istotę jego namysłu stanowiła zdolność (i siła) człowieka do świadomego kształtowania świata. Jego filozofia miała wywołać „przemianę świata gotowego w świat stwarzany”, a dzieje postrzegał jako zadanie dla woli tworzącej – co zdecydowanie przeczy marksistowskiemu determinizmowi. Rozrachunkowi z nim poświęcił zresztą rozprawę „Anty-Engels”, w której – co ciekawe – oskarżał Engelsa o zupełne wypaczenie myśli Marksa właśnie poprzez przekucie jej w deterministyczny (czyli fałszywy) system. W eseju „Materializm dziejowy jako filozofia kultury” pisał: „Marks mówił: człowiek sam stwarza swoją historię, każdy czyn znaczy tyle, ile stwarza. A Engels mówił: ‘znaczenie czynów zostaje określone dopiero przez to, czym one są dla rozwoju’. Innymi słowy ‘rozwój dopiero ukazuje nam, czym były nasze czyny’ (…)”. Wywodził tam, iż jeżeli marksizm ma jakiś sens, to jako praktyczne narzędzie pozwalające zbiorowości panować nad rzeczywistością, świadomie tworzyć własną historię. Jeżeli jednak na poważnie ujmuje on człowieka jako istotę określaną i kierowaną przez bezosobowe procesy ekonomiczne, to prowadzi na powrót do wizji „świata gotowego” (w tym przypadku zaprogramowanego przez przemiany gospodarcze) i mieszczańskiego „ideału” życia jako zorganizowanej eksploatacji dóbr materialnych — jego deklarowany bunt przeciw światu mieszczańskiemu staje się kłamstwem. Skoro więc Brzozowski interpretuje Marksa w duchu antymaterialistycznym, nie sposób zaliczyć go do marksistów. Do identycznej konkluzji dochodzi prof. Andrzej Walicki, stwierdzając: „‘Anty-Engels’ nie był już programem uprawiania filozofii wewnątrz marksizmu. Był to raczej zarys nowej wersji ‘filozofii pracy’, inspirowanej między innymi przez Marksa, ale niemieszczącej się w ramach tradycji marksistowskiej i mocno podkreślającej swą niezależność”. Pozostałych inspiracji – dodajmy – dostarczali jej tacy myśliciele jak Fryderyk Nietzsche czy Jerzy Sorel.

Dr Wielomski oskarża ponadto Brzozowskiego o totalny, nihilistyczny relatywizm: wiarę, że nie istnieje w świecie żaden obiektywny ład, więc można go kształtować dowolnie, eksperymentując według własnego widzimisię: „Człowiek może zmienić swoją religię, wywrócić do góry nogami całą tradycję, stosunki polityczne i własnościowe, a nawet odmienić przyrodę. Człowiek jest pantokratorem rzeczywistości. (…). ‘Rzeczywistości’ przeto nie ma – jest ona samostwarzana przez człowieko-bogo-rewolucjonistę”. Teraz dla kontrastu zacytujmy samego Brzozowskiego; w artykule „W odpowiedzi na protest” (notabene, opublikowanym w endeckim piśmie „Głos”) krytykuje on koncepcje jednego z polskich teoretyków sztuki następującymi słowy: „Ponieważ świat nie ma sensu, wszystko może mieć sens. Ponieważ nie ma prawdy, prawdą może być i jest wszystko. Miriam nauczył artystów naszych żyć nicością i bawić się nią. Uczynił ze sztuki bezpłodne i niezobowiązujące marzenie i nazwał to zaprzeczenie wszelkiego bytu – absolutem. Zawładnął wszystkimi słowami i pojęciami przez myśl wytworzonymi i znieprawił je, zbliżając się do nich bez wiary”. Jak widać, Brzozowski piętnuje swego adwersarza dokładnie za to, co przypisuje mu p. Wielomski – za nominalizm, relatywizm, nihilizm. Przeciwstawiał im swą „filozofię czynu i pracy”. W pracy widział zorganizowaną działalność człowieka, która przekształca przyrodę, a zarazem jego samego wzbogaca wewnętrznie – polega na jednoczesnym tworzeniu i samostwarzaniu. Czyn to wkład pojedynczego człowieka w pracę, jego odpowiedź na potrzeby zbiorowości, dowód jego aktywnej i odpowiedzialnej postawy wobec tej ostatniej. Inaczej mówiąc, praca stanowi czyn zbiorowy, stwarzający podstawy zbiorowego bytu, a historia – wytwór „pracy dziejowej”, tzn. twórczej działalności ludzi. Wygląda więc na to, iż „filozofia czynu i pracy” polega nie na relatywizmie, czyli dowolnym zmienianiu rzeczywistości zastanej, a raczej na kreowaniu pewnego porządku i nadawaniu mu obiektywnego charakteru, na wtłaczaniu świata w jego ramy przez żelazną wolę przemiany. Brzozowski potwierdza to zresztą expressis verbis w cytowanym wcześniej artykule: „Jedynie przez rozwiązanie sprzeczności tkwiących w duszy własnej i czyniących z niej i ze świata niezrozumiały i przerażający chaos uczynić można znów świat ładem, materiałem, w którym realizuje człowiek ideały swoje i wartości. Trzeba więc przedsięwziąć energiczną i konsekwentną pracę duchową (…), dążąc do prawdy i jedności, na której oprzeć się można”.

Jaki to ład kreować pragnie Brzozowski? No cóż, na pewno nie idzie mu o odtworzenie konserwatywnego porządku społeczno-politycznego; dość w tym względzie przytoczyć jego charakterystykę jednego z krakowskich Stańczyków, prof. Stanisława hrabiego Tarnowskiego (1837-1917), uważanego przezeń za strażnika ładu opartego na Tradycji: „Ideały i zasady społeczne hr. Tarnowskiego dadzą się sformułować w ten sposób: nie zważając na nikogo i na nic, modlić się na Złotym Ołtarzyku, aby Pan Bóg dał Polskę, w której by hr. Tarnowski i jego przyjaciele mieli pierwsze stanowiska, w której by nikt nie mówił o darwinizmie, modernizmie, socjalizmie, wolterianizmie, a nawet protestantyzmie. Jak to ma się stać, to Bogu tylko wiadomo – dlatego też nie konspirować, nie walczyć, modlić się tylko…”. (Pomijając złośliwy ton opisu, wystawia on zresztą prof. Tarnowskiemu jako konserwatyście jak najlepsze świadectwo.). Fundamentem ładu, o jaki Brzozowskiemu chodzi, na pewno nie będzie zatem tradycja. Co do religii, to p. Wielomski słusznie zwraca uwagę na antyklerykalne wycieczki autora „Legendy Młodej Polski”, ale z drugiej strony przemilcza, że Brzozowski uważał ją za ważny czynnik kulturotwórczy. Polemizował również z marksistami, którzy usiłowali wykazać zbędność religii przez wskazanie na socjologiczne podłoże jej rozwoju – w jego oczach fakt, iż pewne zjawisko społeczne da się uzasadnić socjologicznie nie odbierał automatycznie temu zjawisku głębszego sensu. Nie odpowiedzieliśmy jednak na pytanie, gdy tymczasem Brzozowski udziela na nie czytelnej odpowiedzi. Podstawę ładu stanowi dlań naród. To on jest podmiotem „pracy dziejowej”. W oczach filozofa literatura powinna zachowywać ścisły związek z politycznym i społecznym życiem narodu. Wszelka sztuka ma pozostawać w służbie narodowej. Twórcza jednostka, by móc się prawdziwie rozwijać, musi ulec reintegracji w życie narodu. Szczególnie ważna pozostaje dla Brzozowskiego potrzeba unarodowienia proletariatu – najbardziej aktywnej i dynamicznej grupy w zbiorowości, przejawiającej w największym stopniu wolę przemiany „świata gotowego w świat stwarzany” i potrzebną do tego siłę (czyli, innymi słowy, największy potencjał rewolucyjny).

Przyjrzyjmy się jeszcze raz „filozofii czynu i pracy”, zarysowanej w pigułce powyżej. Naród to podmiot tworzący swą wolą historię. Świadomie podejmowanym wysiłkiem rozbija w pył świat stosunków zastanych i nadaje mu kształt, jakiego wymagają zachodzące w jego łonie procesy życiowe. W ten sposób ustanawia nowy ład (Ordine Nuovo, Neue Ordnung). Rolę jego zbrojnego ramienia odgrywa znacjonalizowany, wyleczony z zaczadzenia kosmopolitycznym komunizmem proletariat. Ludzie prawdziwie twórczy odczuwają wraz z narodem i angażują się bez reszty w jego heroiczne zmagania. Filozofia czynu, wola mocy… Brzmi to wszystko bardzo znajomo, ale z pewnością nie kojarzy się z salonowymi paniczykami z „Krytyki Politycznej”. Pasuje za to jak ulał do ruchu politycznego i intelektualnego niezmiernie popularnego w okresie międzywojennym. Do faszyzmu. Dr Wielomski w swym felietonie podkreśla odrzucenie przez Brzozowskiego wszelkiej transcendencji i metafizycznego porządku. Wszystko się zgadza: istotą faszyzmu jest przekonanie, że żadnego wyższego ładu w świecie nie ma, więc wola może go kształtować zupełnie swobodnie – określone przez prof. Macieja Urbanowskiego mianem „antymetafizyczności” i „antyplatonizmu”. Prof. August Del Noce (1910-1989), wybitny analityk totalitaryzmu oraz filozof katolicki i konserwatywny, nazwał zaś faszyzm „najbardziej konsekwentnym rozwinięciem negacji myśli platońsko-chrześcijańskiej”. Lewicowi historycy literatury piszą o zmarłym przed I wojną światową Brzozowskim jako o myślicielu „protofaszystowskim” – i w tej sprawie, o dziwo, wydają się mieć rację.

Podsumowując, nie ulega wątpliwości, iż Brzozowski był (werbalnie) rewolucyjnym ekstremistą i lewicowcem, jeśli jednak coś antycypował, to nie lewacką kontrkulturę lat sześćdziesiątych, a właśnie faszyzm. Na pewno nie nadawałby się na patrona Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego, na czele którego stoi p. Wielomski – ale z jakich powodów miałby się nadawać dla „nowej lewicy” feministek, pedałów i „obrońców praw zwierząt”? I tu dochodzimy do optymistycznej konkluzji. Skoro lewackie wykształciuchy muszą w Polsce za patrona obierać srogiego faszystę Brzozowskiego, to najwyraźniej nie mają w polskiej historii kompletnie nikogo, do kogo mogliby się odwołać w zgodzie z własną ideologią. Bo chyba nie do narodowych socjalistów z PPS, którzy ukuli termin „żydokomuna” (sic!), a do komunistów otwarcie strzelali na ulicach? Jeżeli zatem ktokolwiek chciałby, jak dr Wielomski, rzucić gromy na Brzozowskiego, powinien krzyczeć nie „Precz z lewactwem!”, lecz „Precz z faszyzmem!”. A wrzeszczeć „Precz z faszyzmem!” na spółkę z lewakami – to doprawdy poniżej godności prawicowca.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.