Jesteś tutaj: Publicystyka » Adrian Nikiel » Zachęta do myślenia

Zachęta do myślenia

Adrian Nikiel

„Przeciw beznadziei” to obszerny i ciekawy wybór artykułów p. Arkadiusza Robaczewskiego, znanego promotora indultowego nurtu katolickiego tradycjonalizmu, opublikowanych w latach 2001-2007. Czytany we wrześniu 2011 r. — nie stracił na aktualności. Z sedewakantystycznego punktu widzenia recenzowanie tej xiążki jest o tyle trudne, że z Autorem można zgodzić się prawie we wszystkim, lecz to „prawie” oznacza, iż recenzja musi przybrać formę polemiki odnośnie do tych punktów, w których rozbieżności są ewidentne.

Ewentualna polemika jest nieco utrudniona również dlatego, gdyż w zbiorze dostrzec można ewolucję poglądów p. Robaczewskiego, więc notatki z uwagami recenzenta poczynionymi w trakcie lektury początkowych rozdziałów, znajdują przynajmniej częściowe odpowiedzi pod koniec tomu.

W swojej xiążce p. Robaczewski skupia się na kryzysie cywilizacyjnym, który od co najmniej kilkudziesięciu lat pustoszy Kościół i państwo. Oczywiście, wiemy, że ten kryzys zaczął się wraz z rewolucją protestancką w XVI wieku (a są głosy, że nawet wcześniej), ale minione stulecie to nasilający się wymiot Zła. Posługując się herezją modernizmu szatan zainfekował nawet Kościół Święty, ostatni bastion oporu przeciwko permanentnej rewolucji. Jednak przypominanie w tym miejscu tych wszystkich faktów byłoby jak powtórka z abecadła na studiach doktoranckich, więc ograniczę się do powyższego, aby wskazać temat główny, obecny na każdej stronie dzieła.

Autor pokazuje zatem proces rugowania cywilizacji łacińskiej i zastępowania jej projektami laickimi, świadomie negującymi Prawdę, Dobro i Piękno. Czyni to w czterech częściach tematycznych: Cywilizacja, Człowiek i wychowanie, Kościół i Tradycja oraz Wokół Radia Maryja.

Pan Robaczewski precyzyjnie rozróżnia kryzys cywilizacyjny i kryzys polityczny, podkreślając, że upadku cywilizacyjnego nie można powstrzymać prostym wygraniem wyborów, nawet, gdyby wygrała je partia ludzi nieskazitelnych. Kontrrewolucja musi rozpocząć się w sferze metapolityki — przywróceniem czytelnych kryteriów prawdy i fałszu w takich instytucjach życia społecznego, jak seminaria, uniwersytety i szkoły niższych szczebli, instytucje powołane do promocji kultury oraz media. Niezbędne będzie również przywrócenie tradycyjnego pojęcia i znaczenia rodziny. Współcześnie rodzina – pogrążona w antropologicznym kryzysie – jest przedmiotem experymentu społecznego, który już doprowadził do głębokich zmian mentalności, a docelowo miałaby przekształcić się w luźne, patchworkowe „związki” ludzi nie poczuwających się do żadnych trwałych zobowiązań.

Godne uwagi jest to, że Autor odważnie sprzeciwia się pseudoprawicowemu wariantowi „politycznej poprawności”. Między innymi przypomina skandaliczną reprymendę, jakiej p. Jarosław Kaczyński udzielił ówczesnemu wicepremierowi, p. Romanowi Giertychowi za wypowiedź, w której lider Ligi Polskich Rodzin nazwał aborcję przestępstwem i barbarzyństwem. Przywołuje też prowokacyjny gest Marii Kaczyńskiej – żona ówczesnego prezydenta wyraziła otwarty sprzeciw wobec działań zmierzających do zapewnienia pełnej ochrony życia dzieci w okresie prenatalnym. Przed wyborami parlamentarnymi 2011 r. te fragmenty xiążki brzmią jak groźne memento. Genialny w swojej prostocie jest akapit: Nieodparcie narzuca się stwierdzenie, że bracia Kaczyńscy są paputczikami współczesnych jakobinów, a poklask mas, tak potrzebny w politycznym systemie cyfrokratycznym, zdobyli antykomunistyczną retoryką. Tyle że retoryka ta, wobec przypomnianych wyżej zdarzeń, wygląda jak efekt osobistych porachunków z przeszłości, a nie świadomy i mądry sprzeciw wobec chorej ideologii (str. 86).

Warto na marginesie przypomnieć, że gdy p. Jarosław Kaczyński w kwietniu 2007 r. storpedował kolejną inicjatywę pro life i doprowadził do rozstania p. Marka Jurka z Prawem i Sprawiedliwością, żegnał byłego marszałka sejmu obelgami „wariat” i agent”. To chyba nie wymaga komentarza. Ale cóż, dopóki w Polsce nie zostanie restaurowana prawowita monarchia, do tego czasu demokracja będzie wyzwalać w brnących do władzy ludziach to, co najbardziej nikczemne. Jest to zjawisko immanentne, niezależne od opcji politycznej.

Niestety, nic mi o tym nie wiadomo, by w momencie wydania albo później dzieło p. Robaczewskiego wzbudziło ożywioną dyskusję, jaką niewątpliwie sprowokować powinno. Po upływie kilku lat, kiedy jesteśmy bogatsi o nowe doświadczenia, warto rozważać fragmenty, które mogą stać się punktem odniesienia do debaty. Jest to o tyle ważne, że sam Autor podkreśla w swojej pracy, iż współcześnie terminem „dialog” oznacza się nie wspólne dociekanie Prawdy, lecz spotykanie się w pół drogi przy zachowaniu i równoprawności subiektywnych przekonań. Każdy pogląd uchodzi więc za równie prawdziwy i godny szacunku. Ma to jednak również drugą stronę – konformizm, gdy przekonania nie są weryfikowane poprzez ich zgodność z rzeczywistością, lecz przez zgodność z opinią większości. Z pewnością do „tematów niebezpiecznych” zaliczyć można prawdę o Kościele.

Nie ulega wątpliwości, że Kościół musi wznieść się z gruzów i stanąć na czele Kontrrewolucji. Kontrrewolucji permanentnej, będącej procesem dziejowym, zatem większej niż tylko np. przywrócenie prawowitego władcy na tron w jednym państwie. Odpowiednikiem dziewiętnastowiecznych, hiszpańskich xięży gerylasów muszą stać się w skali kontynentu, a może i świata, ci duchowni, którzy nie dali się zwieść modernistom nazywającym – że pozwolę sobie na metaforę – supermarket katedrą, przybijającym szyld „katolicki” nad synagogą szatana. Nieporozumieniem jest zatem oczekiwać zaangażowania w Kontrrewolucję ze strony osób, które swoim postępowaniem demoralizowały wiernych i niszczyły Kościół, albo przynajmniej zaakceptowały rewolucję rozpoczętą w 1962 r. i podporządkowały się Władcom Chaosu.

Kontrrewolucja nie może też odbywać się „na pół gwizdka”, czyli przy założeniu, iż można kontaminować Ancien Régime i „umiarkowane skrzydło” rewolucji (w tym wypadku tzw. pobożny NOM). Nie warto też rozważać, czy z Dyrektoriatu da się wykreować prawowitą władzę – że pozwolę sobie na kolejną metaforę. Nieporozumieniem jest zatem traktowanie posoborowych „papieży” jak prawowitych Namiestników Chrystusa. Dlatego też katolicy prędzej czy później muszą dokonać świadomego wyboru i odciąć się od Kościoła zwanego Soborowym, Nowym, Kościołem Novus Ordo itp. Alternatywą jest bowiem akceptacja ekumenicznej religii Świętego Spokoju. Jeżeli mamy, jako katolicy, żyć w Prawdzie, musimy wyciągnąć konsekwencje z tego, że Nowy Kościół ma nową mszę, nowe ryty sakramentów, nowy ryt konsekracji biskupów, nowe rozumienie ekumenizmu, nowy kodex prawa kanonicznego, nowy katechizm, nowy różaniec, nowe nauczanie w seminariach, a to wszystko sprzeczne z Magisterium Kościoła, takim, jakie ono było od momentu, gdy nasz Pan Jezus Chrystus powołał św. Piotra Apostoła na pierwszego papieża.

Owszem, być może sam Autor (lub któryś z jego czytelników) mógłby odpowiedzieć, że przecież Benedykt XVI, niewątpliwie pozytywny bohater recenzowanego tytułu, jest konserwatystą. Nie przeczę, że można mieć takie wrażenie, lecz jego konserwatywne reformy wprowadzane są w ramach i przy akceptacji realiów Novus Ordo. Tak, Msza Wszechczasów „wróciła”, ale w poważnie zmienionym wariancie z 1962 r., a przede wszystkim – wróciła z mijającym prawdę szerokim łukiem uzasadnieniem, że rzekomo Msza Wszechczasów i modernistyczny Nowy Porządek Mszy to w rzeczywistości dwie niesprzeczne formy tej samej liturgii! A przecież, o czym p. Robaczewski również wie doskonale, już w latach sześćdziesiątych XX wieku najwyżej postawieni hierarchowie Kościoła podkreślali, że NOM oznacza zerwanie z niezmiennym nauczaniem Kościoła Świętego. Konserwatyzm nie jest synonimem Tradycji.

Owszem, przywrócono modlitwę o nawrócenie żydów, ale pod naciskiem wrogów Chrystusa zrobiono z niej tylko parodię textu tradycyjnego. Promotorzy fałszywego ekumenizmu, organizatorzy imprez międzyreligijnych (zakazanych przez papieża Piusa XI) wciąż traktowani są jak głos Kościoła, nie spotykają ich żadne kary. Benedykt XVI uchodzi za krytyka ekumenicznych spotkań w Asyżu, lecz na październik 2011 r. zaplanowano kolejne takie wydarzenie. Tak więc ten swoisty religijny supermarket konstruowany jest na zasadzie „dla każdego coś miłego”, nie ma już zasady niesprzeczności, fałsz i Prawda są równoprawne (por. str. 143 i zawarte tam pytania o ekumenizm). A równouprawnienie herezji i Magisterium oznacza, że męczennicy ginęli na darmo (por. str. 155).

Niebezpieczne jest twierdzenie, że sam Kościół powinien dokonać rachunku sumienia (str. 149). Być może to tylko stylistyczna niezręczność, ale w dosłownym brzmieniu oczekiwanie Autora jest zbieżne z postulatami modernistów z ich manią przepraszania za rzekome zbrodnie Kościoła. Poza tym, musimy zawsze o tym pamiętać, prawdziwym katolickim Kościołem nie jest i być nie może taka wspólnota religijna, której doktryna prowadzi do grzechu, herezji i apostazji! Niewątpliwie jednak rachunku sumienia dokonać muszą „duszpasterze”, którzy zdradzili Kościół. Symbolem upadku Nowego Kościoła może być mianowanie wolnomularza na stanowisko „nuncjusza apostolskiego” w Iranie. Ten sam wolnomularz, abp Hannibal Bugnini był wcześniej współautorem Nowego Porządku Mszy. Większość ludzi, którzy dziś uważają się za katolików, uczestniczy w nabożeństwach najdosłowniej zaprojektowanych przez masona i sześciu protestanckich pastorów na wzór anglikańskiej tzw. mszy Cranmera. Czy można dziwić się, że mimo reform Benedykta XVI liczni są hierarchowie Kościoła soborowego, którzy Mszy Świętej i ruchu Tradycji katolickiej boją się jak diabeł święconej wody (str. 165)?

Ze względu na przytoczone wyżej fakty obowiązkiem recenzenta jest stwierdzić, że Autor, zatrzymując się w pół drogi, co zakrawa na pewien paradox, nie wyciągnął ostatecznych konsekwencyj ze swoich arcysłusznych założeń. Proces akceptacji sedewakantyzmu jest, być może, bolesny, ale niezbędny. Kościół został zniszczony od wewnątrz! Pan Robaczewski doskonale zdaje sobie z tego sprawę, sam o tym przecież pisze (np. ss. 69-71). Cytuje również słowa Bernanosa, m.in.: Nigdy nie paktujcie z fałszem (str. 20). Można też mieć pewien żal, że p. Robaczewski wylicza rozmaite inicjatywy tradycjonalistyczne, lecz pomija milczeniem środowisko ultramontes.pl. Czy to przypadek, szczególnie, że wcześniej z uznaniem wyraża się o dzieciach, które dzięki swoim rodzicom już na szczęście nie znają NOM? Przyjmując półśrodki, szukając dobrych stron Nowego Kościoła, nic nie zdziałamy. Kontrrewolucję, jako wymagania, które formułujemy wobec innych, musimy zacząć od własnych dusz. Tego elementu, tej stanowczości, tej „myśli twardej” w omawianej xiążce mi zabrakło, ale – po uruchomieniu w mózgu „aparatu krytycznego” – warto ją przeczytać.

Arkadiusz Robaczewski, Przeciw beznadziei, Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne, Radom 2008, str. 192.

www.polwen.pl

Pierwodruk (w innej wersji): „Opcja na Prawo” nr 10/118, październik 2011 r.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.