Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Przeciw „pokoleniu JP2” — manifest zgreda

Przeciw „pokoleniu JP2” — manifest zgreda

Adam Danek

(…) starzy siadają razem z młodymi, dowcipkują i stroją figle, żeby nie wyglądać ponuro i nie mieć zbyt władczej postawy.

Platon

Młody człowiek spotyka na ulicy księdza.

— NBPJCh! — pozdrawia kapłana chłopak.

— NWW, A! Yo! — odpowiada ksiądz, którego zresztą trudno rozpoznać, ponieważ nosi dżinsy, adidasy, a jego koloratka ledwo wystaje spod bluzy.

Żart? Przesada? Bynajmniej. Na naszych oczach żenujące zachowania tego typu coraz częściej podejmują coraz liczniejsi duchowni, wsłuchani w poklask rozbawionego laikatu w ogóle, a zwłaszcza w głosy jego najmłodszej części, ochrzczonej w katolickiej nowomowie „pokoleniem JP2”. Nie widzę jednak w tym procesie nic zaskakującego; widzę jedynie logiczne konsekwencje „udzisiejszania” (aggiornamento) niezmiennej przedtem nauki Kościoła (treść) oraz sposobów jej przekazywania (forma). Skoro Kościół poddał się władzy „znaków czasu”, staje się taki, na jaki aktualnie istnieje popyt na „wolnym rynku idei”. To znaczy — wyluzowany i spontaniczny.

Aby uniknąć nieporozumień autor niniejszego tekstu podkreśla, że ma dwadzieścia jeden lat oraz jest katolikiem, wierzącym i regularnie praktykującym, przy czym bynajmniej nie uważa się za członka osławionego „pokolenia JP2”. Do dziś za to pamięta swe zażenowanie, gdy w katolickim programie telewizji publicznej „Między ziemią a niebem”, w odcinku poświęconym religijnej formacji młodzieży pokazano wypowiedź młodego dresiarza z łańcuchem na szyi, wypowiedź mniej więcej następującej treści:

— To, co mówią księża jest… takie… no… nudne trochę, nie ? Można by to pokazywać jakoś… bardziej młodzieżowo, nie?

Wszystko wskazuje na to, że życzeniu młodzieńca o ogolonej głowie stało się zadość. Młodzieżowa ofensywa na Kościół ruszyła pełną parą już dawno, teraz zaś została uzbrojona w chwytliwy, popularny slogan o „pokoleniu JP2”. W miarę jej postępów na przykład stare, nudne pieśni kościelne wypierane są przez oazowe piosenki, nierzadko wykorzystujące… muzykę żydowską. Zresztą, dlaczego nie? Nie ma teraz chyba lepszego sposobu zademonstrowania własnej otwartości, niż zaśpiewać „Szalom alechem!” w rzymskokatolickiej świątyni (zdarzają się takie przypadki). W końcu trzeba iść z duchem czasu i „umacniać dialog ekumeniczny”. Śpiewy „ole, ole, Janek Bosco to fajny gość” podczas Mszy św., do wtóru których ksiądz klaszcze w dłonie przy ołtarzu, świadczą, że mamy do czynienia z nowoczesnym, dynamicznym podejściem do liturgii. Tyle wewnątrz kościołów. Poza ich murami pleni się natomiast lansowana przez część duchownych i świeckich młodzieżowa muzyka: katolicki rap, katolicki hip-hop, katolicki rock, katolicki pop, katolicki metal etc. (nie wykluczam, że będzie mi dane dożyć narodzin katolickiego techno — chyba, że te już miały miejsce…). Warto zwrócić uwagę, iż zwolennicy tego typu „metod ewangelizacji” zwykle wyśmiewają się z katolickiego disco-polo znanego im z anteny „Radia Maryja”… Najchętniej zlikwidowaliby różaniec, nabożeństwa czerwcowe, majówki, drogi krzyżowe i inne staroświeckie relikty „ludowej pobożności” (jak się ją pogardliwie nazywa), dobre co najwyżej dla znienawidzonych „moherowych beretów”, a zastąpili je prawdziwie młodzieżowymi „imprezami” w stylu „jazzowych rekolekcji” (w Krakowie zorganizowali takowe oo. dominikanie). Nudna, przestarzała „oprawa” Mszy św. zostałaby natomiast wzbogacona o takie atrakcyjne dla młodzieży elementy, jak np. „taniec liturgiczny” — bo „przecież ciało też się modli” (przy czym dziwnie przypomina to praktyki pogańskie…).

Ponieważ panuje taki właśnie klimat ideowy, nie powinni nikogo dziwić zakonnicy tańczący break-dance w habitach (sic!) czy rapujący księża (najbardziej ekstremalny przypadek, o jakim słyszałem, to salezjanin z Warszawy, który z zamiarem ewangelizowania skinów ogolił głowę, włożył bojówki i glany, a koloratkę skrył pod dresiarską bluzą). Podobnie kazania nieudolnie naśladujące młodzieżowy slang, przykościelne dyskoteki oraz jasnogórscy pielgrzymi żałośnie udający kibiców sportowych (skandowanie „Tak się bawi, tak się bawi piel-grzym-ka!” i „Oficjalni chuligani Je-zu-sa!”). Gigantyczny festiwal tych i tym podobnych ekscesów oglądaliśmy w zeszłym roku w postaci Światowego Dnia Młodzieży w Kolonii. Kiedy pomysły tego rodzaju stanowiły jeszcze novum, powtarzano kiepskie dowcipy o duchownych, którzy zamiast „Szczęść Boże!” zaczną mówić „Szczęść Bo!”, a zamiast „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!” — „Pochwal!”. Wygląda na to, że jeśli „umłodzieżowienie” katolickiego życia religijnego podjęte dla potrzeb „pokolenia JP2” dojdzie do skutku, żarty te staną się przykrą rzeczywistością.

Trwamy w wierze, ponieważ jest życiodajna, a nie „odjazdowa”. Święta, a nie „spoko”. Słuszna, a nie „czaderska”. Ponieważ jest Prawdą, a nie rozrywką, dobrą zabawą, sposobem na samorealizację etc. Sakralność wiary wymaga dostojeństwa, które otacza czcią jej tajemnice. Czy duchowni podlizujący się młodzieży zdają sobie sprawę, że narażają swój stan na śmieszność? Że schlebiając jej, by się jej przypodobać, podkopują autorytet Kościoła? Właśnie — autorytet. Bo przecież kapłan musi być dla świeckich, a zwłaszcza dla młodzieży, duchowym przewodnikiem, to znaczy autorytetem — a nie kumplem. Kumpli-ziomali (Tfu! Co za słowo…) każdy młody człowiek ma wystarczająco wielu, zaś autorytetów wyraźnie mu brakuje. Zwolennicy „umłodzieżowienia” katolicyzmu dokładnie potwierdzają słowa ś.p. Mikołaja Gómeza Dávili: „Postępowy kler ozdobił dzisiejsze kościoły nie krzyżami, lecz chorągiewkami wskazującymi kierunek wiatru”. Ten sam kolumbijski myśliciel gorzko skomentował skutki „unowocześniania” naszej religii: „Kiedy Kościołowi nie udało się skłonić ludzi, aby praktykowali to, czego naucza, współczesny Kościół postanowił nauczać tego, co ludzie praktykują”. Jak podkreśliłem, mam dopiero dwadzieścia jeden lat, lecz powyższy tekst stawia mnie zapewne w szeregach skazanych na wymarcie zgredów, nudziarzy, smutasów, wapniaków — proszę wybaczyć, ale nie znam fachowego terminu, za pomocą którego określa się w młodzieżowym slangu kogoś, kto młodzieżowy nie jest i wcale nie chce być. Należę do przeciwników młodzieżowej rewolucji w Kościele i nie identyfikuję się bynajmniej z „pokoleniem JP2”, ani nawet z „pokoleniem B16”.

Należę bowiem do pokolenia P12.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.