Jesteś tutaj: Publicystyka » Adrian Nikiel » Przenikając mury

Przenikając mury

Adrian Nikiel

Spacer w paryskiej „czasoprzestrzeni” zaczynamy w mieście, którego granice rozciągały się pomiędzy Polami Elizejskimi i placem Bastylii, Pałacem Luxemburskim i dzisiejszymi Wielkimi Bulwarami. Na tym niewielkim obszarze, który można zwiedzić w ciągu kilku godzin niespiesznego marszu, jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku mieszkało w ścisku i brudzie kilkaset tysięcy zawsze gotowych do rewolty ludzi. W ciągu dwóch wieków wszystko uległo zmianie (nie zawsze na lepsze), a proces zmian obserwować możemy dzięki zapierającej dech panoramie zaprezentowanej piórem p. Krzysztofa Rutkowskiego. Z autorem, historykiem i literatem, poruszamy się pasażami niewidocznie, acz realnie łączącymi ludzi, epoki, tematy i dzielnice. Ich symbolem może być niezwykły rysunek na okładce, stworzony przez p. Piotra Kazigrotowskiego: mroczny, fantasmagoryczny Paryż skondensowany w pigułce. Podróż kończymy w szczęśliwych czasach, kiedy jeszcze walut narodowych nie zastąpiło euro, a do centrum Paryża nie docierały odgłosy walk ulicznych toczonych na przedmieściach.

Sama lista tematów, które choćby poruszył p. Rutkowski, zajęłaby resztę tej recenzji. Jak wiadomo, stolica świata jest przede wszystkim stolicą Sztuki, Mekką artystów, dlatego też obszerne rozdziały poświęcone zostały pisarzom, poetom i malarzom, ze szczególnym uwzględnieniem „przeklętych” (czyli chyba prawie wszystkich tworzących w Paryżu w II połowie XIX w.). Nieustannie towarzyszy nam lekka nutka dekadencji, lecz z pewnością obraz byłby pełniejszy, gdyby autor wspomniał o monarchistycznych poglądach Balzaka i Baudelaire’a. Zabrakło też przynajmniej wzmianki o geniuszu Carlosa Schwabe. Prócz tego mamy przyjemność m.in. spacerować po Le Marais, obserwować przebudowę Paryża w epoce II Cesarstwa i wznoszenie wieży Eiffla, poznawać historię pierwszych powieści w odcinkach i spotykać – mówiąc językiem lewicy – „wykluczonych”. Nie zabrakło informacyj o rodzimych francuskich sektach i życiu erotycznym Francuzów, skandalach obyczajowych, najlepszych szkołach, a także o metodach inwigilacji za czasów Państwa Francuskiego. To tylko wybrane przykłady, których mógłbym przytaczać dziesiątki. A wszystkie pasaże zwiedza się / czyta się jednym tchem. Tym bardziej, że mamy do czynienia z nową, odkrywczą formą literacką. Nigdy nie wiadomo, co zobaczymy za rogiem…

Cudowna podróż przez dostępne wtajemniczonym pasaże uświadamia czytelnikom, dlaczego Francja jest jednym z dwóch – obok Norwegii – Królestw uchodzących za najwspanialsze po Królestwie Niebieskim. Mimo bękarcich republik i uzurpatorów, mimo nieczystości przez wieki przeżerających mury dzisiejszych zabytków.

W tej pięknej xiążce znajdziemy także fragmenty, które nieprzyjemnym zgrzytem przypominają, iż p. Rutkowski jest twórcą znanym z łam „Gazety zwanej Wybiórczą”. A, jak wiadomo, praca dla tego dziennika wymaga specyficznej dyspozycji mentalnej, szczególnego typu wrażliwości… Spotkamy się zatem z logiką przemilczeń (O Charlesie Maurrasie z jego „L’Action française” i „nacjonalizmem integralnym” wspominać nie warto. – str. 77) lub wręcz insynuacji (Inferno – gigantyczna konstrukcja poruszana za pomocą skomplikowanych mechanizmów kojarzy się z ulubionymi metodami pracy Świętej Inkwizycji. – str. 126; (…) sympatyzuje z Frontem Narodowym, czyli ze skrajnie prawicową francuską partią Jean-Marie Le Pena, chętnie zezującą w stronę insygniów faszystowskich. – str. 188). Znalazło się miejsce dla snucia wątpliwych analogii między polską „hańbą domową” a postawą Piotra Drieu La Rochelle (str. 203-205). Można stanowczo nie zgadzać się z wyborami Drieu, ale w imię elementarnej przyzwoitości trzeba dostrzec, że passus mu poświęcony jest po prostu obrzydliwy. Jak można się domyślać, w stylu typowym dla organu prasowego ćwierćinteligencji autor zrelacjonował także sprawę Dreyfusa. Niestety, nie wspomniał, iż opierał się tylko na domysłach i opiniach z drugiej ręki, jakich już nigdy nie zdołamy zweryfikować, albowiem – jak mogliśmy przeczytać w piśmie „Stańczyk” – wszelkie dowody niewinności lub winy Alfreda Dreyfusa już dawno zostały zniszczone. Takie zdania i łańcuchy tautologii pełne antyprawicowego zaangażowania niewątpliwie kompromitują. A przecież, mimo wszystko!, p. Rutkowski nie jest jakimś zidiociałym lewakiem, albowiem potrafił np. w swojej kolejnej xiążce „Raptularz końca wieku” bardzo zręcznie zakpić z uzurpatora Ludwika Filipa, który dla zdobycia poklasku motłochu brnął przez kilka kilometrów na piechotę przez wszechogarniające błoto i kłaniał się przechodniom: „Królestwo za błoto? Zły interes”. Na marginesie: jeżeli ktokolwiek miałby dezawuować Akcję Francuską, powinni to czynić legitymiści, którzy przez dwieście lat boleśnie przekonali się, iż orleanizm jest rewolucją.

Żeby jednak nie zaczynać recenzji kolejnego dzieła, wspomnę o jeszcze jednej niekonsekwencji zaczerpniętej z „Paryskich pasaży”, gdzie na str. 100 czytamy: „Tak oto zamknęło się koło dziejów: 28 dnia miesiąca mglistego roku II (…), rewolucyjna Konstytuanta kazała otworzyć w byłym pałacu królewskim pierwszą galerię sztuki dla ludu. Powstało muzeum w Luwrze. Upłynęły dwa wieki i do Luwru na powrót wkroczył suweren”. Zastanawiam się, czy Autor próbuje sugerować, że w 1993 r. król Francji Ludwik XX powrócił do swojej stolicy i wraz z Franciszkiem Mitterandem otwierał skrzydło Richelieu… Oprócz króla Francja nie ma przecież innych suwerenów. Z pewnością słabością xiążki jest właśnie nieobecność na jej kartach prawowitych monarchów i wiernych poddanych. Równie dobrze można by napisać historię antykomunistycznego oporu w PRL bez wspominania o Solidarności Walczącej.

Co dziwniejsze, p. Rutkowski – wbrew nasuwającym się wybiórczym skojarzeniom — nie jest też „zawodowym filosemitą”, czyli człowiekiem, który samo użycie słowa „Żyd” uznaje za akt bestialskiego antysemityzmu. Więcej, potrafi wypowiedzieć się krytycznie o prominentnych przedstawicielach Narodu niegdyś Wybranego. Nie zawahał się m.in. podkreślić, iż psychoanaliza jest nierozerwalnie związana z judaizmem. Równie krytyczny był wobec francuskiego upojenia marxistowskimi bredniami i fascynacji Związkiem Sowieckim. Sartre i Althusser szczęśliwie nie są uważani za ludzi honoru.

Mocną stroną dzieła są prześliczne fotografie dawnego Paryża. To miasto znajduje się w stanie nieustannej zmiany. I choć Luwr, katedra NMP i Święta Kaplica pozostają na swoich miejscach, powrót po kilku latach jest jak odkrycie nieznanej rzeczywistości. Również dlatego warto mieć tę xiążkę.

Na koniec nie mogę się oprzeć, by przy okazji recenzji nie wspomnieć o pewnym widoku Paryża, który na zawsze pozostanie pod moimi powiekami. Plac Ludwika XIV szyderczo nazwany placem Zgody był miejscem męczeństwa Ludwika XVI, Marii Antoniny i xiężniczki Elżbiety oraz holokaustu tysięcy ofiar rewolucji antyfrancuskiej. Na początku XXI wieku na ziemi przesiąkniętej krwią ustawiono ogromną karuzelę… Zastanawiam się, co by się stało, gdyby z kolei ta karuzela postawiona została w strefie ochronnej byłego KL Auschwitz lub na Powązkach. Czy uznalibyśmy to za normalne?

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.