Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Adam Tomasz Witczak: Z punktu widzenia legitymisty

Z punktu widzenia legitymisty

Adam Tomasz Witczak

W 2006 roku „Gazeta Wyborcza” raczyła podsumować pierwszą edycję Marszu Niepodległości słowami przypisywanymi jednemu ze świadków: „Nigdy czegoś takiego w Polsce nie widziałem”. Odnosiło się to do „około 150 skinów”, którzy po zmroku przemaszerowali ze Starego Miasta pod pomnik Dmowskiego i – jak zapewniał nas zasłużony dla demokracji dziennik – wrzeszczeli „Sieg Heil!”.

Abstrahując od iście homeopatycznej dawki prawdy, zawartej w enuncjacjach szanownego redaktora, trzeba przyznać, że gdyby w tym roku 11 listopada ulicami Warszawy przemaszerowało 150, 500, a nawet i okrągły 1000 dzielnych narodowców – byłaby to monstrualna kompromitacja. Fakt, że w listopadzie 2009 roku za sukces poczytywano właśnie pół tysiąca maszerujących, dobitnie pokazuje, jak wiele zmieniły kolejne edycje dorocznego pochodu.

Nic dziwnego, że w tzw. prawicowym bagienku vel światku rozmaici publicyści coraz intensywniej deliberują nad tym, dokąd to ów Marsz ma zamiar dotrzeć i co z niego wyrośnie. Mało tego, sprawą zainteresowali się (w tym roku jeszcze bardziej niż w poprzednim) także dziennikarze pism mainstreamowych, odkrywający przed swymi zblazowanymi czytelnikami tajemnice „tworzącego się Ruchu Narodowego” i zaglądający temuż „Ruchowi” za plecy, za kulisy i ogólnie na szeroko pojęte tyły.

Od 2006 roku ominąłem tylko jedną edycję listopadowej imprezy (bodaj w 2007 roku), miałem więc okazję z bliska (a przez długi czas także „od wewnątrz”) przyglądać się ewolucji tego przedsięwzięcia. Cóż, na pewno fakt, że dwóm de facto młodzieżowym organizacjom (z których jedna jeszcze kilka lat temu w powszechnym odczuciu uchodziła za czeredę krwiożerczych skinów pozbieranych z barów i melin) udaje się w ostatnich czasach wyprowadzić na ulice kilkadziesiąt tysięcy ludzi – jest z pewnością budujący.

W roku 2009 Marsz był jeszcze stricte „nacjonalistyczny” vel „narodowy”, w 2010 po raz pierwszy przyciągnął szersze grono spoza „getta”, w 2011 był natomiast szczytem eklektyzmu. W tym roku stało się jasne, że ultra-synkretyczna forma, w myśl której wspólnie maszerować mogą wszyscy bliżej nieokreśleni „patrioci” nielubiący Tuska, zaczyna się wyczerpywać. Znakiem tego było odpadnięcie od Marszu lub zdystansowanie się doń takich postaci jak redaktorzy Terlikowski i Sakiewicz. Do pewnego stopnia wycofał się także sławetny muzyk Paweł Kukiz. W istocie ma to swoje dobre strony, właściwie ma to same dobre strony. Formuła Marszu i tak jest obecnie mocno zróżnicowana, a tworzące go środowiska czy osoby sporo dzieli. Cóż dopiero byłoby, gdyby Marsz miał brać na siebie cały balast związany czy to z ekscesami najradykalniejszych przedstawicieli „obozu smoleńskiego”, czy to z protekcjonalnym traktowaniem ze strony osób takich jak naczelny „Frondy”. I pomyśleć, że w tamtym roku (a może i w tym) rozmaici dziennikarze głównego ścieku medialnego wypytywali organizatorów Marszu o to, czy rzeczywiście „każdy może przyjść” i czy nie dałoby się tego wszystkiego rozegrać tak, by razem szli Biedroń, Winnicki, Komorowski i kto tam jeszcze…

Powiedzmy sobie jasno, że idea „marszu niepodległości dla wszystkich”, który miałby wyłącznie „łączyć”, to niesłychane kuriozum. Jest tak dlatego, że za pojęciami takimi jak „bycie Polakiem” czy „bycie patriotą” stoi, a przynajmniej stać powinna, jakaś treść – tj. sposób postrzegania Polski, wizja rozwoju ojczyzny, określone widzenie jej historii, pewien model czy wzorzec Polaka. Nie ma nic niezwykłego ani strasznego w fakcie, że zupełnie różne stronnictwa różnią się na tych wszystkich płaszczyznach, z czego wynika, że tak naprawdę każde z nich ceni i opiewa inną Polskę. Bądź co bądź, podstawą polityki jest podział na wrogów i przyjaciół, a Marsz całkowicie „apolityczny” nie byłby niczym więcej niż cukierkowatym korowodem wyzbytym jakiejkolwiek treści.

Dobrze, załóżmy więc, że organizatorzy Marszu po przyciągnięciu kilkudziesięciu tysięcy ludzi zabierają się powoli za formowanie tej masy. Zbędne skrzydła są podcinane, Marsz jest przede wszystkim „narodowy”, nawiązujący do idei Dmowskiego, do SN, MW, ONR itd. – przynajmniej nominalnie. Jaka treść się za nim kryje?

Utyskiwanie na ogólnikowość przekazu zaprezentowanego wieczorem 11 listopada na Agrykoli ma w sobie sporo przesady. Tego typu imprezy nie służą ogłaszaniu szczegółowych planów i projektów – nawet jeśli się takie ma. Nic zdrożnego w tym, że mówcy uderzają w tony walki o wolność i sprzeciwu wobec „onych”. Z drugiej strony rodzi się pytanie o to, czy jakiś program funkcjonuje za kulisami. Bolączką młodzieżowego ruchu narodowego był w ostatnich latach brak kadr. Owszem, zdarzali się ciekawi publicyści, zdarzały się osoby studiujące rozmaitych mniej lub bardziej znanych myślicieli (mógł to być Mises, mógł Doboszyński albo Evola) – ale z pewnością brakowało kogoś, kto byłby w stanie „ogarnąć” ministerstwo czy inny tego typu urząd. Mam tu na myśli fachowców, ludzi, którzy wiedzą nie tylko o tym, że należy „obniżać podatki” albo „chronić polski przemysł”, ale wiedzą też, jakie konkretnie procedury należy wdrożyć, jak działają instytucje państwowe, a jak bank centralny. Trudno mi ocenić, czy takie kadry już powstały – albo czy powstają. Byłoby nieszczęściem, gdyby dzielni koledzy narodowcy ulegli mylnemu przeświadczeniu, że wystarczy skupić się na „pociąganiu za sznurki”, a „ekspertów” po prostu się zatrudni czy w inny sposób „skołuje”.

O ile wiemy, że środowiska stojące za Marszem nie są ani „smoleńsko-pisowskie”, ani też „endokomunistyczne”, o tyle już np. w kwestiach gospodarczych panuje daleko posunięta dowolność, objawiająca się brakiem konkretnych deklaracji. Przemysław Holocher pozwolił sobie 11 listopada na kilka uwag pod adresem podatkowego niewolnictwa, ale dla nikogo nie jest tajemnicą, że tak w MW, jak w ONR ściera się kilka poglądów na tematy ekonomiczne. Z grubsza chodzi o przekonania wolnorynkowe oraz rozmaite „pro-socjalne”, „korporacjonistyczne”, a niekiedy wręcz „narodowo-syndykalistyczne”. Niewykluczone, że gdyby któraś z „frakcji gospodarczych” spróbowała wypowiedzieć się za wszystkie pozostałe, doszłoby do daleko idącego rozłamu. Wydaje się zatem, że w którymś momencie „liberałowie” będą musieli wypracować kompromis z „pro-społecznymi”. Oczywiście pewne kwestie – takie jak stosunek do Rosji, gospodarka, rola religii etc. – można przez pewien czas odsuwać w przyszłość, posiłkując się ogólnymi hasłami o odrodzeniu narodu itd., ale w pewnym momencie czas rozstrzygnięć będzie musiał nadejść.

Na koniec pozwolę sobie wykrzesać resztkę młodzieńczego idealizmu, a to celem podzielenia się z Czytelnikami nadzieją, że dzieje nowego środowiska, powstającego na bazie Marszu, nie okażą się powtórką losów LPR. Chciałoby się też wierzyć, że młodzi ideowcy nie zostaną zmanipulowani przez rozmaitych „doświadczonych graczy politycznych”, czy tym bardziej przez biznesmenów z dziwnymi powiązaniami.

Tymczasem legitymiści, jak to legitymiści – spoglądają na to wszystko ze spokojem, liczą przecież w tysiącleciach. Na pewno nie powinni postrzegać swoich pryncypiów na tyle sztywno, by nie doceniać impetu i możliwości tego pochodu, który ewoluuje w kierunku „czegoś więcej”. W końcu flaga Organizacji Monarchistów Polskich pojawiła się na Marszu Niepodległości nieprzypadkowo…

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.