Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Radio Maryja – polski pays réel

Radio Maryja – polski pays réel

Jacek Bartyzel

Opublikowanie, poruszającego „uciążliwą sprawę Radia Maryja”, listu watykańskiego Sekretariatu Stanu z 21 marca 2006 do nuncjatury apostolskiej w Polsce, wprawiło wszystkich wrogów toruńskiej rozgłośni w stan krańcowej ekscytacji. Słowa o „usilnej” prośbie Stolicy Apostolskiej do biskupów polskich, „aby zgodnym działaniem przezwyciężyli aktualne trudności spowodowane przez niektóre transmisje i stanowiska zajmowane przez Radio Maryja, które nie uwzględniają w wystarczającym stopniu słusznej autonomii politycznej”, pospiesznie i triumfalnie odtrąbione zostały jako zapowiedź Endlösung wrażej rozgłośni i jej Ojca Dyrektora. Żądne ich krwi rotweilery z me(r)diów, skazane dotąd na bezsilne ujadanie w stylu żałosnych porównań do hitlerowskiego „Stürmera”, teraz zawyły w radosnym: „nareszcie”! Jak Shylock z Kupca weneckiego – już prawie kroiły przyznany im, jak sądziły, funt mięsa z ciała swojej ofiary. Jakże srogi jednak spotkał je zawód: podjęte wkrótce decyzje, na czele z ustanowieniem dla rozgłośni Rady Programowej oraz zapowiedzią ustanowienia asystentów kościelnych dla lokalnych Rodzin Radia Maryja, wskazują, że chodzi tu o zwykłe uregulowanie statusu, jak w wypadku każdej instytucji katolickiej i ustanowienie równie zwyczajnych mechanizmów kontroli, stanowiących oczywiste prawo, a nawet duszpasterski obowiązek, hierarchii kościelnej. Co się zaś tyczy zawiedzionych nadziei Shylocków na ucztę kanibalów, można rzec, że biskupi postąpili jak wytrawna jurystka Porcja: uznali zasadność prawa do wykrojenia funta mięsa, ale pod warunkiem, że oprawca nie uroni przy tym ani kropli krwi.

Rzecz jasna, niedoszli padlinożercy z klasy polityczno-medialnej najbardziej sami sobie są winni. To, że traktują, jak zwykle, wszystkich czytelników, słuchaczy i widzów swoich laickich ambon jako bez wyjątku idiotów, którym można wmówić każde kłamstwo i każdą brednię, zdarza się nie po raz pierwszy, a po prawdzie jest regułą. Ale o to, że najwyraźniej sami w nie uwierzyli, mogą mieć pretensje tylko do siebie. Trzeba bowiem być właśnie niespełna rozumu, żeby sądzić, że Radio Maryja spędza sen z oczu Ojcu Świętemu, jak również, że w sprawach tego rodzaju, bądź co bądź partykularnych, sam najwyższy zwierzchnik osobiście przeprowadza dochodzenie i podejmuje stosowne postanowienia. Nie dzieje się tak w żadnej dużej instytucji, a cóż dopiero w Kościele Powszechnym, który prócz wyspecjalizowanych w różnych dziedzinach dykasterii na szczeblu centralnym ma jeszcze taki organ, jakim jest nuncjatura na obszarze państw, z którymi Stolica Apostolska utrzymuje stosunki dyplomatyczne. To jej zadaniem jest, między innymi, badanie problemów danego Kościoła partykularnego oraz proponowanie środków zaradczych w kwestiach wymagających interwencji.

I tu dochodzimy do rzeczywistego sedna problemu. Jak wiadomo, w Polsce od lat nuncjuszem apostolskim jest duchowny będący Polakiem. Jest to sytuacja niespotykana gdzie indziej i zdecydowanie niezdrowa. Siłą rzeczy bowiem kapłan ten, mający w swojej ziemskiej ojczyźnie osobiste więzi, tak przyjaźni jak niechęci, swoje poglądy i opinie, a w konsekwencji działania, urabia sobie na podstawie nazbyt naturalnych i zażyłych kontaktów z rodakami, zamiast ogarniać rzeczy z wysokości i z zewnątrz. Jeżeli dodać do tego jeszcze tę okoliczność, że Episkopat Polski, porażony nieszczęsną demokratyzacją, nie stanowi dziś, jak za czasów Prymasa Tysiąclecia, zwartego w obronie Wiary Katolickiej (i katolickiej tożsamości narodu) monolitu, to problem ulega multiplikacji. Chociaż się temu gorąco zaprzecza, istnienie w nim, nieformalnych oczywiście, partii (i w sensie teologiczno-doktrynalnym, i stricte politycznym) jest realnym faktem. Smutnym, to prawda, ale właśnie będącym nieuniknionym następstwem kryzysu dyscyplinarnego w całym Kościele i zatruwaniu Jego organizmu morbus democraticus. Jest też tajemnicą poliszynela, że JE nuncjusz abp Józef Kowalczyk życzliwiej nadstawia ucha partii postępowej w polskim Episkopacie. To ona zatem urabia negatywną opinię o partii zacofanych, transmitowaną przez nuncjaturę do watykańskiej „centrali”. Rąbka tej „tajemnicy” odważył się uchylić Bohdan Cywiński – publicysta w zasadzie z lewo – katolickiego firmamentu, lecz zdobywający się czasem i w niektórych kwestiach na niezależność sądu, natychmiast zresztą skarcony i wezwany do przeprosin (których odważnie, a nawet kpiarsko, odmówił) przez szefa KAI, red. Marcina Przeciszewskiego. (Nawiasem mówiąc, prawdziwym skandalem od lat nie rozwiązanym jest właśnie działalność Katolickiej Agencji /Dez/Informacyjnej i jej szefa).

Oczywiście, siły postępu, zwłaszcza po takim zaostrzeniu apetytu, nie dadzą za wygraną mimo, jak wszystko na to wskazuje, chwilowej porażki. Miarodajne w tym względzie wydaje się (nie)pobożne życzenie wypowiedziane przez ulubionego w me(r)diach „eksperta” od spraw kościelnych, red. Adama Szostkiewicza, iż powołana przez biskupów Rada Programowa zadba o „pluralizm” na antenie Radia Maryja, w szczególności zaś o obecność tamże JE abp. Józefa Życińskiego (tak jak by ten beniaminek ultramodernistycznej partii w polskim Kościele miał jeszcze za mało trybun do głoszenia swojej prywatnej ewangelii o dobrodziejstwach Rewolucji Francuskiej, tudzież zgubnych skutkach katolickości państwa). Wydawałoby się przecież, że odnośnie do treści przekazu medialnego pierwszą troską i katolickiego publicysty, i katolickiego biskupa, powinna być jego wierność jedynozbawczej Prawdzie, nie zaś „pluralizm” opinii, który siłą rzeczy musi być równouprawnieniem błędu. Jest to jednak, jak wiadomo, pogląd w kręgach lewo – katolickich tak dalece demodé, że nawet dla nich już nieinteligibilny. Skoro zatem rzeczywista dyskusja (nie mylić z dialogowaniem, które z kolei nas zupełnie nie interesuje) i tak jest niemożliwa, i skoro również burza nad Radiem Maryja chwilowo, zapewne, rozbiła się w szklance wody, możemy bez obaw o los tej radiostacji, spokojnie wyłuszczyć nasze stanowisko, szczerze przedstawiając i nasze zastrzeżenia, i powody, dla których mimo to będziemy twardo stać w szeregach jej obrońców.

Aby jedno i drugie było nie tylko retorycznie wiarygodne, ale również ugruntowane na solidnych założeniach, trzeba od razu zaznaczyć, że dla nas jedynym kryterium dokonywanej oceny jest to czy ta forma ewangelizacji, jaką uprawia Radio Maryja jest współbieżna ze sprawą katolickiej Kontrrewolucji, tak w samym Kościele, jak w domenie „Cezara”. Inaczej mówiąc: jedynie interesującym nas pytaniem jest to czy Radio Maryja wzmacnia, poprzez tworzenie szerszego społecznego zaplecza, jakże wątłe dziś siły tradycjonalizmu, zarówno sensu stricte – jako dążenia do rewitalizacji katolickiej Tradycji dogmatycznej i liturgicznej, jak sensu largo – czyli przywrócenia Społecznego Królestwa Chrystusa w życiu państw i narodów, w najluźniejszym zaś sensie – zachowania najcenniejszych tradycji narodu i jego kultury; czy też nie, albo w stopniu niedostatecznym i niezadowalającym?

Otóż, odpowiedź na to pytanie wciąż jeszcze nie może być prosta i jednoznaczna.

W sensie najściślejszym, i wbrew sugerowanym przez wrogów inklinacjom, modus religijności Radia Maryja jest dość daleki od Tradycji. Tradycyjne są tam w zasadzie tylko formy pobożności poza liturgią mszalną, na czele z modlitwą różańcową – co zresztą zmusza do wyrażania przynajmniej w tym zakresie słów szacunku i uznania ze strony oponentów. Jednak w ruch na rzecz przywrócenia Tradycji liturgicznej, „ułaskawienia” Mszy Wszechczasów, Radio – nie licząc sporadycznych i raczej kurtuazyjnych zaprosin dla ks. Bisiga z Bractwa Kapłańskiego św. Piotra czy kapelana Pasji, ks. Somerville’a – nie włącza się, a przecież byłby to wręcz skok jakościowy w obronie tej świętej sprawy, zważywszy zasięg oddziaływania tej rozgłośni. Co więcej, kapłani Rodzin Radia Maryja nie tylko że celebrują wyłącznie „nową” mszę, to częstokroć czynią to idąc nawet niebezpiecznie dalej niż przewiduje novus ordo. Prowokowanie „spontanicznych” reakcji Ludu Bożego, ten „entuzjazm” nieomal jak u zielonoświątkowców, te zbiorowe aklamacje, tłumne kołysanie się i łańcuchy splatanych rąk – wszystko to wydaje się zapożyczone raczej z wielkich spektakli religijnych sekt protestanckich czy z równie tandetnych sacrosongów, a nieskończenie odległe od obiektywnego, zdyscyplinowanego piękna liturgii łacińskiej. Niepokoić musi także znany fakt uporczywego organizowania właśnie przez Radio Maryja pielgrzymek do miejsca pseudo-objawień (w istocie anty – Fatimy) w Medjugorie, nie uznawanych nawet przez „posoborowy” Rzym, jak również zupełnie niestosowny fakt organizowania pielgrzymek do samego Radia Maryja, które sanktuarium jednak nie jest. Trzeba przy tym podkreślić, że te zastrzeżenia odnoszą się bardziej do kapłanów związanych z Radiem, aniżeli do rzesz wiernych z jego „rodzin”. Z własnego doświadczenia (wykładowcy Instytutu Edukacji Narodowej) mogę powiedzieć, że często spotykałem się z życzliwym zainteresowaniem Tradycją, wydawnictwami jej dotyczącymi, staraniami o indult etc.

Zdecydowanie mocniejszy wydaje się tradycjonalizm Radia Maryja – czy szerzej: całego kompleksu medialnego z Telewizją TRWAM i „Naszym Dziennikiem” – w dziedzinie moralno-obyczajowej, politycznej i narodowej oraz kulturalnej. Ale i tu, w dwu ostatnich sferach, wiele rzeczy pozostawia do życzenia. Szczególnie irytujący – nie w warstwie krytycznej wobec pseudonowoczesnej dekadencji, lecz w pozytywnej – jest model kultury wysokiej, a właściwie jej równające w dół zaprzeczenie. O rozpacz wręcz może przyprawiać zwłaszcza dział kulturalny w „Naszym Dzienniku”, w którym jakiś poczciwiec – niestety o pięknym, arystokratycznym nazwisku – od lat uparcie drukuje wypracowania o życiu i twórczości całych tabunów XIX-wiecznych wierszokletów, przetykane gęsto długimi cytatami z płodów ich ducha, które dokładnie odpowiadają gorzkiej uwadze Norwida, że dla Polaków poezja to wyklepywanie rytmu mazurka cepem na klepisku. Tym samym, pismo to, ignorując zupełnie ostatnie 150 nowoczesnej literatury i sztuki – współtworzonej przecież przez reakcjonistów jak Eliot, Jünger, Strawiński czy Gaudi – z góry oddaje przestrzeń kultury wysokiej wrogom ideowym.

Nie lepiej, choć inaczej, jest na przykład w publicystyce historycznej. Pośród sylwetek „ojców” tradycji narodowej, o których czytelnik „Naszego Dziennika”, widz Telewizji TRWAM czy słuchacz Radia Maryja winien pamiętać, zaskakująco mało (a spoza Polski – w ogóle) jest klasyków myśli i akcji kontrrewolucyjnej, tradycjonalistow, ultramontanów, żuawów papieskich, nawet choćby konserwatystów tak umiarkowanych, jak Stańczycy. W wielkiej obfitości natomiast – spiskowców, insurekcjonistów, bojowników „za wolność waszą i naszą”, demokratów, tromtadratów, wielbicieli papierowych konstytucji. Słowem: raczej tych, których Dmowski nazywał „patriotami starej daty”, przesiąkniętych nacjonalitaryzmem, zasadą narodowościową. Zdaje się tam królować historiozofia tego mocno świeżej daty obrońcy Kościoła – prof. Jerzego Roberta Nowaka, dla którego Stańczycy byli prekursorami PRL-u, a Mazzini i Garibaldi (masoni i wrogowie papiestwa) – bohaterami.

Jeżeli dodamy do tego jeszcze sążniste elaboraty ks. prof. Czesława Bartnika o liberalistycznych, jak uparł się pisać, zbrodniarzach odbierających Narodowi (zawsze majuskułą, co jednak zakrawa na herezję) jego socjalistyczne „zdobycze” w postaci „bezpłatnej” służby zdrowia, „bezpłatnej” oświaty etc., to już trudno się dziwić innym, powielanym masowo i przez publicystów, i przez rzesze słuchaczy, andronom ekonomicznym o „sprzedawanych za bezcen”, a „dobrze prosperujących” PRL-owskich mamutach, które należałoby „ratować”, jak również temu, że młodzi, inteligentni i dobrze wykształceni ludzie, którzy dzięki odpowiedniej formacji mogliby być katolickimi i narodowymi konserwatystami, słuchając tego uciekają gdzie pieprz rośnie – najczęściej właśnie do liberalistycznej Platformy.

Zauważmy jednak, że wbrew pomówieniom i wszelkim pozorom – te mankamenty to nie przejaw skrajnej prawicowości, lecz w gruncie rzeczy skutek ultrademokratyzmu, obecnego nie tylko w mainstreamowym klimacie współczesności, od którego wyziewów trudno się komukolwiek uwolnić, ale również – choć oczywiście w innej, kulturowo i społecznie, otoczce, w polskiej tradycji politycznej – demokracji szlacheckiej. Jeśli kierownicy Radia Maryja popełniają istotnie jakiś zasadniczy błąd, to ten, że – wbrew pouczeniu papieża św. Gelazego I – ludu nie prowadzą, lecz faktycznie idą za nim, dają się prowadzić jego fobiom i pragnieniom, zresztą zawsze nieokreślonym, co szczególnie przejawia się właśnie w owych budzących największe kontrowersje Rozmowach niedokończonych. To, że w Polsce „tradycjonalistyczny” lud jeszcze w ogóle jeszcze istnieje, jest zjawiskiem unikalnym i prawdziwym darem Niebios. Ale „tradycjonalistyczny lud” musi mieć prowadzących go mocną dłonią przewodników i w religii, i w polityce. Gdy tradycjonalistyczne elity tracą kontrolę nad tradycjonalistycznym ludem, nadzieja na Kontrrewolucję również gaśnie, bo lud się biesi i zaczyna podążać tam, gdzie kieruje go jego własny rozum, to znaczy na manowce. Odstraszającym tego przykładem są Baskowie – w XIX wieku najwierniejsi karliści, z których w zaledwie jednym pokoleniu wyrosła złowroga mieszanka resztek religijności, przywiązania do fueros i antyliberalnego antycentralizmu z rasistowskim etno-nacjonalizmem i socjalizmem.


Wykładając nasze zastrzeżenia bez ogródek, ale zawsze z sympatią, zawsze z poczuciem wspólnoty losu – bo przecież i Kościół, i naród, każdy we właściwej sobie sferze istnienia i działania, to także solidarna wspólnota przeznaczenia – raz jeszcze podkreślamy z całą mocą, że Radia Maryja będziemy bronić przeciwko wszystkim jego wrogom i w każdych okolicznościach. I nie może być inaczej, bo to Radio – to znaczy oczywiście także te 4 czy 5 milionów jego słuchaczy – stanowią katolicki i polski pays réel. Innego nie mamy, mieć nie będziemy, i nawet nie chcemy, bo przecież inny znaczyłoby nie ten sam. Bez niego, w naszej walce z Rewolucją o ocalenie Christianitas my, elitarny oddział szturmowy Kontrrewolucji, stracilibyśmy Anteuszowy punkt oparcia o ziemię. Pozbawienie tego pays réel własnego głosu, oznaczałoby, że laicko – demoliberalny pays légal nie będzie miał już żadnej realnej przeszkody, żadnego poważnego oporu w zaprowadzaniu swojego contra – ordo. W szczególności byłoby to katastrofalne dla Kościoła, który wciąż nie może zwalczyć toczącego go raka neomodernizmu, a wówczas znalazłby się jeszcze w takim samym położeniu, jak na Zachodzie, czyli nie tylko całkowitego wypchnięcia ze sfery publicznej, ale również pogodzenia się z tą sytuacją i akomodacji do niej.

Autor jest Przewodniczącym Straży KZM

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.