Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Adam Tomasz Witczak: Parzival – „Urheimat”

Parzival – „Urheimat”

Adam Tomasz Witczak

Zakon powraca. Jak zawsze — niemiłosiernie bombastyczny, pomnikowo niewzruszony i śmiertelnie poważny. „Praojczyzna” zapowiadana była jako najbardziej „taneczna” i zrytmizowana płyta zespołu, który od dobrych kilkunastu lat rozwija swoją własną interpretację estetyki post-laibachowskiej — najpierw pod nazwą Stiff Miners, później jako Parzival (względnie Order Of Parzival).

Skojarzenia z Laibach są oczywiście nieuchronne. Znakiem rozpoznawczym Parzival jest przecież głęboki, studyjnie przetworzony, gardłowy wokal, deklamujący teksty głównie po niemiecku i łacinie — podobnie, jak robi to Milan Fras. Sama muzyka stanowi specyficzne połączenie electro-industrialu z podniosłą „symfonią z syntezatora”, w czym przecież specjalizuje się Laibach.

Nie znaczy to jednak, że muzyka Parzival jest kiepska, trzeba jedynie „kupić” tę konwencję. Pamiętajmy przy tym, że w przeciwieństwie do słoweńskiego „oryginału”, tu wszystko jest na serio, tak przynajmniej wnosić można zarówno z samej muzyki, jak i z wypowiedzi lidera zespołu, Dymitra Bablewskiego. O ile Laibach gra schematami kultury popularnej w iście postmodernistyczny sposób, bazując na aluzjach, parodiach i pastiszach, o tyle Parzival głośno deklaruje swoją misję, swoistą ezoteryczną krucjatę duchową.

„Urheimat” faktycznie jest płytą najbardziej „techno” czy też najbardziej „electro” w dyskografii kapeli. Prosty, motoryczny beat, będący szkieletem właściwie każdego utworu, przywodzi na myśl „Deus Nobiscum”, jeden z wcześniejszych albumów. Ale „Urheimat” jest nieco inne — mniej tu neoklasycznych melodii, więcej rytmu, brzmienie jest głębsze, silniej podkreślony jest bas. Kawałek „Leben ist Fabrik” ociera się wręcz o estetykę D.A.F. czy wczesnego Front 242. Kto wie, czy wszystko to nie stanowi nawiązania do najdalszych korzeni zespołu, to znaczy albumu „Giselle”, wydanego w 1995 roku jeszcze pod nazwą Stiff Miners?

Lubię Parzival, to fakt. Lubię ten przytłaczający patos, zamordystyczny monumentalizm, odczłowieczony wokal, to specyficzne przewartościowanie, w ramach którego patenty zdawałoby się hedonistycznej, rozrywkowej muzyki elektronicznej z parkietu zostają przeniesione na plac defilad czy pole bitwy (z niewiernymi? z własnymi słabościami?). Dla niektórych będzie to przesada, albo wprost — kicz, może nawet operetka. W porządku, ale ja pozwolę sobie napawać się i wczuwać. Niemniej „Urheimat” wyceniam tylko na czwórkę — czegoś mi tu brakuje, tak jakby zespół poszedł jednak o pół kroku za daleko w stronę owego „parkietu”. To subiektywne, niektórym może przypaść do gustu właśnie takie oblicze rosyjsko-duńskiej grupy. Ja jednak czekam z wytęsknieniem na przedsięwzięcie, do którego ma dojść jesienią — Parzival nagra album wspólnie z trzydziestoosobową orkiestrą z Pragi.

Parzival – „Urheimat”, wyd. Euphonius Records / Liberte Records 2011

1. Zeit 0, 2. Urheimat, 3. Nach Nord, 4. Sei Bereit, 5. Peitsche und Zuckerbrot, 6. Der Geist des Barons, 7. Leben ist Fabrik, 8. Die Grosse Schau, 9. Der Anilinguertel, 10. Der Aarn, 11. Der Blasebalg, 12. Elektrisches Vorspiel, 13. Die Sprode Welt

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.