Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Refleksje dekadenckiego konserwatysty

Refleksje dekadenckiego konserwatysty

Adam Danek

Z uwagą przeczytałem artykuł p.t. „Przeciwko dekadenckim konserwatystom” autorstwa p. Łukasza Kluski, stanowiący próbę zdeprecjonowania z konserwatywnych – jak deklaruje autor – pozycji szeroko pojmowanego romantyzmu. P. Kluska podjął wcześniej podobną próbę w tekście zatytułowanym „Romantyk czyli szaleniec”. Drugi z artykułów wypada ocenić jako bardziej treściwy od pierwszego – ponieważ w przeciwieństwie do niego poza wyzwiskami pod adresem nie lubianych przez autora myślicieli politycznych zawiera jeszcze próbę uzasadnienia zajmowanego przezeń stanowiska merytorycznymi argumentami. Argumentów owych nie sposób jednak uznać za przekonujące.

Przypomnijmy, że naczelną tezą p. Kluski pozostaje absolutna niezgodność romantyzmu z konserwatyzmem, a zatem i niemożność łączenia ich ze sobą. Polemizując z pierwszym (chronologicznie) z wymienionych artykułów autora, starałem się pokazać, iż w rzeczywistości konserwatyzm i romantyzm łączą złożone i wielopłaszczyznowe relacje, zaś elementy myśli romantycznej obecne były u tak wielu nosicieli konserwatywnej tradycji ideowo-politycznej, że próby odseparowania ich od tej tradycji są raczej niewykonalne. W swojej polemice pisałem m.in.: „Jeżeli zatem p. Kluska żąda gniewnie, by reprezentantów romantyzmu wykreślono z dziejów myśli konserwatywnej (…), będzie zmuszony amputować im większą ich część (…).” Jak się okazało, w swym drugim artykule p. Kluska dokładnie to usiłuje czynić – i nie sposób odmówić mu konsekwencji. Obok Nicolása Gómeza Dávili czy Novalisa, wyklętych przezeń już w pierwszym artykule, p. Kluskowa anatema spada na takich gigantów konserwatyzmu, jak Joseph hrabia de Maistre, Louis wicehrabia de Bonald czy Juan Donoso Cortés. Sama próba wyrzucenia tych postaci poza nawias konserwatywnej tradycji ideowej musi sprawiać groteskowo-humorystyczne wrażenie. Powodem, dla którego prawdziwemu zachowawcy nie wolno – zdaniem p. Kluski – odwoływać się do owych myślicieli, jest, deklarowana przez autora (co nie znaczy, że rzeczywista), niezgodność poszczególnych ich poglądów, klasyfikowanych przezeń jako romantyczne, z ortodoksją katolicką. Ta „brzytwa Kluski” znajduje przy tym zastosowanie w sposób skrajnie wybiórczy: autor wycina nią z tradycji konserwatywnej Juana Donoso Cortésa, bo ten epizodycznie „otarł się nawet o Trybunał Św. Oficjum”, sugerując tym samym, że konserwatysta w swych ideach w niczym nie może uchybiać nauce Kościoła, a jednocześnie sam (w artykule „Romantyk czyli szaleniec”), powołuje się na skierowane przeciw romantyzmowi filipiki przywódcy francuskich rojalistów Charlesa Maurrasa, który formalnie w latach 1926-1939 był ekskomunikowany, nieformalnie przez większą część długiego życia pozostawał agnostykiem, a szereg jego dzieł trafiło na indeks ksiąg zakazanych.

„Brzytwa Kluski” okazuje się nader tępym narzędziem. By to zauważyć, wystarczy przypomnieć, iż konserwatywną i tradycjonalistyczną tradycję intelektualną reprezentowali – zwłaszcza w XX wieku – myśliciele z punktu widzenia p. Kluski tak podejrzani, jak wspomniany agnostyk i pozytywista Maurras, ateista Leo Strauss (1899-1973), okazjonalista (zdaniem wielu badaczy) prof. Carl Schmitt (1888-1985), mason i apostata (przeszedł na islam) René Guénon (1886-1951), czy mocno nieortodoksyjny schizmatyk i fenomenolog religii (wyznawca prawosławia) prof. Mircea Eliade (1907-1986) – by wymienić zaledwie kilka szczególnie głośnych nazwisk. Usiłując cenzurować myśl konserwatywną bądź tradycjonalistyczną w zaprezentowany przez siebie sposób, p. Kluska, o ile będzie konsekwentny, z pewnością nie pozostawi w niej nic lub prawie nic (wyjąwszy, być może, siebie samego). Jeśli konsekwentnie przyjmiemy linię argumentacji autora, okaże się, że sam konserwatyzm jako taki ma charakter antykatolicki i należy się go czym prędzej wyrzec – co w takim wypadku, miejmy nadzieję, p. Kluska dla przykładu i zachęty pierwszy uczyni publicznie. Manipulacja autora polega na utrzymywaniu, iż odwoływanie się do spuścizny ideowej wymienionych myślicieli pociąga za sobą konieczność przyjęcia za nimi agnostycyzmu, ateizmu, okazjonalizmu, pozytywizmu itd. Nic bardziej błędnego. Tradycja oznacza odnajdywanie w dziedzictwie przeszłości tego, co ważne i wiążące, nie zaś – jak twierdzą głównie jej przeciwnicy – na przejmowaniu z niej wszystkiego jak leci. P. Kluska proponuje zaś rozwiązanie polegające na odrzuceniu wszystkiego (lub prawie wszystkiego) jak leci.

Nie jest to jedyna manipulacja, jakiej w swym drugim artykule dopuszcza się autor. Aby ułatwić samemu sobie wyrzucenie nielubianych przez siebie myślicieli poza nawias konserwatywnej tradycji ideowej, p. Kluska „ustawia sobie chłopca do bicia”, wiążąc ich z poglądami, których ci nigdy nie wyznawali. Donoso Cortésowi oraz de Bonaldowi na przykład przypisuje fideizm, którego w rzeczywistości nie głosili. Wszystkich natomiast wyklinanych przez siebie zachowawców oskarża o luteranizm, dla obrony przed oczywistą krytyką dodając wszakże, że był to luteranizm nieuświadomiony. Zabieg ów żywo przypomina (zwłaszcza pod względem rzetelności) dokonania marksistowskich historyków w PRL czy ZSRS, którzy rozmaitym postaciom czy ruchom z dawniejszych epok historycznych przypisywali „komunizm nieuświadomiony”. Wszystko to jednak drobiazgi w porównaniu do największej manipulacji p. Kluski, jaką jest sugerowanie – w autokomentarzu do artykułu „Przeciwko dekadenckim konserwatystom” – że katolik musi być tomistą, tzn. że tomizm jest jedynym stanowiskiem filozoficznym dopuszczalnym z katolickiego punktu widzenia. To stanowczo nieprawda – filozofia tomistyczna nie jest i nigdy nie była dla katolików obowiązkowa. Tomizm nigdy nie stanowił, jak nazywa go autor, „oficjalnej filozofii Kościoła”, ponieważ Kościół nie miał „oficjalnej filozofii”, pojętej jako jedyne i wyłączne stanowisko filozoficzne. Wbrew sugestiom p. Kluski, tomizm i magisterium Kościoła nie są i nigdy nie były ze sobą tożsame. Mało tego. Skoro p. Kluska gniewnie pomstuje na wszelkich myślicieli (oczywiście oprócz Maurrasa, który był bezbożnikiem obłożonym papieską ekskomuniką, ale ze wszystkiego rozgrzesza go jego niechęć do romantyzmu), których poglądy kiedykolwiek wzbudziły jakiekolwiek podejrzenia władz kościelnych oraz obwieszcza ich banicję z konserwatywnej tradycji ideowej, powinien dobrze się zastanowić, czy wraz z nimi nie powinien z tradycji tej wyrzucić i… tomizmu. Filozofia św. Tomasza jeszcze do XV wieku była przecież uważana za niebezpieczną przez część hierarchów Kościoła (pomimo, iż jej autor został kanonizowany już w 1323 r.), a w 1277 r. arcybiskup Paryża Stefan Tempier oficjalnie potępił niektóre twierdzenia Akwinaty i wydał zakaz wykładania jego dzieł na uniwersytecie paryskim. Skoro zatem „brzytwa Kluski” gilotynuje Donoso Cortésa, ponieważ ów „otarł się (…) o Trybunał Św. Oficjum”, to w porównaniu z markizem de Valdegamas św. Tomasz z Akwinu powinien jawić się autorowi wręcz jako – by sięgnąć po jego własne określenie  – „arcyheretyk”.

Argumentacja p. Kluski wydaje się przedstawiać następująco: 1. co nie jest tomistyczne, to nie może być katolickie, a więc nie może też być konserwatywne; 2. romantyzm nie jest tomistyczny, zatem nie może być katolicki, więc nie może też być konserwatywny. Fałsz punktu 1 został wskazany powyżej (filozofia tomistyczna nie ma i nigdy nie miała statusu prawd wiary), mniej oczywisty pozostaje zaś fałsz punktu 2. Otóż bynajmniej nie wydaje się pewne twierdzenie, jakoby tomizm i romantyzm miały wykluczać się nawzajem. Problemem tym zajmował się w Polsce przed II wojną światową antykomunista i mesjanista narodowy Jerzy Braun (1901-1975), apologeta myśli romantycznej, a zarazem jako filozof – ortodoksyjny, wojujący katolik. W jednym ze swoich fachowych artykułów filozoficznych przedstawił on dowód zgodności z filozofią tomistyczną myśli najoryginalniejszego polskiego filozofa romantycznego (i jednego z najoryginalniejszych myślicieli romantycznych w ogóle) – Józefa Marii Hoene-Wrońskiego (1778-1853)1. Warto także przywołać rozwijający się w Polsce przed wojną konserwatywny nurt w filozofii prawa – romantyzm prawniczy. Jego wybitnym reprezentantem był wieloletni wykładowca Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i konserwatywny myśliciel polityczny prof. Ignacy Czuma (1891-1963), który należał zarazem do wybitniejszych wówczas polskich przedstawicieli filozofii tomistycznej. Relacje między tomizmem a romantyzmem nie wydają się być tak jednopłaszczyznowe, jak chciałby p. Kluska.

Na zakończenie przyjrzyjmy się zarzutom, jakie autor kieruje przeciw konserwatystom sobie współczesnym – tym ulegającym ponoć romantycznemu ukąszeniu. Wykazują one, mówiąc eufemistycznie, zupełną niespójność, skoro p. Kluska wytyka im jednocześnie „dekadencję, pesymizm i zwątpienie” (brak energii) oraz „narwanie” i „zapalanie się” (energię). Oskarżanie konserwatystów o „pesymizm” to szczególnie osobliwy zarzut, gdyż pesymizm zawsze jest składnikiem konserwatyzmu – oczywiście pesymizm nie w ścisłym sensie filozoficznym (pogląd głoszący, że świat jest zły lub człowiek jest zły z natury), lecz zdrowy pesymizm antropologiczny i społeczny (zdeformowanie natury ludzkiej przez grzech pierworodny – lub, w wersji niechrześcijańskiej, po prostu jej niedoskonałość – każą podchodzić do człowieka z nieufnością). Autor pomstuje zwłaszcza na „nieodpowiedzialnych historyków idei, którzy zapalają fałszywymi ideami młode, nieukształtowane jeszcze umysły”. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa od „nieodpowiedzialnych historyków idei” wymyśla p. prof. Jackowi Bartyzelowi (którego, z przyczyn, jakich nie ma sensu ani potrzeby wyłuszczać w niniejszym szkicu, sam jakiś czas temu przestał lubić). Cóż, jeśli p. Kluska chce się licytować z autorem „Umierać, ale powoli!” na to, kto jest „bardziej konserwatywny”, nikt nie może mu tego zabronić, a co najwyżej zauważyć, że taka licytacja zawsze wypadnie na jego (tzn. p. Kluski) niekorzyść. Skąd jednak ta gniewna zawiść pod adresem najwybitniejszego współcześnie żyjącego polskiego konserwatysty? Być może ze świadomości autora, iż w przeciwieństwie do niego sam żadnych „młodych umysłów” żadną ideą nie zapala?


1 Na powtarzanie obszernego, drobiazgowo szczegółowego wywodu Brauna brak tu miejsca. Czytelnik znajdzie go w artykule: J. Braun „Czy wrońskizm jest sprzeczny z doktryną katolicką?”, [w:] „Zet” nr 2/1937; współczesny przedruk tego tekstu w: J. Braun „Kultura Jutra czyli Nowe Oświecenie”, opr. Maciej Urbanowski, Warszawa 2001, s. 191-217.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.