Jesteś tutaj: Ogłoszenia i aktualności » Reklama » „Idea i państwo. Korona Królestwa Czech w latach 1457–1547”, tom I

„Idea i państwo. Korona Królestwa Czech w latach 1457–1547”, tom I

Bogusław Czechowicz

Przedmowa

Wielotomowe dzieło, którego tom pierwszy ma Czytelnik przed oczami, jest efektem mojego chyba permanentnego niezadowolenia, niedosytu, może nawet frustracji. Próbując wciąż na nowo ogarnąć zjawiska artystyczne powstałe lub trwające na obszarze Korony Królestwa Czech w okresie schyłku średniowiecza i narodzin nowożytności, wracam do starych pytań i nie mogę zaprzestać stawiania nowych. Dzieje się tak pomimo już niegdyś podejmowanych prób udzielenia odpowiedzi – myślę tu o swoich dawniejszych pracach, głównie książkach. Lektura dokonań innych badaczy, jak i własne obserwacje czy przemyślenia, wciąż jednak prowokują do rewizji dawniej formułowanych opinii. To chyba błędne koło, z którego wyplątać się nie sposób. Może zresztą wyplątywać się nie należy.

To może teraz bardziej historycznie: koncepcja tej książki rodziła się gdzieś w latach 2008–2009. Miała to być praca przeznaczona dla czeskiego czytelnika, dająca mu mój, formułowany ze śląskiej perspektywy, a więc inny niż dominujący praski, ogląd zjawisk artystycznych na szerokim tle społeczno-polityczno-ideowym (lub jakoś tak). Miała ogarnąć lata 1348–1548 i jako taka wyrastała z moich starszych opracowań na temat książęcego mecenatu artystycznego na Śląsku z 2005 roku oraz politycznych uwarunkowań sztuki Wrocławia u schyłku średniowiecza1. Okazało się, że to, co miało być wstępem do najbardziej mnie zajmującej doby, rozpiętej między połowami XV i XVI wieku, rozrosło się do rozmiarów odrębnej książki, która została w języku czeskim wydana w 2011 roku2. Oferowała ogląd zjawisk w Koronie Czeskiej w latach 1348–1458, ze szczególnym wyakcentowaniem relacji dwóch największych krajów Korony – Czech i Śląska, a zwłaszcza relacji do siebie dwóch centrów tejże Korony – Pragi i Wrocławia.

W 2011 roku przystąpiłem do pisania niniejszej książki, wiedząc już, że rozrośnie się ona niepomiernie i zapewne niełatwo będzie ją wydać. Z końcem 2013 roku mogłem cieszyć się szkicowym zamknięciem okresu do 1490 roku. To była zaledwie około jedna trzecia planowanej całości, którą miał zamknąć rok 1547 – data na tyle znamienna, że niewymagająca chyba jakiegoś uzasadniania3; jedna trzecia, lub nawet jedna czwarta, bo w ciągu roku 2013 uświadomiłem sobie – a miałem za sobą napisaną niejako „na boku” książkę o czeskiej sukcesji i Wrocławiu w dobie Karola IV, będącą dopełnieniem wspomnianej publikacji z 2011 roku4 – że konieczne będzie dodanie dużego rozdziału wstępnego poświęconego historii historiografii. Zarazem w tym samym czasie uświadamiałem sobie, że nie będę formułował żadnych manifestów metodologicznych, nie będę składał deklaracji, czym ta książka jest, a czym nie jest. Dlaczego?

Wielu badaczy i jeszcze więcej książek zdążyło nas przyzwyczaić do tego, że nim przystąpi się do opracowania jakiegoś tematu, trzeba zdefiniować pojęcia, uzasadnić tytuł, wybór tematu i „wyspowiadać się” przed Czytelnikiem, a zwłaszcza przed potencjalnymi Recenzentami, z przyjętych założeń metodologicznych. Przeczytałem właśnie książkę Petera Burke’a What is Cultural History z 2008 roku5, zwięzłą (dzięki Bogu!) próbę ogarnięcia głównie nowszych trendów w prezentowaniu dorobku ludzkości. Praca uświadomiła mi – jak ja się z tego zdania wytłumaczę przed studentami? – jałowość rozważań teoretycznych czy metodologicznych. Elektryzowały mnie one na studiach i czas jakiś po ich zakończeniu. Długie dyskusje, jakie się wówczas toczyło, wspominam dziś bardziej jako zdarzenia towarzyskie niż intelektualne. Rzecz jasna, rutynowo dręczę studentów rozbudzaniem tego rodzaju refleksji, ale czynię to już chyba wyłącznie po to, by przeszli tę chorobę i nabrali na nią ciał odpornościowych. Jedną z przyczyn mojej frustracji jest to, że nauka – humanistyka – nie wie nawet, co to jest kultura, mimo iż robi dobrą minę do złej gry i próbuje wszystkich przekonać, że nie jest aż tak źle. Co gorsza – nie wie też, czym są historia, historia sztuki, geografia, antropologia czy etnologia (już widzę ten chór oponentów odsyłających mnie do encyklopedycznych haseł…). Wszystkie te pojęcia przenikają się – zgodnie chyba z pragnieniem Aby Warburga, by zacierać granice między regałami z książkami. Zacierają się także różnice między profilami placówek naukowych, a nawet samych już tylko urzędowo (jakie to zresztą smutne) kodyfikowanych dyscyplin naukowych, w ramach których zdobywa się określone stopnie i tytuły naukowe.

Sam, będąc z racji odbytych studiów historykiem sztuki, ale takim, któremu wielu profesorów wciąż miało za złe, że zbyt dużo w jego pracach jest historii, wkroczyłem na drodze swej kariery (przepraszam za to okropne słowo) w obszar historii właśnie, nie tylko pracując w instytutach historii (Hradec Králové, Opole), lecz także habilitując się z tejże dziedziny (a z czasem zyskując także drugi doktorat z historii) i koniec końców uzyskując tytuł profesora historii. Mój dwuoglądowy obraz powinien zbliżać mnie do pojęcia „historia kultury”. Ale chyba nie zbliża. Głównie dlatego, że – choć bardzo bym tego pragnął i pragnę – nie jestem w stanie kompetentnie ogarnąć takich sfer jak filozofia, religijność, ekonomia, a w dziedzinie samej sztuki – muzyka, teatr czy literatura.

Zatem – jak zdaniem Petera Burke’a czynili Jacob Burckhardt czy Johan Huizinga – działam na wpół intuicyjnie, robiąc to od pewnego czasu z premedytacją. I przyznaję to bez większych obaw, że zostanę uznany za dyletanta, który nie uzbroił się należycie w narzędzia badawcze. Myślę, że jestem w nie dość dobrze uzbrojony, co nie znaczy, że wolny od obaw. Zmierzam do tego, że książka ta kroczy zasadniczo dwoma, mam nadzieje, że równoległymi duktami – duktem historii sztuki i duktem historii. Właśnie w tej kolejności, choć analizując treść i układ pracy, można nabrać przekonania, że pierwszeństwo ma tu historia, to jest narracja dziejopisarska, chronologiczna, choć z konieczności sproblematyzowana, zatem nie wolna od zwrotów. Na historię patrzę chyba jednak inaczej niż klasyczny historyk – widzę, i to czasem na pierwszym miejscu, te jej świadectwa, źródła, które są kreacjami architektury, dziełami rzeźbiarstwa i malarstwa, rysunku czy grafiki, monetami, pieczęciami. Ich przekaz nie zawsze jest tak wyrazisty jak wymowa tekstów, ale czasem jest o wiele bardziej dobitny, o wiele bardziej sugestywny, o wiele bardziej zdolny zawładnąć ludzką emocją, bez której nie ma zamyślenia, zadumy, powracającej i nękającej umysł refleksji, niekiedy coraz to innej, głębszej… Ta refleksja, podsycana lekturą źródeł historycznych – lekturą, która też przecież potrafi urzec – jest doświadczeniem tyleż intelektualnym, co emocjonalnym. Innymi słowy, książka ta (i wszystkie inne, które napisałem) ma swoje źródło w osobistym, zgoła hedonistycznym doświadczeniu poznawczym. Doświadczenie to zostało przetłumaczone na język naukowego dyskursu i przedstawione w zgodzie z zasadami, jakie w nim obowiązują. Poznaje i pisze moje „ja”, ale – by zostać zrozumianym – owo „ja” stara się komunikować językiem jakiegoś ogółu, to znaczy, działać zgodnie z podstawowymi zasadami postępowania badawczego obowiązującego zarówno w dziedzinie historii, jak i historii sztuki, a nade wszystko – zgodnie z zasadami logiki. W trójkącie, którego kąty wyznaczają badana materia, ja i adresaci komunikatu, wszystkie trzy elementy są jakoś upodmiotowione. I trudno dociec, kto ma nad kim przewagę. Dlatego uznajmy, że wskazana jest tu harmonia i wzajemne poszanowanie.

Zmagać się wszakże przyszło z innymi problemami. Wydać się mogą wobec tych, od których powyżej uciekłem, jako trywialne, redakcyjne zgoła. Mają jednak znaczenie podstawowe, zwłaszcza kiedy, pisząc tę książkę, uświadamiałem sobie, że powstaje ona nie tylko z myślą o czytelniku czeskim, lecz także polskim. Chodzi między innymi o pojęcia, zbieżne na ogół i przetłumaczalne między językiem czeskim i niemieckim, ale niekiedy „kolizyjne” w relacji do języka polskiego. Problemem jest na przykład stosowanie określeń obszarów i jednostek administracyjnych. Przyjęto tu pewne rozstrzygnięcia: termin „państwo” odnosi się do królestw, arcyksięstw (czy wielkich księstw) i księstw oraz margrabstw mających znamiona samodzielności politycznej lub trwałych związków politycznych takich władztw, jak najistotniejsza dla tej książki Korona Królestwa Czech, ale i Korona Polska czy Korona Francuska (stąd pisane są tu one zawsze wielkimi literami). Dotyczy to zatem Arcyksięstwa Austriackiego, Margrabstwa Brandenburskiego, ale już nie Margrabstwa Morawskiego, stanowiącego część Korony Czeskiej. Wiele spośród tych podmiotów było częścią Świętego Cesarstwa Rzymskiego (błędnie czasem zwanego niemieckim lub Narodu Niemieckiego) – tę strukturę traktuję jako organizm ponadpaństwowy, którego częścią były zarówno Korona Czeska, jak i władztwo austriackie, brandenburskie, (w części) burgundzkie czy terytoria zwane Niderlandami. To poniekąd tak samo jak relacja Państwa Kościelnego papieży do instytucji papiestwa jako takiego, z jego roszczeniami idącymi w kierunku patrimonium mundi.

Nie zawsze można tu wiernie kopiować język czy terminologię źródeł – czasem nieco chaotycznych w tym zakresie. Nieraz bowiem w trakcie lektury danego tekstu (a co gorsza – niekiedy także źródeł) widzimy, że terminy Korona Czeska i Królestwo Czeskie (de facto będące częścią owej Korony) są używane zamiennie, a książęta sascy, jak przywykliśmy ich określać, to w źródłach nader często władcy miśnieńscy. Dla poszczególnych składowych Korony Czeskiej (ale i na przykład dla władztwa polskiego), takich jak Morawy, Łużyce lub Czechy, używane będzie pojęcie kraj (czes. země, niem. Land), ale krajem nigdy nie będzie tu państwo w rozumieniu, jakie podano wyżej (wbrew nawykom współczesnych Polaków). Słowem uniwersalnym, dającym się odnieść do tych wymienionych (Cesarstwo, Korona, Królestwo) oraz mniejszych (księstwo, hrabstwo) podmiotów czy jednostek politycznych, jest władztwo, którego wszakże nie odnoszę do dóbr ziemskich (czes. panství, niem. Herrschaft, czasem używa się tu polskiego słowa państewko, ale w niniejszej książce nie znajdzie ono zastosowania). Język polski zna też określenia klucz dóbr, dobra ziemskie, posiadłości.

Problem sprawia czeski termin „kraj” dla oznaczenia jednostek terytorialnych, przede wszystkim Królestwa Czeskiego. Odpowiada on polskiemu „województwu”, bo raczej nie okręgowi, które to słowo poprzez swoje asocjacje z łacińskim circulus i niemieckim Kreis winno odpowiadać polskiemu powiatowi6. Dlatego dla czeskiego „kraju” używane będzie polskie określenie „ziemia”, czyli na przykład Ziemia Pilźnieńska, Chrudimska, Bolesławska… Niższą jednostką podziału administracyjnego był okręg sądowo-administracyjny Weichbild (czes. vikpild) – brak tu polskiego słowa, dlatego proponuję polonizację terminu niemieckiego – wajchbild, zgodną z duchem języka polskiego. Podobnie jest w przypadku Landfriedów (czes. landfrýdy). Zadomowił się wprawdzie termin „pokoje krajowe”, choć nie oddaje on istoty rzeczy, konfederacje te były bowiem czasem zawierane dla części kraju lub między krajami (na przykład morawsko-śląskie, śląsko-łużyckie – o tym w kolejnych tomach) albo tylko dla części podmiotów Łużyc i Śląska. Tu także proponuję polonizację terminu niemieckiego – landfryd.

Język czeski zna pojęcia miasta królewskie i „města poddanská”, czyli „poddańskie”. O ile pierwszy termin nie nastręcza kłopotów, to drugi już tak – po polsku byłoby raczej „miasta prywatne”, ale to znów nie całkiem to, co zawiera się w terminie czeskim. Skoro o miastach – czeskie „věnná města” będą po polsku miastami stanowiącymi wdowie uposażenie królowych (księżnych…). Krócej się chyba nie da, ale to pojęcie nie pojawi się w książce zbyt często i można się z nim pogodzić.

Kolejne kwestie to terminologia stanowa. Język polski zna jedno słowo na oznaczenie dux / Herzog / kníže oraz princeps / Fürst / vévoda – książę. Mniej jest też w polszczyźnie możliwości rozróżnienia warstw stanu szlacheckiego. Dlatego termin „szlachta” będzie tu używany jako pojęcie zbiorcze dla dwóch, wedle niemieckich, czeskich i morawskich norm, stanów: pańskiego, czyli magnackiego, oraz szlacheckiego, czyli rycerskiego7. Ten ostatni termin nie powinien wszakże obejmować najniższych warstw szlacheckich – panoszy (panoše) i władyków (vladyky), a w wypadku Hrabstwa Kłodzkiego – także wolnych sędziów (svobodných rychtářů). Pewne rozbieżności dotyczą też urzędów. Czeski hejtman lub niemiecki Hauptmann (a łaciński capitaneus) to polski starosta.

Trochę bardziej złożona jest kwestia urzędów miejskich. Purkmistr pochodzi od niemieckiego terminu Bürgermeister i na polski tłumaczy się jako burmistrz, czyli osoba przewodnicząca radzie miejskiej – kolegium radnych, rajców lub konsulów, choć to ostatnie słowo, najbliższe czeskiemu (i łacińskiemu), w języku polskim w tym znaczeniu raczej się nie przyjęło. Dodać należy, że w języku czeskim funkcji tej odpowiadało także słowo starosta. Polski senior rady to czeski starší. Inny termin to rychtář (sędzia), oznaczający także fojta (iudex – Vogt – wójt) oraz soltysa (scultetus – Scholtz – sołtys)8.

Także w nazwach urzędów kościelnych pojawiają się rozbieżności. Czeski probošt (praepositus) to nie to samo co proboszcz, czyli pleban (parochus, plebanus), ale prepozyt (w łonie kapituły lub zgromadzeń zakonnych zakonów konwentualnych), a tylko wyjątkowo proboszcz parafii, która istniała w miejscu zanikłej kapituły (na przykład w Mielniku).

Z dalszych terminów wymieńmy niemieckie [Landes] Ordnung – zřízení [zemské] – czyli konstytucja [krajowa]. Dla mniejszych obszarów lub węższych zakresów (na przykład spraw górniczych) będzie to wszakże ordynacja. Landtag, czyli sněm, to sejm. Polscy historycy prawa przenieśli na grunt śląski termin sejmik (księstwa, wajchbildowy)9. Dokonam tu pewnej modyfikacji i termin sejm (nie sejmik) będzie używany także w odniesieniu do księstw. Czy jednak czeskie zemské desky (Landtafeln) to księgi ziemskie? W realiach polskich może tak, ale skoro dotyczą one kraju (na przykład Moraw), to – powinny to być księgi krajowe. Ale jeśli tak, to czym byłyby opavské zemské desky? Ani księgami krajowymi, ani księgami księstwa, bo to trudna do przyjęcia hybryda. Niech więc one wszystkie zostaną księgami ziemskimi.

Wbrew polskiej normie językowej, nazwy księstw (na przykład Księstwo Ziębickie), hrabstw (Hrabstwo Kłodzkie) czy ziem (Ziemia Kłodzka) lub innych jednostek administracyjnych (Okręg Chebski, Baronat Sycowski) będą pisane wielkimi literami. Polska norma zastrzega taką pisownię dla państw niepodległych, co w odniesieniu do omawianej epoki jest bezprzedmiotowe. Także określenia typu „Wrocławianin”, „Prażanin” i podobne pisane będą, wbrew polskiej kodyfikacji językowej, wielkimi literami, a uzasadnienie tego znajdzie Czytelnik w tomie dotyczącym miast królewskich, wymaga ono bowiem szerszego scharakteryzowania mieszczaństwa w tej epoce.

Dodam, że terminy [Święte] Cesarstwo Rzymskie i Rzesza oraz marchia i margrabstwo będą używane zamiennie, podobnie jak cesarz i imperator oraz papież i biskup Rzymu. Termin monarcha zarezerwowany jest tu dla cesarzy, królów i arcyksiążąt. Uwaga dla czytelnika czeskiego – termin Sudety stosowany jest w sensie geograficznym i oznacza podprowincję Masywu Czeskiego rozciągającą się – w przybliżeniu – od Drezna i Uścia nad Łabą na zachodzie po Bramę Morawską na wschodzie. Inne pasma otaczające Kotlinę Czeską to Rudawy Czeskie, Czeski Las, Szumawa i Góry Czeskomorawskie – częściej znane w polskim piśmiennictwie jako Wyżyna Czeskomorawska, ale charakter nie tylko jej najwyższych partii jest doprawdy górski (świadczą o tym i nazwy pewnych jej fragmentów: Żelazne Góry czy szczególnie Góry Ździarskie – Žďárské vrchy) i stąd pozwalam sobie na tę modyfikację. Nie akceptuję też proponowanej czasem polskiej nazwy rzeki Eger / Ohře jako Ochrza, po polsku powinno być bowiem Ogrza (czeskie „h” zamienia się na polskie „g”, nigdy nie na „ch”).

W tym momencie dochodzimy do najpoważniejszego problemu natury chyba nie tylko redakcyjnej – pisowni nazw miejscowych i osobowych.

Wiele cytowanych tu ustępów źródłowych pochodzi z edycji starych i nowych. Tak dawniej, jak i dziś wielu wydawców hołduje zasadzie modernizowania języka źródła, co szczególnie dotyczy edytorstwa czeskiego. Nie byłem w stanie sięgać do rękopisów i podawać transkrypcji oryginalnej, albo inaczej – w wielu przypadkach może i byłem, ale praca nad tą książką z tego tylko powodu trwałaby o wiele miesięcy, a może i lat dłużej. Przyjąłem zatem rozwiązanie w zasadzie jedyne możliwe – cytowania tekstów w takiej postaci, w jakiej zaoferowali je wydawcy. Oznacza to jednak, że zapis źródeł z tego samego okresu, wytworzonych w podobnym lub tym samym środowisku, nieco się różni i nie wynika to wcale z braku językowych kodyfikacji w XV czy XVI wieku, ale z tej właśnie dysfunkcji edytorstwa historycznego.

Dla nazw czeskich, morawskich i łużyckich, dla których istnieją polskie ekwiwalenty, stosuję te ostatnie, nawet jeśli coraz mniej ludzi wie, że Jihlava to Igława, a Bautzen to Budziszyn. Problem pojawia się wszakże tam, gdzie chodzi o nazwy mniej dziś znane polskiemu czytelnikowi, jak Gnojnik (Hnojník) na czeskim Śląsku Cieszyńskim (Zaolziu), Janowa Góra (Jánský vrch) w południowej części dawnego władztwa biskupów wrocławskich czy Wojrowice (Hoyerswerda) na Górnych Łużycach. Rodzi się jednak pytanie, co zrobić w przypadku wschodnioczeskiego Opočna, które ma swój polski odpowiednik w postaci Opoczna. Ta sprawa wiąże się z predykatami czeskiej i morawskiej szlachty. W polskiej tradycji przyjęło się, z racji wielokrotnego pisania o czeskim magnacie i biskupie wrocławskim Jošcie II z Rožmberka, pisać Jodok z Rożemberka, rzadziej Jodok z Rożmberka. Gdyby zastosować tę polską pisownię, to także pozostałych członków rodu należałoby określać jako panów z Rożemberka lub z Rożmberka, a sam zamek i miasto, od którego „nazwisko” zostało utworzone, polonizować i pisać Rożemberk lub Rożmberk. Tylko czy wtedy analogicznie postępować w przypadku panów z Pernštejna (Pernsztejnowie), z Lipé (z Lipy, jeśli nie Lipscy), Szwamberkowie (Švamberkové), Szwihovscy, a może Szwigowscy lub nawet Świgowscy (pani ze Švihova), choć to chyba krok za daleko, podobny do tego, jaki uczynili niedawno polscy wydawcy Roczników Jana Długosza, zmieniając Zdeňka Konopišťskiego ze Šternberka nie na Konopiszckiego (co jeszcze byłoby do przyjęcia, albowiem Konopiště znajduje polski ekwiwalent w słowie Konopiszcze), ale… Konopnickiego10. Co wreszcie ze Szlikami / Šlikami / panami von Schlick, Szelenbergami / Šelmberkami / panami von Schellenberg czy… Schoffami / Schaffgotschami, którzy w Czechach byli Šofami lub Šafgočami? Czy Černohorský ma się stać Czarnogórskim? A jeśli pójść drogą spolszczania ich predykatów (czy także imion?), to co z pomniejszymi? Czy Sokol z Mor miałby się stać Sokołem z Mor? Ale jeśli w tym kierunku nie podążać, to chyba jednak Jerzy z Poděbradů, a nie z Podiebradów (w żadnym wypadku z Podiebradu). A skoro Jerzy z Podiebradów, to także z Kunštátu czy z Kunsztatu? Bo hybryda „z Podiebradów i Kunštátu” jest raczej trudna do przyjęcia. Jest jeszcze kwestia złożonych „nazwisk” typu „z Šelmberka a na Kosti” – zabawnie by brzmiało „Szelenberg na Kości”, choć tak właśnie brzmi to dla czeskiego ucha.

Poszukiwanie jednej zasady może zatem prowadzić na manowce, przynosząc deformację, której nawet rozbudowany i obficie skomentowany indeks-konkordancja nazw i „nazwisk” nie naprawi. Przyjąłem zatem zasadę pozostawania przy zapisie czeskim dla nazw i imion czeskich i morawskich oraz niemieckich czy o niemieckim rodowodzie lub brzmieniu dla nazw i nazwisk śląskich i łużyckich, o ile nie mam przekonania, że nie chodzi o osoby zdecydowanie posługujące się słowiańskim (polskim, serbsko-łużyckim) brzmieniem imienia lub nazwiska, co też nie jest łatwe do ustalenia w dobie dominacji języka – jeśli już nie niemieckiego – czeskiego. Tak jak opisywana rzeczywistość była pod względem językowym zróżnicowana, tak i praca ta od problemu tego nie ucieknie.

W związku z rozpętaną w świecie nauki scientometryczno-parametryczną paranoją zwaną czasem punktozą pragnę poinformować, że pewne fragmenty całego inicjowanego tym tomem przedsięwzięcia naukowego kopiują lub parafrazują moje wcześniejsze teksty, choć często było inaczej – niniejsze wielotomowe dokonanie powstawało wiele lat i w tym czasie niektóre jego fragmenty były wykrawane i zakomponowywane do innych moich publikacji11. To znaczy, że wiele – jak to od lat było w zwyczaju w nauce – kwestii szczegółowych tu poruszanych stało się przedmiotem mniejszych wystąpień i przyoblekło się albo w konferencyjne referaty, albo też w artykuły publikowane na łamach czasopism naukowych. Niektóre trafiły nawet na karty wcześniej wydanych moich książek. Są to czasem te same lub bardzo podobne akapity, co starałem się rejestrować w przypisach do poszczególnych partii tekstu (choć nie jest wykluczone, że coś przeoczyłem). Nie widzę powodu, by – raz sformułowawszy jakąś myśl – przyoblekać ją w inną formę tylko dlatego, że nie spodoba się to jakimś urzędnikom i kontrolerom od nauki. Tak jak muzyk może wykonywać swój utwór po wielokroć i czerpać z tego zyski oraz sławę, aktor stawać na deskach teatru z tą samą rolą, także i ja mam prawo powtarzać określone sentencje czy pasaże, także po to, by oszczędzić czas, którego zbyt wiele zabiera mi choćby przyrosła do nauki jak jemioła biurokracja, a także by propagować to, co raz stworzone i uznane przeze mnie za dobre na propagowanie zasługuje. To moja twórczość naukowa i ja, a nie rozmaici administratorzy od nauki, będę – zgodnie zresztą z duchem i literą prawa autorskiego12 – decydował o tym, jak owa twórczość będzie propagowana.

Każdy tom będzie stanowił odrębną jednostkę bibliograficzną z własnym wykazem źródeł i literatury, streszczeniami i indeksami. Przewiduję wydanie ostatniego tomu zawierającego sumaryczny wykaz źródeł i literatury, indeksy oraz uzupełnienia i sprostowania, których z pewnością nie zabraknie. Daleki bowiem jestem od przekonania, że oferowana książka (i kolejne tomy), mimo starań, jest (i będą) idealna (idealne).

Na zakończenie pragnę podziękować Recenzentom, których uwagi pomogły przyciosać niektóre moje nazbyt nieuczesane wypowiedzi i uniknąć rozmaitych pułapek. A kieruję te słowa wdzięczności w stronę badaczy, którzy w swoich poczynaniach nieobojętni byli wobec historii historiografii: Panom Profesorom Zdeňkovi Jiráskovi z Opawy i Markowi Cetwińskiemu, instytucjonalnie związanemu wprawdzie z Częstochową, ale przecież Wrocławianinowi.

Za pomoc – nazwijmy ją modnym, ale też adekwatnym do sytuacji słowem – logistyczną dziękuję także kilku osobom z Uniwersytetu Opolskiego, mimo iż książka wyszła poza tą uczelnią, ale z jej środków, a to rektorowi, Panu prof. dr. hab. Markowi Masnykowi, prorektorowi do spraw nauki i finansów, Panu prof. dr. hab. Januszowi Słodczykowi oraz dyrektorowi uczelnianego wydawnictwa, Pani mgr Natalii Musiał. Za korektę czeskich cytatów słowa wdzięczności kieruję w stronę mgr. Jindřicha Koldy.

Wrocław, jesień 2016 roku – lato 2017 roku

Bogusław Czechowicz: Idea i państwo. Korona Królestwa Czech w latach 1457–1547, I: Historiograficzny gorset. Korona Czeska oczami pokoleń badaczy, Wrocław 2017, Wydawnictwo Quaestio, ss. 180, format 157 x 229 mm, oprawa miękka, ISBN 978-83-65815-09-5

Wstęp do tomu pierwszego

Niniejsza książka jest pierwszym z kilkunastu tomów dzieła, które pierwotnie planowane było jako jedna wielka monografia. Okazało się jednak po latach pracy, że monografia to zaiste wielka, wręcz ogromna, i jako taka chyba niemożliwa do wydania w jednym woluminie. Jej struktura opracowana na początku i poddawana w ciągu kolejnych lat raczej niewielkim modyfikacjom pozostanie jednak niezmieniona. Poszczególne rozdziały przeobrażą się teraz w odrębne monografie, choć nie zawsze. Rozdział II i III planowanej „wielkiej książki” zostały połączone w jeden tom, ale rozdział V „rozpadnie” się na pięć mniejszych segmentów, choć nie jest wykluczone, że nawet na sześć – wszystko to zależy od bieżących uwarunkowań finansowych i organizacyjnych. Innymi słowy, całe przedsięwzięcie będzie liczyło od 12 do 14 tomów. Cała koncepcja pracy uwidoczni się w pełni dopiero wówczas, gdy wszystkie jej części staną na półce obok siebie, ale na to, mimo że dzieło jest w zasadzie gotowe i teraz już tylko dojrzewa niczym wino w piwnicy, potrzeba ładnych kilku lat. Od razu nadmienię, że nie będą to woluminy tej samej objętości. Ten właśnie jest chyba najmniejszy. Będą – i to już niebawem – większe. Kolejny, jaki powinien się ukazać, będzie nosił tytuł „Sic noster rex Jiřík” czy „occupator regni Bohemiae”? Rządy w Koronie Jerzego z Podiebradów, trzeci, bardziej obszerny – „Mathias primus Dei gratia rex Bohemiae”. Rehabilitacja nieuznawanego króla. Jak widać, w tytułach tych zawarte są pewne tezy, pewne propozycje innego spojrzenia lub przynajmniej innego rozłożenia akcentów.

Tom I poświęcony jest historiografii, możliwościom, jakie ona stwarza, oraz – chyba bardziej – przeszkodom, jakich nie szczędzi. Przedsięwzięcie to, jak się w toku lektury kolejnych tomów Czytelnik przekona, ma charakter syntetyczny, ale nie jest to synteza uniwersalna czy zrównoważona. Jej wychylenia w tę czy inną stronę – czeski czytelnik bez trudu dostrzeże tu wychylenie w kierunku Śląska, a szczególnie Wrocławia – są odpowiedzią na to, co dotąd o Koronie Czeskiej (przeważnie po czesku) napisano. Jest to zatem synteza polemiczna, a jako taka w wielu przypadkach, czy też w odniesieniu do pewnych szczegółowych kwestii, analityczna. Narracja – rzec można wertykalna prezentacja zjawisk – oraz opis tego, co istnieje w przestrzeni realnej, uzupełniają się tu wzajemnie, tak samo jak dopełniają się opinie pokoleń historyków i bardzo obficie w kolejnych tomach cytowane źródła; jak uzupełniają się ustalenia i hipotezy badaczy sztuki z własnymi moimi dociekaniami, zarówno dawniejszymi, jak i tymi wynikającymi ze szczegółowych badań podejmowanych na potrzeby tego opracowania. Zatem treść tej wielotomowej epopei wciąż powracać będzie do refleksji z zakresu historii historiografii, która w tomie pierwszym uległa pewnemu wypreparowaniu i zarazem wyakcentowaniu.

Tę część, którą Czytelnik właśnie otrzymuje do rąk, cechuje w znacznej mierze krytycyzm, czyli wartość będąca w świecie dzisiejszej nauki w zdecydowanym niedomiarze. Nie rozwodząc się nad tym, albowiem sporo uwagi na temat mojego własnego stosunku do tych spraw znajdzie Czytelnik na dalszych stronach tomu, dodam jedynie, że nie było i nie jest moim celem deprecjonowanie dorobku tak wielu osób, z których opiniami przyszło mi się nie zgodzić. Nie mogę jednak udawać, że dotąd wszystko było w porządku i nie ma problemu. Problemem jest bowiem skala uświadomionej lub nieuświadomionej manipulacji, jakiej dokonywano i dokonuje się na żywym ciele historii państwa czeskiego (na pocieszenie dodać można: nie tylko tego państwa). Nauka, która wyzbywa się prób diagnozowania problemów także w swoim własnym łonie, staje się tylko procesem produkowania zapisanego papieru, który mało kogo będzie interesował, za to dobrze będzie wyglądał w statystykach scientometrów i parametryzatorów.

Niniejszy tom to jednak nie tylko „rozdrapywanie ran”, lecz także – można tak to metaforycznie ująć – próba wzmocnienia gmachu wiedzy o państwie czeskim w latach 1457–1547 polegająca na zbiciu części starych tynków, odsoleniu i osuszeniu murów po to, by ten staro-nowy gmach stał dłużej i pewniej, by nie szpecił zaciekami, by był użyteczny, funkcjonalny. Czy się będzie podobał – o tym już nawet nie marzę.

*****

Zakończenie

Czytelnik tej książki – tego tomu większej całości – z pewnością dostrzega osobisty ton, jaki się w niej pojawia. Dla niektórych może on być nawet drażniący. No cóż, można uprawiać naukę tak lub inaczej, można stosować różne konwencje. Wiele moich wcześniejszych książek hołdowało formule bezosobowej narracji tworzonej w modernistycznym jeszcze duchu, gdzie badacz chował się za fasadą metodologii i konwencji tworzącej pewną iluzję obiektywizmu. Że tylko iluzję, myślę, iż widać to choćby po niektórych akapitach książki, której końca, czytając te strony, Czytelnik dotrwał (iluzoryczność tego obiektywizmu chyba szczególnie ukazuje rozdział Historycy jako sędziowie). Tyle że taka pozornie obiektywna konwencja, choć nie twierdzę, że jest zła, mnie samego już po latach jej stosowania znudziła. Pisząc to dzieło, chciałem delektować się także radością tworzenia, to znaczy pisać tak, jak w danej chwili – chwila ta trwała wszakże ładnych kilka lat – mam na to ochotę. Nie ma w tym wyrachowania, a jedynie odrobina spontanicznego twórczego hedonizmu, chyba niezbędnego w przypadku żmudnej pracy nad setkami, a może i tysiącami tomów lektur.

Książkę, także tę naukową, tworzy konkretny człowiek z krwi i kości, któremu w naszych czasach trudno – na wzór antycznego anahorety czy średniowiecznego mnicha – odciąć się od zgiełku świata i rozmyślać w całkowitym błogim oderwaniu od otaczającego świata. Nie udając, że tak jest, starałem się zarazem jednak oderwać w swoich ocenach i interpretacjach od teraźniejszości, od jej presji czy też powabu wpisania się w politycznie poprawny chór, który doniośle brzmi wśród społecznych lub tylko środowiskowych oczekiwań. Aby to się powiodło, aby zachować coś ze swojej nieustająco atakowanej i gwałconej niezależności, trzeba czasem było wyraźniej ustawić się w kontrze, zwątpić, podważyć, zanegować. I tego samego oczekuję od Czytelników tych stron – krytycznej lektury, krytycznej polemiki; krytycznej, ale nie złośliwej czy aroganckiej, bo niestety – jak była mowa – i z tym miałem już (błogosławieni ci, którzy nie mieli…) do czynienia. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie mogę liczyć na łatwe zrozumienie, albowiem w oglądzie dziejów wciąż dominują państwowo-narodowe sentymenty, a taka praca i taka postawa, jak moja, wyrastająca także z życiowego doświadczenia zdobywanego zarówno w ramach państwa polskiego, jak i czeskiego, jawić się może jako hybrydalna. Ale może właśnie to doświadczenie najbliższe jest sytuacji Korony Czeskiej w analizowanym okresie, to znaczy państwa, co do którego sami jego obywatele (tym terminem operują ówczesne źródła) mieli różne zdanie, czym ono tak naprawdę jest (więcej o tym w przedostatnim tomie całego przedsięwzięcia).

Czy współczesny badacz ma szanse uporządkować rzeczywistość, która sama w sobie uporządkowana nie była? Czy tworząc kolejny konstrukt mieniący się obrazem dziejów, nie mamimy siebie i innych nadzieją, że dokonamy czegoś, co tak naprawdę niedokonywalne? Szczerze powiedziawszy – wątpię i zarazem zwątpieniu temu się nie poddaję. Można i chyba należy czasem wątpić. Choćby po to, by – zebrawszy siły do dalszej pracy – podjąć zmaganie z własnymi słabościami.

Bogusław Czechowicz: Idea i państwo. Korona Królestwa Czech w latach 1457–1547, I: Historiograficzny gorset. Korona Czeska oczami pokoleń badaczy, Wrocław 2017, Wydawnictwo Quaestio, ss. 180, format 157 × 229 mm, oprawa miękka, ISBN 978-83-65815-09-5

Wielotomowa epopeja jest podsumowaniem blisko 30 lat badań autora nad historią i kulturą najpierw Śląska, a potem całej Korony Królestwa Czech na przełomie średniowiecza i nowożytności. Nie jest to typowa synteza, ale praca problemowa, mająca na celu przewartościowanie dotychczasowych dokonań, oferująca inny niż dotychczas proponowane ogląd państwa czeskiego tamtych czasów i przynosząca reinterpretację wielu istotnych elementów dziedzictwa kulturowego, jakie po tej epoce pozostały. Jest to wreszcie praca polemiczna, niestroniąca od szczegółowych analiz, obficie czerpiąca z zasobu źródeł pisanych i wizualnych (artystycznych), a zatem dzieło z zakresu historii i historii sztuki zarazem.

Tom pierwszy przynosi krytyczne spojrzenie na dotychczasowe piśmiennictwo, dając też świadectwo wyzwalania się ze stereotypów, jakie nawarstwiły się przez wieki, często deformując obraz przeszłości i niekorzystnie wpływając na interpretacje jej świadectw.


1 B. CZECHOWICZ, Książęcy mecenat artystyczny na Śląsku u schyłku średniowiecza, Warszawa 2005; idem, Między katedrą a ratuszem. Polityczne uwarunkowania sztuki Wrocławia u schyłku średniowiecza, Warszawa 2008.

2 Idem, Dvě centra v Koruně. Čechy a Slezsko na cestách integrace a rozkolu v kontextu ideologie, politiky a umění (1348–1458), České Budějovice 2011.

3 Gdyby jednak było ono potrzebne, odwołam się do jednoznacznego w sprawie wagi wydarzeń tego roku dla losów Korony Czeskiej stanowiska Mateusza Golińskiego: Niezależnie jednak od założeń, każdy wykład szczegółowy dojść musi do sprawy wielkiego sporu o przywileje, implikującego stosunki śląsko-czeskie tak jednoznacznie, że co najwyżej alternatywą dla jego podstawowej interpretacji jest przemilczenie. Od czasu nadania Ślązakom w 1498 r. wielkiego przywileju stanowego Władysława II Jagiellończyka, w gruncie rzeczy sprzecznego z przywilejami i ambicjami stanów Czech, narastały wzajemne animozje [podkr. – B.C.]; M. GOLIŃSKI, Czechy w historii Śląska, in: Śląsk. Perła w Koronie Czeskiej [eseje], s. 91.

4 B. CZECHOWICZ, Böhmische Erbfolge und Breslau im Jahren 1348–1361. Kunst und Geschichte auf Wegen und Holzwegen der Historiographie, Červený Kostelec 2013.

5 P. BURKE, What is Cultural History?, [s.l.] 20082; wydanie polskie: Historia kulturowa. Wprowadzenie, Kraków 2010 (nie miałem go jednak do dyspozycji).

6 Rzeczywistość, czyli język źródeł, jest jednak jeszcze bardziej skomplikowana, np. w czeskiej i niemieckiej wersji przywileju księcia Jana Dobrego dla swoich władztw terminowi „krajové” odpowiada „Creise”, czyli wajchbildy; por. M. PTAK, Sąd ziemski Księstwa Opolsko-Raciborskiego w świetle przywileju z 1531 roku, in: Studia historycznoprawne. Tom poświęcony pamięci profesora Edwarda Szymoszka, ed. A. Konieczny, Wrocław 2008, s. 305.

7 Por. F. RACHFAHL, Die Organisation der Gesamtstaatsverwaltung Schlesiens vor der dreissigjährigen Kriege, Leipzig 1894, s. 14–61. Termin magnat pojawiał się w starszej czeskiej literaturze; dziś jest raczej w zaniku.

8 Specyfikacja czeskich urzędów w: AČ, 19, s. 581–582.

9 Np. M. PTAK, Ziemia świebodzińska jako region ustrojowo-prawny, in: Świebodzin, s. 50.

10 Joannis Dlugossi annales seu Cronica incliti regni Poloniae. Liber duodecimus / Jana Długosza Roczniki czyli kroniki sławnego Królestwa Polskiego. Księga dwunasta 1462–1480, ed. K. Baczkowski, Cracoviae 2009.

11 Dla tych, którzy działanie takie pochopnie określają mianem autoplagiatu kilka wypowiedzi prawników: Sytuację, w której uwzględnia się źródło i podanie własnego autorstwa przejętego utworu lub jego fragmentu, należy określić nie jako autoplagiat, ale jako zgodne z prawem korzystanie z własnej twórczości naukowej. I dalej: […] nie każdy przypadek ponownego wykorzystania wcześniej opublikowanego tekstu będzie można zakwalifikować jako autoplagiat. Wydaje się, że dopuszczalne jest ponowne rozpowszechnienie materiału, gdy: nowa publikacja służy dotarciu do nowego kręgu odbiorców; jest tłumaczeniem wcześniej wydanego artykułu; zachodzi konieczność zweryfikowania wyników badań naukowych w świetle nowych ustaleń; chodzi o wydanie poprawione, wznowienie, przedruk. W każdym ze wskazanych przypadków należy jednak zaznaczyć, że publikowany materiał był już wcześniej rozpowszechniony; za: J. SIEŃCZYŁO-CHLABICZ – J. BANASIUK, Pojęcie i istota zjawiska autoplagiatu w twórczości naukowej, PP, 3, 2012, s. 6–19, cytat ze s. 18 i 19.

12 Zasadą w dziedzinie twórczości naukowej jest swoboda twórczości i badań naukowych, zagwarantowana w Konstytucji wśród innych wolności i praw ekonomicznych, socjalnych i kulturalnych. Znaczenie swobody twórczości przejawia się w gwarancji jej niezależności i pozostawieniu jej wolnej od ingerencji władz publicznych. Forma i sposób, w jaki twórca odbiera rzeczywistość i kształtuje swoje dzieła, nie może być mu narzucona. Proces twórczy powinien być wolny. Elementem uzupełniającym tę wolność jest swoboda ogłaszania wyników badań naukowych w dowolnej formie, gdy chodzi o publikacje. W szczególności dotyczy to rozpowszechniania rezultatów badań w ramach prowadzonych zajęć dydaktycznych, konferencji oraz ogłaszania drukiem. I nieco dalej: Autor może i powinien mieć swobodę tworzenia, a prawo autorskie nie może go ograniczać w zakresie nowego opracowania i ukształtowania tematu; za: J. SIEŃCZYŁO-CHLABICZ – J. BANASIUK, Pojęcie…, s. 18, 19.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2009 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.