Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » W strefie mroku — rozmowa z Andrzejem Solakiem

W strefie mroku — rozmowa z Andrzejem Solakiem

Rozmawiał Adam Tomasz Witczak

O niektórych mrocznych stronach zbrojnej Kontrrewolucji z panem Andrzejem Solakiem, autorem m.in. książek Modlitwa mieczy, Męczennicy katoliccy ostatniego stulecia oraz Kresy w płomieniach, rozmawia Adam T. Witczak.

W czerwcu roku 1977 w Hiszpanii, w miejscowości Atocha, grupa napastników powiązanych ze skrajnie prawicowym podziemiem postfrankistowskim z zimną krwią rozstrzelała kilku prawników, pracujących dla lewicowych związków zawodowych. W tym kraju nie toczyła się wtedy wojna domowa, a całe zajście nie miało charakteru bitwy między dwiema uzbrojonymi stronami. Chyba można mieć poważne wątpliwości zarówno co do sensu takich akcji, jak i do ich wymiaru moralnego?

Oczywiście, że można, tylko trzeba pamiętać o kontekście tego zdarzenia. W latach 70. w Hiszpanii może i nie toczyła się wojna domowa, ale atmosfera polityczna była pełna przemocy. Zaczęło się to jeszcze na długo przed śmiercią gen. Franco, od zamachów terrorystycznych lewicowców z ETA i GRAPO. Przy czym wszyscy, którzy usprawiedliwiali akcje zbrojne opozycji antyfrankistowskiej, przedstawiając je jako walkę szlachetnych demokratów z dyktaturą, dość szybko musieli zrewidować swe poglądy. Po 1975 roku, pod rządami demokratycznymi, terror lewicowy stał się jeszcze gwałtowniejszy. Sami tylko baskijscy „Etarras” w ciągu pierwszych trzech lat okresu demokracji zabili więcej ludzi niż w trakcie swych wcześniejszych 15-letnich zmagań z Franco.

Hiszpańscy prawicowcy obserwowali więc wciąż potężniejący terror lewicowych bojówek. Widzieli odradzanie się sił skrajnych, takich jak partia komunistyczna. Mieli prawo sądzić, że oto rewolucja znów puka do bram ich kraju, że demokracja toruje drogę komunistom (jak stało się to w Rosji w 1917 r. i w samej Hiszpanii w latach 30.). Pojawiły się więc próby przeciwstawienia się takiemu rozwojowi wydarzeń, m.in. rozwinęły swą działalność podziemne ugrupowania zbrojne prawicy w rodzaju Partyzantów Chrystusa Króla czy Apostolskiego Sojuszu Antykomunistycznego.

Prawnicy zabici w Atocha powiązani byli z komunistami. Tu należy wspomnieć o wciąż niezagojonych ranach z czasów rewolucji i wojny domowej. Jeżeli jakiś Hiszpan identyfikował się z partią komunistyczną, to znaczy, że brał na siebie moralną odpowiedzialność za masowe egzekucje w Paracuellos del Jarama, za spalone świątynie i za tysiące innych potworności, jakich dokonał w jego ojczyźnie wojujący marksizm.

Można i trzeba natomiast stawiać pytania o sensowność wyboru akurat takiego celu jak prawnicy doradzający związkom zawodowym. W ówczesnej Hiszpanii były cele o wiele bardziej „uprawnione”. Nic dziwnego, że efekt owej akcji był odwrotny od zamierzonego – to właśnie po zamachu w Atocha ostatecznie zalegalizowano partię komunistyczną.

Nie odniósł Pan wrażenia, że wszelkie formacje zbrojne, gdy ich walka jest już de facto przegrana, zaczynają zachowywać się trochę jak zaszczute zwierzęta? W społeczeństwie rany się zabliźniają, ogół ludzi próbuje „układać sobie życie”, a tymczasem gdzieś w lesie siedzą jeszcze ostatni partyzanci, napadający od czasu do czasu na sklepy spożywcze i posterunki policji… Albo ktoś organizuje kolejny zamach na de Gaulle’a, sprawiający raczej wrażenie zwykłego aktu zemsty niż działania, które mogłoby coś realnie zmienić… Kiedy „krzyżowiec” składa broń i dochodzi do wniosku, że dalsza walka nie tylko utraciła sens, ale także wymiar moralny?

Decyzje o zaniechaniu bądź kontynuowaniu walki zbrojnej zależały od rozeznania sytuacji. Albo też świadczyły o całkowitym braku rozeznania, jak choćby wspomniany przez Pana przypadek zamachu na de Gaulle’a. Z całym szacunkiem dla ideowości bojowników OAS, gdyby ich „tyranobójcza” akcja powiodła się, to najpewniej utorowałaby ona drogę do władzy ugrupowaniom lewicowym. Kontrrewolucja nad Sekwaną w latach 60. była po prostu za słaba, aby przeprowadzić rekonkwistę i odbić Francję. „Wielki Zdrajca” de Gaulle zaś stanowił wówczas jedyną liczącą się przeciwwagę dla lewicy. Patrioci Algierii Francuskiej poniewczasie zrozumieli, że nie zdołają poderwać narodu do powszechnego zrywu i poniechali walki zbrojnej.

Wszakże w innych przypadkach bywało, że kontrrewolucyjni partyzanci prowadzili nieustępliwy bój do końca. Czasem po prostu nie mieli szansy na powrót do normalnego życia. Wiedzieli, że po wyjściu z ukrycia czeka ich tylko śmierć lub więzienie. Inni zaś z rozmysłem wybierali straceńczy los, odrzucając amnestie proponowane przez wroga. Słusznie chlubimy się postacią ostatniego partyzanta Rzeczypospolitej, Józefa Franczaka „Lalka” z AK-WiN, poległego w obławie w październiku 1963 r., po 24 latach służby w konspiracji. Tak długie trwanie na posterunku możliwe było tylko dzięki pomocy miejscowej ludności, która najwyraźniej widziała sens tej walki.

Mówi Pan, że niektórzy bojownicy zachowywali się jak zaszczute zwierzęta. To prawda, nie da się zapomnieć o sytuacjach mrocznych. Zdarzały się czyny, których nie usprawiedliwi nic. Takie jak wymordowanie grupy dwunastu cywilów, w tym dwójki dzieci, w lasach komorzyńskich w 1945 roku, przez oddział Żołnierzy Wyklętych Franciszka Olszówki „Otta”, z obawy przed dekonspiracją obozu partyzanckiego. Kłania się również przykład estońskiego „leśnego brata” Kaleva Arro, jednego z ostatnich partyzantów antykomunistycznych w Europie Środkowo-Wschodniej, który zginął w potyczce z sowieckimi milicjantami dopiero w 1974 roku. Na krótko przed śmiercią Arro (znany pod wiele mówiącym pseudonimem „Rzeźnik”) spotkał przypadkowo w lesie dwóch cywilów, traktorzystów. Jednego z nich zastrzelił, drugiego w końcu puścił wolno. Ten drugi oczywiście zawiadomił milicję, która sprawnie zorganizowała obławę, zakończoną krwawym starciem i zabiciem partyzanta.

W podobnych przypadkach rzeczywiście można i trzeba pytać o sens takiej walki. Przecież Arro bił się podobno za wolność swej ojczyzny i swego narodu. Zatem i o wolność tego nieszczęsnego traktorzysty, którego los postawił na jego drodze.

Co prawda słyszałem próby tłumaczenia tego rodzaju postępków — że skoro cywile stwarzali groźbę dekonspiracji miejsca pobytu partyzantów, to należało ich zlikwidować. Nie mam ochoty dyskutować z ludźmi, którzy ponad moralność przedkładają taki pragmatyzm, ale nawet jeśli za podstawowe kryterium uznamy skuteczność, to i tak takie zachowania nie wytrzymują krytyki. Zabijanie ludności cywilnej przez antykomunistyczne grupy partyzanckie (przypadki szczególnie częste po II wojnie światowej na Ukrainie i Litwie) wcale nie osłabiło Imperium Zła. Przeciwnie, popychało ono cywilów wprost w objęcia komunistów. Przykładem dość masowy akces Polaków do istriebitielnych batalionów NKWD na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Ci nasi rodacy wcale nie kochali bolszewizmu, wszak poznali jego „dobrodziejstwa” na własnej skórze. Jednak przyjęli broń od sowieckiego okupanta, by bronić życia własnego i swoich rodzin przed rezunami z UPA. Czy ktoś może mieć do nich pretensje?

Andrzej Solak

Carlos Garcia Julia, jeden ze sprawców ataku w Atocha, został podobno zatrzymany po kilkunastu latach w Boliwii jako handlarz narkotyków. We francuskiej OAS napotykamy (oprócz herosów takich jak płk Chateau-Jobert) także złodziei (jak Albert Spaggiari) czy wręcz ordynarnych kryminalistów (Jacques Mesrine). Na usługach angielskich jakobitów bywali morscy piraci, a karlistom pomagali ponoć górscy rozbójnicy – a zarówno korsarze, jak i rozbójnicy są romantyczni tylko w filmach i powieściach przygodowych. Rodzi się zatem pytanie: jak to możliwe, że w dzieje Kontrrewolucji, podszytej przecież często głęboką religijnością, wkradły się wątki z pogranicza pospolitej przestępczości?

Żadna armia nie składa się z aniołów. Każde wojsko, każda wojna przyciąga również przestępców. To działa w dwie strony. Wojna degeneruje ludzkie charaktery, broń daje takim osobnikom do ręki władzę, z której bezwzględnie korzystają. Jak powiedział Bonnet: Są ludzie zbrojni biczem Bożym. Nawet po ustaniu działań wojennych niektórzy weterani mają kłopot z powrotem w koleiny szarego życia w cywilu.

Bywają i sytuacje odwrotne. Podczas wojen mnóstwo ludzi z kryminalną przeszłością doznawało przemiany, stając się ideowymi bojownikami, zachwycając męstwem, niejednokrotnie oddając życie za sprawę.

Na ogół patrzymy na naszych bohaterów jak na pomniki ze spiżu. Tymczasem byli to żywi ludzie, ze swoimi słabościami, z grzechami, czasem również ze swymi zbrodniami. W mojej okolicy często wspominało się pewnego dowódcę oddziału Żołnierzy Wyklętych, który walczył z komuną przez kilka lat „po wojnie”. W końcu został schwytany, skazany na karę śmierci i stracony. Dla mnie długo był kryształowym herosem, dla wielu ludzi jest nim do dzisiaj. Po latach poznałem bliżej biografię tej persony. Niestety, niektóre fakty są mało budujące. Przed wojną odsiadywał wyrok za złodziejstwo. Pod okupacją niemiecką chwalebnie udzielał się w konspiracji i partyzantce. W pierwszych miesiącach tzw. władzy ludowej zasilił swą osobą szeregi UB. Osobiście kierował aresztowaniami byłych AK-owców, za co otrzymał od podziemia zaoczny wyrok śmierci. Gdyby wtedy kropnęli go „leśni”, to w PRL zostałby obwołany bohaterem, poległym utrwalaczem władzy ludowej, może patronem jakiejś ulicy… Tymczasem on z czasem popadł w konflikt z komunistami, znów poszedł do lasu, co w końcu zaprowadziło w objęcia kata.

Czy da się podsumować życie tego człowieka jednym zdaniem? Niestety, u nas przywykło się przedstawiać takich ludzi w kolorach czarno-białych, bez żadnych odcieni, potępiając ich w czambuł bądź gloryfikując pod niebiosa. Ktoś celnie powiedział, że mamy skłonność do stawiania pomników albo ze złota, albo z ekskrementów.

Pismo Święte i Tradycja Kościoła nakazują zasadniczo posłuszeństwo prawowitej władzy. Mało tego, pierwsi chrześcijanie raczej biernie znosili daleko posunięte nadużycia choćby władz Cesarstwa Rzymskiego. Z drugiej strony wielu bohaterów, o których możemy przeczytać na Pańskiej stronie, to buntownicy, powstańcy, rebelianci, partyzanci, niekiedy nawet „terroryści” (OAS). Czy faktycznie ta kontrrewolucja, o której Pan pisze, jest w prostej linii kontynuacją postawy chrześcijan wszystkich stuleci? Dlaczego Tyrolczycy, Wandejczycy, sanfedyści czy pieds-noir nie wybrali postawy uległości i biernego męczeństwa? Lub – z drugiej strony – dlaczego w pierwszych wiekach chrześcijaństwa nie dostrzegamy bodaj żadnej akcji analogicznej dla tych, o których Pan pisze?

Chesterton pięknie napisał: To prawda, że Kościół jednym nakazywał walczyć, innym zaś nie podejmować walki. I prawdą jest także, że ci którzy walczyli byli niby piorun, a ci którzy nie walczyli – jak posągi.

Wielu teologów katolickich roztrząsało problem zasadności użycia siły, w tym również oporu przeciw władzy. Tacy myśliciele jak Jan z Salisbury, św. Tomasz z Akwinu, Juan de Mariana, Francisco Elías de Tejada uznawali prawo poddanych do buntu, a nawet do tyranobójstwa, jeżeli tyrania osiągnie najwyższy stopień niegodziwości rządów.

Istotnie, chrześcijanie z pierwszych wieków nie wszczęli akcji powstańczej w odpowiedzi na prześladowania. Świadczy to o mądrości ówczesnych przywódców Kościoła, czy może raczej o działaniu Ducha Świętego. Jeśliby wyznawcy Chrystusa pochwycili za broń przeciw imperium rzymskiemu, to zostaliby zmieceni z powierzchni ziemi. Proszę przypomnieć sobie, jak zakończyły się powstania Żydów przeciw Rzymowi, choć przecież Izraelici dysponowali dość sporym potencjałem militarnym, niepomiernie większym od ówczesnych możliwości chrześcijan. Tymczasem Żydów zmasakrowano, a liczba ofiar szła w setki tysięcy. Zatem jakie szanse na zwycięstwo miało tych bodaj 3000 wyznawców Chrystusa (licząc wraz z kobietami i dziećmi) w Rzymie czasów Nerona?

Rozstrzygnięcie moralnego wyboru „bić się czy nie bić?” zależało od konkretnej sytuacji. Pacyfiści z lubością przypominają przebieg wydarzeń w Ogrójcu, gdy św. Piotr dobył miecza, gotów stoczyć nierówną walkę z żołnierzami i sługami arcykapłanów, a Jezus wydał mu polecenie zaniechania oporu. Jakoś nie chcą pamiętać, że wcześniej Nazarejczyk użył przemocy, wypędzając przekupniów ze świątyni, a apostołom nakazał: Kto nie ma miecza, niech sprzeda swój płaszcz i kupi. Otóż w historii zdarzały się przypadki, gdy porwanie za broń było aktem skrajnej nieodpowiedzialności, zrywem szaleńców pozbawionym choćby cienia nadziei na zwycięstwo, a tylko ściągającym widmo eksterminacji na całą wspólnotę. Jednak w innych okolicznościach to właśnie uchylenie się od walki stanowiło nikczemność, przyłożenie ręki do kaźni niewinnych.

W swoich tekstach skupia się Pan na czynie zbrojnym. Ale pomiędzy walką w granicach dopuszczanych przez świeckie prawo a powstaniem zbrojnym jest jeszcze spory obszar pośredni, w którym mieszczą się takie taktyki jak bojkot, tworzenie własnych struktur quasi-państwowych, obywatelskie nieposłuszeństwo wobec władz naruszających swoje uprawnienia… Czy wiadomo Panu, jak tego typu działania wyglądały w kontekście „Kontrrewolucji” vel „rekonkwisty”?

Chyba najbardziej znany taki przypadek to akcja bojkotu ekonomicznego w Meksyku w połowie lat 20., tuż przed powstaniem cristeros. Kiedy tamtejszy Kongres odrzucił petycję żądającą zaprzestania represji wobec Kościoła, podpisaną przez dwa miliony katolików, wówczas Krajowa Liga Obrony Wolności Religijnej wezwała do bojkotu kin, teatrów, środków komunikacji państwowej i sklepów tytoniowych.

Trzeba tu powiedzieć, że akcje bojkotu czy inne formy protestów spod znaku non violence są skuteczne tylko w określonych warunkach – gdy władza nie posuwa się do ostateczności. Taki Mahatma Gandhi epatował świat swoim rzekomym heroizmem okazanym ponoć w trakcie pokojowej walki przeciw imperium brytyjskiemu. Prawda jest taka, że mógł tak działać tylko dzięki poczuciu praworządności swych wrogów, Anglików. Dlaczego nie ma żadnego Gandhiego w Rosji? – pytał szyderczo Orwell.

W rzeczy samej, chyba nikt nie sądzi, że podobne akcje dałoby się zorganizować pod rządami totalitarnymi, gdy władza w odpowiedzi na protesty po prostu zabijała ludzi. Również w Meksyku pokojowe formy oporu okazały się nieskuteczne wobec machiny państwowego terroru i dlatego wybuchło powstanie cristeros.

Andrzej Solak

Większość bohaterów, o których Pan pisze, była katolikami i była mocno przeświadczona o powiązaniu swej sprawy z katolicyzmem. Jednocześnie jednak wiemy, że np. Rzym w pewnym momencie wyraził dezaprobatę dla powstania cristeros, w Polsce Kościół podpisał w roku 1950 porozumienie z komunistami, a jeszcze w XIX wieku zdarzało się, że papieże zezwalali np. na składanie przysięgi wierności liberalnym konstytucjom i rządom (np. w Hiszpanii w 1876 roku). Czy nie jest zatem tak, że przynajmniej niektórzy nieprzejednani „krzyżowcy” w pewnym momencie mogli odnieść wrażenie, że przez „czynniki oficjalne” są albo opuszczeni, albo ignorowani? Czy wreszcie nie jest tak, że Kościół gotów bywał na rozmaite ustępstwa w sprawach politycznych, społecznych, dynastycznych, ekonomicznych etc. – za cenę swobody sprawowania kultu?

Kiedyś napisałem, że nic nie ubędzie z blasku chwały Prymasa Tysiąclecia kard. Stefana Wyszyńskiego, kiedy ja – nędzny grzesznik – wyznam, że bliżsi są mi Żołnierze Wyklęci prowadzący swą walkę pozbawioną szans na zwycięstwo, niż nasi biskupi, którzy w imię dalekosiężnych i szlachetnych celów zobowiązali się przed komunistycznym rządem zwalczać zbrodniczą działalność band podziemia…

Ale nie znaczy to, że nie rozumiem motywów przedstawicieli Episkopatu. Prymas Wyszyński miał obowiązek przeprowadzić Kościół i Naród przez noc komunistycznej niewoli i dokonał tego. Mógł postąpić inaczej, mógł pójść na ostrą konfrontację z komunistami – tylko co osiągnąłby w ten sposób?

Odpowiedzmy sobie uczciwie na pytanie – ile dywizji miał w 1950 roku Prymas Wyszyński? W pierwszych pięciu „powojennych” latach w partyzantce Żołnierzy Wyklętych walczyło jakieś 20 tysięcy Polaków. Niestety, kilkakrotnie więcej ochotników zgłosiło się do UB i MO. Do partii komunistycznej zapisało się w tym czasie ok. miliona ludzi, nie licząc ugrupowań satelickich. Setki tysięcy podpisało deklaracje Tajnych Współpracowników UB. Dodajmy do tego wsparcie dla nowej władzy w postaci bagnetów Armii Czerwonej i NKWD. W 1950 roku opór narodu był już złamany; w lasach walczyło jeszcze kilkuset partyzantów.

Zatem Prymas Wyszyński przyjął jedyną możliwą w takich warunkach strategię działania, dającą Kościołowi cień szansy na przetrwanie. Zachował się jak prawdziwy mąż stanu, mający odwagę podejmować trudne decyzje. Historia przyznała mu rację.

Oczywiście to boli – ów sposób, w jaki potraktowano Żołnierzy Wyklętych. Podobnie w Meksyku wielu katolików wspominało z goryczą finał Cristiady, kiedy to powstańcy zostali nakłonieni przez Kościół do przerwania walki i złożenia broni, a masoński reżim wykorzystał to bezwzględnie. Tam jednostronne rozbrojenie zakończyło się masakrą. Rozgoryczenie było wielkie, zwłaszcza że w czasach Cristiady ani jeden biskup nie zginął z rąk siepaczy Callesa; zabito tam może 90 kapłanów. Dla porównania liczba poległych cristeros oraz wspierającej ich ludności cywilnej szła w dziesiątki tysięcy. To przede wszystkim świeccy katolicy zapłacili daninę krwi.

Jednak jakkolwiek zabrzmi to okrutnie, na wielkiej szachownicy dziejów żołnierzom zawsze wyznacza się rolę pionków. Tak jak w grze pionki poświęca się dla ratowania cenniejszych figur, dla odniesienia ostatecznego zwycięstwa, tak na wojnie żołnierz bywa poświęcany, spisywany na straty. Jego życie staje się obiektem przemyślnych kalkulacji – skazuje się na zagładę kompanie, aby uratować pułki; pozwala się zmiażdżyć całe dywizje, by dzięki temu zyskać czas i w efekcie wygrać wojnę. Również to żołnierz płaci krwią za błędy dowódców…

Może trzeba rozdrapać tę ranę do końca. Nie miejmy złudzeń, to nie prości żołnierze, brodzący w bajorach krwi, zostaną zapamiętani przez Historię. Nie, w galerii dla historycznych znakomitości wszystkie eksponowane miejsca są zarezerwowane dla wygadanych polityków, dla generałów obwieszonych medalami, niekiedy również dla złotoustych książąt Kościoła. A prosty żołnierz wypełnia swój obowiązek, po czym odchodzi w mrok zapomnienia.

Wszelako dla chrześcijanina istnieje jeszcze Najwyższa Instancja, dająca nadzieję na sprawiedliwą dystrybucję zaszczytów, na otarcie łez, na ukojenie bólu. Niektóre narody miały zwyczaj znakowania grobów nieznanych żołnierzy napisem: ZNANY TYLKO BOGU.

Bóg zapamięta Swych obrońców.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.