Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Śmierć filodoksa

Śmierć filodoksa

Jacek Bartyzel

Zgon w ubiegłym tygodniu głośnego autora amerykańskiego, Richarda Rorty’ego, wywołał szeroką falę komentarzy i wspomnień, z reguły utrzymanych w podniosłym tonie i wychwalających zmarłego jako jednego z najwybitniejszych filozofów naszych czasów. Ta sama fala przetacza się i przez nasze media, od otwarcie lewicowej Krytyki Politycznej po „prawicowy inaczej” Dziennik.

„Wybitność” to oczywiście kategoria wysoce ocenna i tak dalece skażona impresyjnym subiektywizmem, że niepodobna z nią dyskutować. Trzeba przyjąć do wiadomości, że o tym, kto w danym czasie i miejscu cieszy się reputacją „wybitnego”, decyduje obiegowa opinia, tę zaś, co równie oczywiste, urabiają właśnie media. Zamiast tracić czas na jałowe próby wpływania na zmianę ustalonych przez możnych tego świata rankingów „wybitności”, spróbujmy przemyśleć kwestię o wiele ważniejszą: czy Rorty w ogóle był filozofem?

Wbrew pozorom odpowiedź na to pytanie może być znacznie bardziej precyzyjna i intersubiektywna od próby punktacji „wybitności”. Któż to bowiem jest filozof? Od czasu kiedy, jako pierwsi, filozofować zaczęli Grecy, filozofa wyróżniało to, że nie zajmuje się rzeczami praktycznymi, ani nawet nie docieka jakichś prawd niższego rzędu, szczegółowych i empirycznych, lecz poświęca się całkowicie poszukiwaniu prawdy, nawiązując kontakt z Bytem jako takim, a nie tylko z jakimś akcydentalnym, jednostkowym byciem. Filozofia, jak mówi Leo Strauss, jest „poszukiwaniem wiedzy uniwersalnej, wiedzy o całości”. Albo, jak ujmuje to Eric Voegelin, filozofia to obiektywna, krytycznie dopracowana wiedza (episteme) o ładzie, zawierająca teorię bytu (ontologię, metafizykę), teorię poznania, a także antropologię, etykę i politykę, w obrębie których ludzka natura zyskuje spełnienie. W każdym razie bez kategorii prawdy (aletheia) i bez jej poszukiwania nie ma filozofii. Filozof jest „miłośnikiem mądrości” (sofia), kontemplującym Byt niedostępny poznaniu zmysłowemu i usiłującym przekazać innym wiedzę, której dostąpił, aby zaszczepić ład panujący w świecie wyższym ludzkim duszom i społeczeństwu, ratując je tym samym przed korupcją.

Jak w świetle powyższego rozumienia filozofii i filozofa ocenić można pozycję Rorty’ego? Nasz examen critique przeprowadźmy kierując się nie czym innym, jak tym, co i sam Rorty prezentował jako osnowę swojej myśli i tym, za co najbardziej chwalą go jego wielbiciele. Począwszy od książki, która uczyniła go sławnym – Filozofia a zwierciadło natury – głosił on zbędność prawdy i jałowość dysput filozoficznych dążących do jej odkrycia. Zamiast zmierzać do prawdziwościowego poznania rzeczywistości należy, jego zdaniem, uprawiać filozofię jedynie jako nieskrępowany żadnymi „sztywnymi” regułami epistemologicznymi „dyskurs” czy swobodną rozmowę. Symbolem tego totalnego i – jak mniemał – radosnego relatywizmu uczynił postać „liberalnej ironistki”, czyli kogoś, kto w sposób niewymuszony posługuje się każdym możliwym dyskursem, na jaki tylko ma w danej chwili ochotę, zachowując jednocześnie dystans nawet do tej wizji świata, do której ma największe upodobanie. Zdaniem Rorty’ego, „liberalna ironistka” stawia w ten sposób czoła wyzwaniom „przygodności” świata – nie ma albowiem u niego miejsca ani na byt, ani nawet na „bycie”, a jedynie właśnie na ową ulotną „przygodność”. Inny ważny postulat Rorty’ego (do złudzenia zresztą przypominający marksowską XI tezę o Feuerbachu) to zwrócenie się filozofii ku sprawom tego świata, którego problemy chciał rozwiązywać w duchu socjaldemokratycznym. W ostateczności doszedł do swojej bodaj najsławniejszej konkluzji o „wyższości” demokracji nad filozofią, która tak naprawdę ludziom żyjącym w tym „najlepszym” z ustrojów jest po prostu niepotrzebna. Rzecz jasna, postnowoczesny demokrata nie odbezpiecza rewolweru słysząc słowo „prawda”. Jemu wystarczy „odbezpieczyć” pilota do telewizora, przełączając go na kanał z reality show. Niektórzy z apologetów Rorty’ego poszli jednak dalej głosząc, że filozofia jest nie tylko zbędna, ale i niebezpieczna, bo kto mówi o prawdzie ten jest na pewno faszystą i niechybnie będzie zamykał oponentów w obozach koncentracyjnych. Rorty aż takich banialuk nie wypowiadał, ale w pewnym sensie sam sobie jest winien z użytku, który się z niego czyni, skoro jego myśl „zbłądziła pod strzechy”, czemu raczej nie był przeciwny.

Kim zatem jest ten, który udając, że filozofuje, jednocześnie otwarcie gardzi filozofią i za nic ma prawdę? Platon, który też miał wokół siebie pełno takich, ochoczo gęgających na demokratycznej agorze „filozofów” (nazywających siebie „sofistami”), określił ich mianem „filodoksów”. Filodoksa od filozofa różni to, że nie jest on „miłośnikiem prawdy”, lecz „miłośnikiem mniemań” (doxai). Filodoks nie kontempluje Absolutu, bo ten go w ogóle nie interesuje; on kontempluje własne lub cudze poglądy, swoje widzimisię, „dyskursy” właśnie, w których ostatnią rzeczą, jaka podlegać by mogła namysłowi jest problem ich prawdziwości. Odpowiedź nasza brzmi zatem: Rorty nie był filozofem, lecz filodoksem. Przypadek skądinąd nagminny w naszych czasach, a pomieszanie pojęć pospolite. To o takich jak on Voegelin pisał już przed laty: „Mamy w języku angielskim filozofów, ale nie mamy filodoksów. Stwarza to tym większe trudności, ze w rzeczywistości mamy mnóstwo filodoksów, tyle tylko, że na skutek zagubienia ich Platońskiego znaczenia, nazywamy ich filozofami. (…) Mówiąc dziś o filozofach myślimy o filodoksach”. Jeżeli nadto weźmiemy pod uwagę upodobanie Rorty’ego do szukania inspiracji w wyobraźni, której właściwym polem jest oczywiście literatura i sztuka, to trafne będzie także obdarzenie go mianem filomythosa, czyli tego, który – zdaniem z kolei Arystotelesa – nie myśli, lecz hołduje mitom.

Skoro filodoksów jest dziś cała chmara, to należy zadać pytanie dlaczego akurat Rorty zdobył sobie taką popularność, wykraczającą poza kręgi akademickie? Odpowiedź nie jest trudna. Przedzieranie się przez napisane ciężkim, „ołowianym” stylem opasłe „Kritik” nudziarza Habermasa czy zdzieranie „zasłon niewiedzy” (po to, aby i tak zobaczyć za nimi pustkę) z pompatycznego Rawlsa to zajęcie katorżnicze. Rorty natomiast to współczesny Gorgiasz, dający gawiedzi przyjemne, efektowne i łatwe do zapamiętania błyskotki werbalne, które wypaplać na zawołanie może nawet niezbyt mądra koleżanka „liberalnej ironistki” z Parady Równości. Jest w tym nawet coś więcej: Rorty, proklamując wyższość demokracji nad filozofią, dostarczył socliberalnej demokracji czegoś w rodzaju „teologii politycznej”, najbardziej odpowiedniej do jej aktualnego, hedonistyczno-dekadenckiego stadium. Jest to oczywiście „teologia” osobliwa, polegająca na tym, że frywolny sceptycyzm został w niej podniesiony do rangi powszechnego „wyznania wiary”, ale właśnie przez tę swoją frywolność, luzacką „lekkość bytu”, lepiej dziś jest przyjmowany niż anachroniczna już, russowsko-jakobińska „religia obywatelska” (której też przestarzałym epigonem jest Habermas), bo w „postnowoczesności” razi jej staromodny patos. Skądinąd, to jeszcze jeden powód, dla którego Rorty’ego nie powinno się nazywać filozofem: prawdziwy filozof jest myślicielem nieustraszonym w poszukiwaniu i głoszeniu prawdy, to zaś prowadzi go nieuchronnie do konfliktu ze społeczeństwem. Filozof, jak Sokrates, jest gzem siadającym tłumowi na karku i kąsającym go bezlitośnie, więc tłum w końcu zabija filozofa, albo przynajmniej żyje on zawsze w cieniu zagrożenia. Rorty przeciwnie: szeptał tłumowi same czułe słówka i z góry rozgrzeszał każdą głupotę, jaka komukolwiek przyjdzie do głowy, a jego rozanielona taką otwartością, demokratyczna publiczność biła mu brawa wołając: „jak ślicznie, lekko tańczysz Pan!”.

Apologeci Rorty’ego lubią podnosić zasługi uprawianego przez niego stylu myślenia dla łagodzenia obyczajów w pełnym napięć i konkurencyjnych „prawd” świecie współczesnym. Dopóki filozoficzne (i religijne) spory o prawdę – powiadają oni – wyznaczały rytm życia społecznego i polityki, lała się krew w wojnach religijnych czy ideologicznych. Kiedy demokracja odsyła filozofów do zamkniętych seminariów uniwersyteckich, a wszelkim sporom metafizycznym, epistemologicznym, etycznym i aksjologicznym odbiera jakiekolwiek znaczenie dla życia społecznego i debaty publicznej, życie staje się podobno znośniejsze i, mówiąc potocznie, bardziej „ludzkie”. Rozumowanie to jednak nie dostrzega, albo świadomie pomija, co najmniej trzy istotne okoliczności.

Po pierwsze, społeczny dramatyzm konfliktów o prawdę nie jest immanentnie wpisany w naszą kulturę, ale pojawił się w określonym czasie i wskutek buntu przeciwko prawdzie mającej kiedyś status „ortodoksji publicznej”. To najpierw filozoficzni (awerroiści i nominaliści), potem religijni (protestantyzm), wreszcie ideologiczni (w różnych odcieniach) herezjarchowie, ci, którzy swoje doxai, swoje osobiste poglądy, postawili ponad prawdę, zamienili naszą cywilizację w nieustające pole bitwy. Po drugie, wygnanie prawdy z przestrzeni publicznej nie owocuje wcale aksjologiczną „neutralnością”, ponieważ taką możliwość wyklucza natura życia politycznego, prawa, ustawodawstwa. Polityka jest bowiem sferą rozstrzygnięć, które w ten lub inny sposób, niemniej zawsze muszą zapaść. Jeżeli kryterium rozstrzygania sporów nie będzie prawda, to będzie nią mniemanie najsilniejszej „partii”. Gdy, na przykład, podstawą decyzji ustawodawcy w sprawie życia poczętego nie będzie ustalenie prawdy czy płód w łonie matki jest lub nie jest człowiekiem, to o tej decyzji i tak rozstrzygnie jakiś pogląd na tę kwestię, choćby prezentował się on jako wolny od etycznych i aksjologicznych ustaleń. Po trzecie wreszcie, sztuczna „neutralizacja” prawdy nigdy nie zatrzymuje się na wąsko pojętej sferze publicznej, lecz rozprzestrzenia się jak złośliwy rak na całość kultury, atakując ze szczególną zawziętością tam, gdzie prawda z natury rzeczy jest i musi być broniona. Skrzecząca rzeczywistość zadała całkowity kłam pozornie rozsądnemu kompromisowi, mającemu polegać na tym, że „uwolniona od wartości”, demokratyczna polityka zapewnia ludziom życie dostatnie i przyjemne, a filozofowie mogą poszukiwać prawdy w starannie odizolowanych od życia murach uniwersytetu. Akurat! To dokładnie ten rodzaj „prawdy”, który w „filozofii po góralsku” nazywa się „g…o prawda”. Na uniwersytetach całego świata niezliczone tabuny „rortyciątek” śmieją się w kułak z prawdy i z pogardą dla rozumu „dyszkursują” w coraz dziwaczniejszym wolapiku, złożonym z takich perełek, jak „płeć kulturowa” czy „przestrzeń heteronormatywna”. U nas w Polsce, jeden taki filomythos wymyślił nawet „filozofię integralnej ekskrementalności” (nawołując przy tym do tzw. ekscesywnej praktyki w przezwyciężaniu tabuizacji rzeczonych wydzielin), co skądinąd wydaje się być trafną nazwą dla całego postmodernizmu.

„Liberalna ironistka” nie może albowiem ścierpieć żadnej konkurencyjnej wobec relatywizmu „tożsamości” ani na uniwersytecie czy w szkole, ani również w Kościele. Tu akurat sam Rorty dostarczył koronnego dowodu, kiedy po wyborze kardynała Ratzingera na papieża uznał za stosowne pryncypialnie pouczyć widzialną Głowę Kościoła (do którego zresztą, o ile mi wiadomo, nigdy nie należał): „Nowo wybrany papież – powiedział wówczas – powinien zamienić dyskusję o cudach i dogmatach na dyskusję o nierównościach i na większą społeczną aktywność Kościoła. Niestety nie sądzę, by kardynał Ratzinger był w stanie podołać temu zadaniu. Obawiam się, że nawet nie będzie próbował. Nie dojrzał bowiem do dialogu z ideami współczesnego świata”. Nawiasem mówiąc w tej tyleż aroganckiej, co kompletnie ślepej na istotę Kościoła, wypowiedzi Rorty’ego jest mała szczypta prawdy, acz wypowiedzianej z pewnością bezwiednie: że o „cudach i dogmatach” w ogóle nie należy „dyskutować”, bo dyskusja, zwłaszcza ignorantów, tylko niszczy tajemnicę.

Tak liczni dziś miłośnicy Rorty’ego z pewnością w jednym mają rację: był on niewątpliwie bardzo reprezentatywną figurą naszych czasów. W każdej epoce kryzysu pojawiają się tacy filodoksi i uwodzą swoją retoryką kandydatów na „wykształciuchów”. Rozkładająca się ateńska polis miała sofistów; „jesień średniowiecza” – Wilhelma Ockhama i Marsyliusza z Padwy; „absolutyzm oświecony” – les philosophes z Encyklopedii. Rorty’ego można by nazwać prorokiem Ciemnych Wieków Demokracji w stadium agonalnym. Zapewne tak będzie się go pamiętać, jeśli kiedyś prawda odzyska swoje „królewskie” prerogatywy. Dlatego warto jego nazwisko zapamiętać – ku przestrodze. Lecz studiować i wsłuchiwać się należy w to, co mówią do nas prawdziwi filozofowie, których, na szczęście, nawet w ostatnich czasach nie brakowało i nie brakuje, jak Voegelin, Strauss, MacIntyre, Wilhelmsen, Thibon, Madiran, Polin, Tejada, Gambra, d’Ors, Del Noce, Krąpiec czy Gogacz.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.