Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Sprawa Tadeusza Kobylańskiego

Sprawa Tadeusza Kobylańskiego

Adam Danek

Publicyści sympatyzujący ze spuścizną endecji są wybitnie monotematyczni. Większość z nich żadnemu tematowi nie poświęca tyle – godnego lepszej sprawy – wysiłku, co monotonnym próbom dyskredytacji piłsudczykowskiej tradycji politycznej za pomocą własnej pisaniny. Do głównych motywów tej ostatniej należy powtarzanie, iż sanacja „spowodowała” (warto zwrócić uwagę na manipulację semantyczną: „spowodowała” zamiast np. „nie zapobiegła”, co ma sugerować działanie intencjonalne) klęskę Polski w wojnie obronnej 1939 roku. Tak postawiona teza zasadnicza dzieli się na wiele tez szczegółowych. Jedna z nich głosi, że przed wybuchem II wojny światowej w bezpośredni otoczeniu najwyższych polskich władz państwowych działał wysoko postawiony sowiecki agent. Agentem tym miał być rzekomo ppłk Tadeusz Kobylański (1895-1967).

Kobylański w latach 1925-1928 służył na placówce w Moskwie, dochodząc tam do rangi polskiego attaché wojskowego. Przez dalszych kilka lat kontynuował służbę w Oddziale II Sztabu Głównego Wojska Polskiego – wojskowych służbach specjalnych Polski niepodległej. W 1935 r. został wicedyrektorem Departamentu Politycznego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Jednocześnie objął stanowisko naczelnika Wydziału Wschodniego MSZ, zastępując na nim jednego z najwybitniejszych oficerów polskiego wywiadu, płk. Tadeusza Schaetzla (1891-1971). Obie funkcje pełnił aż do wybuchu wojny. Obok szefa Wydziału Personalnego MSZ, kpt. Wiktora Drymmera (1896-1975), uchodził za czołowego reprezentanta „obozu antyczeskiego” w ministerstwie, dążącego do twardej rozprawy ze skonfliktowaną z Polską Czechosłowacją. W 1938 r. nadzorował tajną misję Włodzimierza Bączkowskiego (1905-2000), sowietologa, geopolityka i agenta Oddziału II, wyprawionego do Berlina w celu nawiązania kontaktów z Antikominternem oraz do Lwowa z zadaniem pozyskania do współpracy przeciw Związkowi Sowieckiemu ukraińskich środowisk politycznych, w tym nawet ugrupowań wywrotowych. Jeżeli faktycznie pracował dla sowieckiego wywiadu, to biorąc pod uwagę zajmowane przezeń stanowiska i związany z nimi dostęp do informacji niejawnych, aktywność polskiej dyplomacji i wywiadu na kierunku wschodnim była dla bolszewików w dużym stopniu – o ile nie całkowicie – przezroczysta.

Tezę o agenturalności Kobylańskiego wprowadził w obieg zmarły niedawno prof. Paweł Wieczorkiewicz, który rzucił ją w swoich pracach „Łańcuch śmierci. Czystka w Armii Czerwonej 1937-1939” (2001) i „Historia polityczna Polski 1935-1945” (2005), a ponadto powtórzył przed kamerą w głośnym filmie dokumentalnym Grzegorza Brauna „Defilada”. W jego opinii Kobylański miał pracować dla sowieckiego wywiadu od 1926 r. do co najmniej 1937 r. Co więcej, hakiem użytym przez służbę wywiadowczą ZSRS do zwerbowania tego oficera był jakoby ukrywany (przed żoną) homoseksualizm, połączony ze skłonnością do uprawiania rozpusty.

Prof. Wieczorkiewicz jako jedyne źródło powyższych twierdzeń wskazywał książkę rosyjskich historyków Aleksandra Papczinskiego i Michała Tumszysa p.t. „Szczit raskołotyj mieczom. NKWD protiw WCzK” (2001). Przywołał ją w dwóch marginalnych wzmiankach, w przypisach do właściwego tekstu swych obszernych prac. Nie zrelacjonował tam argumentów, jakimi wspomniani autorzy uzasadniają tezę o agenturalności Kobylańskiego ani nie podał źródeł, na jakie się oni powołują. W jednym ze swoich artykułów prasowych oznajmił tylko zdawkowo, iż wyciągnęli taki wniosek na podstawie badań przeprowadzonych w archiwach sowieckich służb specjalnych. Problem w tym, że tak uzasadnione twierdzenia w żadnym wypadku nie nabierają wiarygodności. Archiwa służb specjalnych ZSRS przechowywane w Rosji po dziś dzień nie zostały bowiem ujawnione. Badacze nie mają do nich swobodnego dostępu; otrzymują wgląd jedynie w materiały wcześniej wyselekcjonowane przez przedstawicieli instytucji sprawujących pieczę nad zasobami archiwalnymi. W dodatku, wydają się nie istnieć żadne rzeczywiście wiążące zasady udostępniania poszczególnych dokumentów, które za każdym razem pozostaje arbitralną decyzją kompetentnych organów państwa. W rezultacie naukowiec po zapoznaniu się z okazanym mu dokumentem może nie móc zweryfikować jego treści przez skonfrontowanie jej z zawartością innych materiałów dotyczących danej kwestii – lub wręcz nie wiedzieć o ich istnieniu. Innymi słowy, nie wiadomo, co naprawdę kryje się w archiwach sowieckich służb specjalnych i czy twierdzenia opierane na przejrzeniu niektórych (nielicznych) przechowywanych tam dokumentów są prawdziwe. Znamienne, iż polskich historyków do tych zasobów archiwalnych nie dopuszcza się w zasadzie wcale. Teza o agenturalności Kobylańskiego jawi się w tym świetle nie tylko jako nieweryfikowalna, ale także jako niewiarygodna. Mianowicie, nie usystematyzowane wypuszczanie określonych zapisów z sowieckich archiwów stanowi narzędzie uprawianej przez Rosję (lub może pewne grupy w jej klasie politycznej) „polityki historycznej”, w której prawda nie służy za miarę. W 2009 r. na przykład (też) rosyjscy historycy, (też) powołując się na badania w archiwach służb specjalnych ZSRS, ogłosili, że płk Józef Beck (1894-1944) jako polski minister spraw zagranicznych pracował dla niemieckiego wywiadu – co akurat z całą pewnością jest konfabulacją, szerzoną również dawniej przez peerelowską propagandę.

Tezy o agenturalności Kobylańskiego nie potwierdza również pośrednio, jak się wydaje, przebieg wydarzeń, na jakie mogłaby wpłynąć jego domniemana działalność szpiegowska. Gdyby Kobylański był sowiecki agentem, musiałoby to zwiększyć skuteczność wywiadu i kontrwywiadu ZSRS na kierunku polskim. Tymczasem polskiemu Oddziałowi II udawało się nieraz je zaskoczyć i wywieść w pole, np. podczas toczonej w drugiej połowie lat dwudziestych i na początku trzydziestych wojnie wywiadowczej na sowieckiej Ukrainie. W 1926 r. polskie służby specjalne zdemaskowały gigantyczną, prowadzoną na skalę ogólnoeuropejską operację sowieckiego wywiadu o kryptonimie „Trust”, do czego notabene przyczynił się osobiście zaangażowany w sprawę Marszałek Józef Piłsudski. 12 maja 1927 r. brytyjska policja rozbiła sowieckie przedstawicielstwo handlowe w Londynie, a po odnalezieniu bezpośrednich dowodów jego działalności szpiegowskiej i dywersyjnej 26 maja 1927 r. Wielka Brytania zerwała stosunki dyplomatyczne z Sowietami. W tym samym okresie Francja wydaliła ambasadora ZSRS, a sowiecki wywiad spotkało jeszcze kilka kompromitacji w Pekinie, Szanghaju i Teheranie. Jego aktywność załamała się na pewien czas. Rewelacje p. prof. Wieczorkiewicza (z całym szacunkiem dla jego, bądź co bądź, imponującego dorobku), który – jak wynika z lektury jego prac – ulegał tendencji do przedstawiania sowieckiego wywiadu jako wszechwładnego, wydają się tedy przynajmniej w części przesadzone.

Autorzy niektórych opracowań przywołują – mający świadczyć przeciw Kobylańskiemu – fakt, iż mjr Tadeusz Szumowski z Oddziału II, zeznając podczas wojny przed utworzoną przez emigracyjny gabinet gen. Władysława Sikorskiego komisją do zbadania przyczyn klęski wrześniowej, opisał Kobylańskiego jako „szkodnika, zarozumialca i głupca”. Opinię tę należy jednak osadzić w kontekście, w jakim się pojawiła. Kiedy Szumowski składał swoje zeznania, polski rząd znajdował się w rękach polityków owładniętych żądzą zemsty na obozie piłsudczykowskim za rozprawienie się z ich partiami politycznymi (a niekiedy także z nimi samymi) po 1926 r. – żądzą, która przesłaniała im wszelkie inne względy, w tym rację stanu, a którą personifikowali w szczególności dwaj ludzie: sam premier Sikorski i, jeszcze bardziej, jego szara eminencja, prof. Stanisław Kot. Cele politycznego zniszczenia obozu piłsudczykowskiego oraz odwetu na poprzedniej ekipie rządowej realizowali od samego początku – od momentu uchwycenia steru władzy, albo raczej postawienia ich przy nim przez Francję, na przełomie września i października 1939 r. Wspomniana komisja, powołana 10 października tegoż roku, nie służyła, rzecz jasna, w tych warunkach obiektywnej analizie powodów klęski w wojnie obronnej. Pracowała według z góry postawionej tezy, a jej rzeczywistymi zadaniami były zbieranie materiałów obciążających funkcjonariuszy sanacyjnej dyktatury oraz identyfikacja osób podejrzanych politycznie w armii i innych instytucjach. Komisję interesowały wyłącznie świadectwa stawiające w negatywnym świetle osoby z kręgu przedwojennego rządu i dowództwa wojsk – a do takich niewątpliwie zaliczał się Kobylański. Piłsudczyków, jak również innych oficerów, którzy odmawiali podpisania lojalki deklarującej odcięcie się od sanacji i potępienie jej przez sygnatariusza, gabinet Sikorskiego zsyłał do specjalnie utworzonych obozów odosobnienia, gdzie więziono ich w towarzystwie przestępców wojskowych, alkoholików, gwałcicieli i homoseksualistów. Mjr Szumowski musiał o tym wiedzieć (bo ekipa Sikorskiego żaden sposób nie taiła swych praktyk, ani przed Polakami, ani przed Francją i Wielką Brytanią)1, gdy stawał przed komisją. Opinia wypowiedziana przezeń o Kobylańskim mogła więc być motywowana nie prawdą, lecz chęcią ratowania głowy czy choćby uniknięcia kłopotów.

Niniejszy szkic nie neguje możliwej obecności sowieckich agentów w sanacyjnej elicie władzy lub w jej otoczeniu. Polska z pewnością nie była mniej narażona (z racji ważnego geostrategicznie położenia może nawet bardziej) niż jakikolwiek inny kraj na efekty dążenia mocarstw do pozyskania agentury w państwach budzących ich zainteresowanie. W okresie międzywojennym polski kontrwywiad wykrył aktywność szpiegowską szeregu osób na rzecz Niemiec bądź ZSRS, a na pewno nie zdołał rozpracować wszystkich umieszczonych w Polsce szpiegów. Sprawność, z jaką Wielkiej Brytanii i Francji udało się odwrócić niemieckie uderzenie ku Polsce, decyzje polskich władz politycznych i wojskowych doskonale odpowiadające intencjom „wielkich demokracji Zachodu” każą się też poważnie zastanowić nad możliwością działania w obozie piłsudczykowskim agentury brytyjskiej i francuskiej. Gdy jednak idzie o konkretny przypadek Tadeusza Kobylańskiego, brakuje podstaw do uznania go za agenta. Jeżeli tak było – a nic na to nie wskazuje – z wygłaszaniem osądu postaci wypada wstrzymać się do chwili, gdy znane staną się tego dowody. Dopóki wszelako dowodów żadnych nie ma, insynuacje o agenturalności ppłk Kobylańskiego trudno traktować inaczej, niż jako pomówienia rzucane na – być może zasłużonego – polskiego oficera, dyplomatę i państwowca.


1  Ówczesny sekretarz generalny ministerstwa spraw zagranicznych Francji skomentował je pogardliwie: „Śmieszny naród… Przyszli tu jak żebracy i od razu zażądali trybunałów karnych i obozów koncentracyjnych”.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.