Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » O suwerenność ducha

O suwerenność ducha

Adam Danek

W dziewiątym numerze magazynu „Młodzież Imperium”, w którym mam przyjemność publikować, w napisanym przez redaktora naczelnego wstępniaku znalazły się następujące słowa: „Niedawno przyszło mi wygłosić swego rodzaju prelekcję, której tematem była idea przewodnia ‘Młodzieży Imperium’. (…) Otóż przed prelekcją zastanawiałem się parę chwil, co jest głównym motywem MI, pewną myślą przewodnią. Zapewne nie jest to żadna z prezentowanych tu ideologii, żadna ‘sama w sobie’, nie jest to bowiem pismo stricte narodowo-radykalne, endeckie, reakcyjne, tercerystyczne, narodowo-bolszewickie, tradycjonalistyczno-integralne. Tą myślą przewodnią nie jest też jakiś określony nurt w sztuce czy gatunek muzyczny. Wszystkie te zjawiska – artystyczne, ‘meta-polityczne’, religijne etc. – tworzą na łamach MI pewien barwny koktajl, zakorzeniony w przeszłości, ale czerpiący z teraźniejszości i nie lękający się tego, co nadchodzi. Ktoś może nazwać to tworzeniem zamętu, ja jednak sądzę, że jest to raczej pozytywny ferment. Nadeszły czasy, w których nawet propagowanie społeczeństwa zamkniętego siłą rzeczy odbywa się w społeczeństwie otwartym, a co więcej – ponieważ wiele starych form obumarło, kto wie – może nieodwracalnie, to trzeba grzebać w tym postmodernistycznym rozgardiaszu i wyławiać wartościowe perły”.

Na początek pochylmy się nad kwestią idei przewodniej bądź jej braku. Bez określonego fundamentu ideowego nie może się obyć żaden, nawet najskromniejszy, ośrodek myśli. „Programowa bezprogramowość” i zabawa intelektualna dla samej zabawy zawsze prowadzi bowiem do bezideowości, a co za tym idzie – do konformizmu: zamienia ośrodek w myślowy śmietnik, w którym z sezonu na sezon zalegają coraz to nowe mody kulturowe. (Dobrego przykładu owego fenomenu dostarcza środowisko międzywojennych „Wiadomości Literackich”, gdzie ukuto slogan „programowej bezprogramowości”.). Z drugiej strony, ośrodek bynajmniej nie musi mieć ujętego w punkty programu ani opublikować manifestu, którego założenia będzie następnie w zamierzony sposób wcielać w życie. „Młodzież Imperium” nie musi posiadać spisanego programu ani manifestu dokładnie tak samo, jak nie miał ich przed wojną znakomity prawicowy tygodnik społeczno-kulturalny „Prosto z Mostu” (założony jako odtrutka na cyniczne i snobistyczne „Wiadomości Literackie”). Poszczególni publikujący w magazynie autorzy nie tylko mogą, ale gwoli ubogacenia jego treści wręcz powinni prezentować wzajemnie zróżnicowane stanowiska. Ja sam uważam się za archaistę i wierzę w słuszność tej postawy, choć nie każę jej podzielać innym. Publicyści „Młodzieży Imperium” mogą się zaliczać do konserwatystów rewolucyjnych bądź zwykłych, tradycjonalistów katolickich bądź integralnych, narodowych radykałów i tak dalej, niemniej nie może wśród nich panować całkowita dowolność – muszą posiadać wspólne podstawy, istniejące przed i ponad różnicami. Powtórzmy, że żaden ośrodek myśli nie będzie funkcjonował bez ideowego fundamentu, na którym stoją wszyscy jego twórcy. W przypadku środowiska „Prosto z Mostu” fundamentem był narodowo-katolicki ideał kulturowy, w przypadku „Młodzieży Imperium” jest nim – jak sądzę – powrót do zdradzonej europejskiej Tradycji oraz wypływająca z niego zimna wrogość i pogarda dla świata wyrosłego z buntu przeciw tejże Tradycji. Pod takim sztandarem archaista i, na przykład, narodowy rewolucjonista stają ramię w ramię.

Co powiedziawszy, przejdźmy do meritum. Pozytywne odniesienia do postmodernizmu, regularnie pojawiające się na łamach „Młodzieży Imperium”, napawają mnie niepokojem. Ponowoczesną pustynię normatywną opisuje się w tym magazynie jeśli nie z entuzjazmem, to w każdym razie z pełną akceptacją, tłumacząc, iż współczesna rzeczywistość społeczna ma charakter postmodernistyczny, czy to się komuś podoba, czy nie. To ostatnie twierdzenie bynajmniej nie odpowiada prawdzie. Jeśli ktoś uległ postmodernizmowi, to nie dlatego, że wszyscy musimy mu ulec, lecz dlatego, że dał się omamić postmodernistom (notabene – bez wyjątku lewakom). Postmodernizm nie może być przecież uznany za obiektywną kondycję człowieka, skoro sam głosi, iż nie ma żadnej obiektywnej kondycji człowieka. Dla postmodernisty wszelkie idee są de facto pozbawione sensu i wartości, subiektywne i przypadkowe, a jakakolwiek rzeczywistość to stronniczy ludzki wymysł. Dlatego idee interesują postmodernistów wyłącznie jako pretekst do intelektualnego skakania z kwiatka na kwiatek, jako przedmiot niezobowiązującej pogawędki (w ich żargonie – narracji) lub zabawy podejmowanej z nudów: klecenia z zebranych na chybił-trafił elementów (pseudo)kulturowych bricolage’ów, collage’ów, koktajli, patchworków i jak je tam jeszcze nazywają w swoim slangu. Dzielenie idei na prawdziwe i fałszywe, dobre i złe, mądre i głupie w oczach postmodernisty oznacza faszyzm, wykluczanie, poniżanie, dyskryminację, stygmatyzację etc.; dalszy ciąg wyliczanki proszę sobie przepisać z „Gazety Wyborczej”. Jak zawyrokował jeden z postmodernistycznych guru Zygmunt Bauman (dawny marksista-stalinista i ubek – sic!), kto twierdzi, że istnieje obiektywna prawda, ten wzywa do budowy obozów koncentracyjnych. Postmodernizm lub Prawda – coś trzeba odrzucić. Postmodernizm pozostaje więc dla nas niemożliwy do zaakceptowania przede wszystkim z przyczyn filozoficznych i etycznych, ale powinien budzić w nas wstręt nawet z czysto zewnętrznego, estetycznego punktu widzenia – ponieważ jako skrajny relatywizm wtrąca ducha w stan najbardziej żałosnej, wyfiokowanej i szczycącej się sobą słabości. A zresztą, po co w ogóle tracić czas na polemikę z poglądem, który sam się obala? Żeby, wzorem lewicowego filozofa Isaiaha Berlina, na poważnie ogłaszać, iż brak obiektywnej prawdy jest obiektywną prawdą, trzeba być – nie bójmy się tego słowa – zwykłym cymbałem.

Pewne nieporozumienia wywołuje fakt, że krytyka, jakiej postmodernizm poddał modernizm łudząco pokrywa się z krytyką, jaką przeciw modernizmowi wysunął konserwatyzm. Jeden i drugi ukazywały zgubne konsekwencje modernistycznego ubóstwienia indywidualnego rozumu, kultu nauk ścisłych, obsesyjnego dążenia do „racjonalizacji” i „optymalizacji” życia, ideologii postępu etc. Ale podobieństwa kończą się na kierunkach krytyki, a oba nurty wyprowadzają z niej przeciwstawne wnioski. Jesteśmy wrogami modernizmu i stoimy na pozycjach nie postmodernistycznych, lecz antymodernistycznych lub premodernistycznych: odrzucamy patologie nowoczesności w imię tego, co przednowoczesne, a nie ponowoczesne. Postulujemy nie zaoranie pola po modernizmie i życie na pustyni pełnej pozostawionych przez nowoczesność śmieci – jak czyni postmodernizm – ale powrót do przednowoczesnego świata duchowego: do ortodoksji religijnej oraz klasycznej filozofii i teologii politycznej. Człowiek nowoczesny natychmiast zacznie zrzędzić, iż żaden powrót nie jest możliwy, bo nie da się cofnąć czasu do stanu sprzed roku 1789/1830/1848/1918 (niepotrzebne skreślić). Ale człowiek nowoczesny wierzy w postęp, który stale popycha dzieje do przodu – a wiara ta została po wielekroć obalona i zdemaskowana jako ideologiczne kłamstwo. Jeśli nie da się wrócić do przeszłości, ponieważ uniemożliwia to dokonany postęp, niby dlaczego rodzaj ludzki powtarza wciąż te same błędy?

A wracając do postmodernizmu, ma on rację w jednej kwestii: nie powstanie więcej żadna nowa idea, bo w tej dziedzinie ludzie wymyślili już wszystko, co się dało. (Najlepszy na to dowód stanowi sam postmodernizm, będący „galwanizowanym trupem” antycznego greckiego sceptycyzmu i sofisterii, te zaś skopał jeszcze Sokrates, a rozbił w pył Platon). Modernistę to twierdzenie wprawia we wściekłość, bo po pierwsze przeczy ideologii postępu, a po drugie podważa jego przekonanie o własnej wielkiej oryginalności – ale nas jedynie utwierdza w naszych przekonaniach. My nigdy nie sililiśmy się na oryginalność i kreowanie nowego, lepszego świata (jak czyni modernizm); nowość jako taka nie jest dla nas żadną wartością – zamiast wymyślać koncepty głupie, ale za to oryginalne i własne, wolimy być wtórni i powtarzać po mądrzejszych od nas samych poprzednikach. Tym właśnie jest Tradycja – przekazem powtarzanym następcom przez kolejne pokolenia. Chcemy powrócić do świętych ksiąg, odkopać i znów postawić na cokołach posągi herosów naszej kultury, odzyskać dziedzictwo minionych wieków – nasze dziedzictwo. Pragniemy, by Europa dokonała tego, co filozofia platońska nazywa anamneząodpomnieniem.

Z powyższych względów nie możemy poruszać się w prawo, w lewo, do tyłu czy do przodu wewnątrz postmodernistycznego świata – równałoby się to próbom pływania w szlamie popłuczyn po wszystkich po kolei rewolucjach przeciw Starej Europie. Nie możemy szukać pozytywnych bodźców w postmodernizmie – oznaczałoby to upajanie się odorem, jaki wydziela truchło europejskiej cywilizacji w ostatnim stadium procesów gnilnych. Musimy z ponowoczesnej nierzeczywistości wyjść, wznieść się ponad nią. Ponad, czyli po grecku meta-. Zgłębiamy to, co istnieje ponad zjawiskami świata natury (metafizyka) i ponad zjawiskami świata polityki (metapolityka). Taki styl myślenia jest jednoznacznie anty-postmodernistyczny.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.