Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Jacek Kwosek: O szczęściu doczesnym i wiecznym. Uwagi do tekstu Adama Witczaka

O szczęściu doczesnym i wiecznym. Uwagi do tekstu Adama Witczaka

Jacek Kwosek

Chciałbym odnieść się do tekstu Adama Tomasza Witczaka pt. Bestia tkwi w człowieku. Nie zamierzam zajmować się zagadnieniem, jak interpretować myśl Józefa de Maistre’a, ale chciałbym zgłosić zastrzeżenia do pewnych morałów ogólniejszej natury, jakie autor wygłasza.

O ile dobrze rozumiem, twierdzi on, że konserwatyści, chcąc zrefutować postulaty zwolenników oświecenia, wskazują, że ich realizacja rodzi skutki, których samo oświecenie chce właśnie uniknąć. Projekty przebudowy społeczeństwa zgodnie z zasadami rozumu i natury – tak jak je pisarze oświecenia pojmują – nie prowadzą bynajmniej do szczęścia ludzkości i pomyślności powszechnej, lecz przeciwnie, do nieszczęścia i zbrodni. Emancypacja człowieka resp. różnych grup dotąd uciskanych nie prowadzi zgoła do zwiększenia wolności, lecz do jej zmniejszenia i powstania nowych form opresji. Społeczeństwa tradycyjne, ukształtowane w procesie historycznego rozwoju i stanowiące inkarnację prawowitego ładu, lepiej per saldo przyczyniają się do szczęścia i wolności człowieka. Jednak u podstaw takiej argumentacji zdaje się tkwić założenie, że cele, jakie należy osiągnąć, są zasadniczo doczesne – szczęście, wolność, dobrobyt etc. – a tradycyjne wartości czy też wzorce życia po prostu lepiej im służą. W tym duchu np. papież Benedykt XVI1 – wówczas jeszcze kardynał Ratzinger – argumentował swego czasu, że demokracja i związane z nią wartości mogą się ostać tylko, o ile ostanie się chrześcijaństwo (Prawda, wartości i władza. Kiedy społeczeństwo można uznać za pluralistyczne). Nota bene, nic dziwnego, jako że dziś konserwatysta to często dawny oświeceniowiec zatrwożony postępami postępu. Ale podobnie argumentuje również Jan Donoso Cortés: tylko katolicyzm jest gwarantem stabilności społeczeństwa i wolności człowieka; liberalizm i socjalizm są zniekształceniami chrześcijańskiej doktryny, nadto zakładają fałszywą antropologię i dlatego prowadzą tylko do chaosu i zbrodni. Nie należy się łudzić, że można kształtować porządek społeczno-polityczny w oderwaniu od porządku boskiego (Esej o katolicyzmie, liberalizmie i socjalizmie – nie trzeba chyba dodawać, że ta krótka uwaga nie oddaje całego bogactwa myśli markiza de Valdegamas). Adam Witczak natomiast powiada, że przeciwnie, trzeba odrzucić założenie, że należy dążyć do pomyślności powszechnej, a więc do ukontentowania niższych warstw naszej natury. Oświecenie jest złe nie dlatego, że nie prowadzi do większego szczęścia, bo właśnie, jak się okazuje, może prowadzić – tu przywołuje takich autorów jak Stefan Pinker – ale dlatego, że zamyka człowieka na wyższe wymiary rzeczywistości, na które otwarte były przednowożytne społeczności.

Otóż ja widzę sprawę nieco inaczej, odnoszę bowiem wrażenie, że Witczak zupełnie niepotrzebnie stwarza opozycję między szczęściem doczesnym a otwarciem na wyższe wymiary rzeczywistości. Owszem, między jednym i drugim mogą powstawać napięcia – skąd inaczej fuga saeculi? – ale to nie znaczy, że cele te są całkowicie przeciwstawne. Przede wszystkim nie wydaje mi się, by w społecznościach przednowożytnych uważano, jakoby nie należało dążyć do szczęścia (doczesnego). Przywołajmy choćby arystotelesowską teorię eudajmonii, zgodnie z którą warunkiem koniecznym szczęścia pojętego jako jakość całego życia jest praktykowanie cnót. Scholastycy twierdzili nawet, że każdy z natury dąży do szczęścia. Zgoda, że to szczęście było zwykle udziałem nielicznych – tych, którzy dysponowali stosownymi dobrami materialnymi. Ale już etyka stoicka uniezależnia szczęście od pomyślności. Powiedziałbym natomiast, że w epoce nowożytnej pojawiły się prądy myślowe, które w pewien sposób zniekształciły rozumienie szczęścia.

Pozwolę sobie w kilku punktach wskazać, na czym polegało to zniekształcenie – rzecz jasna, w bardzo uproszczony sposób. Po pierwsze: w nowożytności pojawia się idea regnum hominis. Franciszek Bacon (w Novum Organum) postuluje nowy sposób badania przyrody, który pozwoliłby na manipulowanie rzeczami (idea opanowania przyrody; ta sama myśl pojawia się też u Kartezjusza w Rozprawie o metodzie). Taka wiedza zwiększa naszą potęgę, dzięki czemu żyje się nam lepiej. Realizacją takiego rodzaju wiedzy są nauki przyrodnicze i związana z nimi technologia – tu warto dodać na marginesie, że Bacon najprawdopodobniej scharakteryzował metodę naukową źle. Z ideą opanowania przyrody wiąże się następnie, choć już nie u samego Bacona, idea opanowania społeczeństwa, czyli uzyskania takiej wiedzy o nas samych, która pozwoliłaby zoptymalizować porządek społeczny. Sądzę, że w tak pojętej idei regnum hominis nie ma zasadniczo nic złego, choć tylko w części dotyczącej opanowania przyrody. Trzeba jedynie pamiętać, że postęp technologiczny wiąże się też z rozmaitymi zagrożeniami: wskutek usunięcia jednych problemów często powstają inne. Znanym przykładem jest choćby dewastacja środowiska naturalnego. Całkiem inna sprawa jest z opanowaniem społeczeństwa – najkrócej mówiąc: projekty społecznej przemiany nie uwzględniają ani złożoności struktur społecznych, ani przewrotności woli.

Ale u Bacona pojawia się niepokojąca sugestia, że opanowanie przyrody oznacza powrót do stanu rajskiego. Może to być tylko emfatyczne nawiązanie do biblijnego: „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!” (Rdz 1,26). Ale możliwe, że Franciszek Bacon uważał – a jeśli nie on, to ci, którzy do niego nawiązywali – że przez rozwój techniki i związany z nią wzrost potęgi człowiek może uwolnić się od wszelkich ograniczeń swojej kondycji, co oznaczałoby, że jest mu źle nie dlatego, że tkwi w grzechu, albo w kręgu sansary, albo w niewiedzy, albo nie uwolnił się od pragnień, ale dlatego, że trapią go choroby, głód i niemożność lotów na Księżyc, a następnie niesprawiedliwość, ucisk i brak swobód obywatelskich. Ale jeśli tak, to zbawienie oferowane przez religie przestaje być potrzebne. Idea regnum hominis przekształca się w ideę świeckiego zbawienia. I taka właśnie idea wydaje mi się – w czym bynajmniej nie jestem oryginalny – szkodliwa i niebezpieczna. Nawet nie dlatego, że jest ona konkurencją dla religii, ale dlatego, że zakłada błędną antropologię, a mianowicie, że zło jest w człowieku czymś przygodnym, a więc czymś w zasadzie możliwym do usunięcia. Ten właśnie błąd zarzucał przywoływany już Donoso Cortés tak liberałom, jak socjalistom. Ale również Stanisław Lem, od religii wszak jak najdalszy, w swoich dziełach niestrudzenie daje odpór takim mrzonkom. W opowiadaniu Kobyszczę (Cyberiada) Trurl postanawia zbudować najpierw szczęśliwą istotę rozumną, a następnie szczęśliwe społeczeństwo, lecz choć dysponuje nieograniczonymi możliwościami technicznymi, nie udaje mu się, ani jedno, ani drugie. Problem nie polega na braku wiedzy i niedostatkach mocy, lecz tkwi w samej naturze istoty rozumnej, a nawet naturze wszechświata (por. Wizja lokalna).

Po drugie: w starożytności i średniowieczu zakładano, że istnieje pewien wzorzec człowieczeństwa, tkwiący, czy to w naszej naturze, czy w umyśle Bożym, który należało zrealizować, o ile chcemy prowadzić dobre życie lub osiągnąć zjednoczenie z Bogiem. Adam Witczak zresztą o tym pisze. Teleologiczne ujęcie natury wymaga rozróżnienia między tym, jaki człowiek aktualnie jest, a tym, jaki mógłby się stać, gdyby zrealizował w pełni swoją istotę. Zatem kryterium tego, co zgodne z naturą, nie mogą być aktualnie żywione pragnienia, lecz pragnienia i potrzeby odpowiednio zhierarchizowane i uporządkowane. Natomiast w nowożytności pojawia się myśl, że każdy przez ekspresję może ustanowić własny wzorzec życia, a praźródłem tego sposobu myślenia wydaje się zarzucenie teleologicznego ujmowania natury ludzkiej, jakie dokonało się w późnych wiekach średnich. Życie w zgodzie z naturą – „bycie sobą” – polega teraz na realizacji swoich pragnień, a cała sztuka w tym, by z jednej strony nikogo nie skrzywdzić przez swój sposób życia, a z drugiej strony, by społeczeństwo tak urządzić, by ludzie mogli realizować jak najrozmaitsze sposoby życia, jak najmniej wchodząc sobie w paradę. Można powiedzieć, że odkąd człowiek utracił wiedzę o swoim celu, jego godności zaczęto upatrywać w tym, że może stać się czymkolwiek. Popularne frazesy, że każdy ma prawo żyć, jak chce, albo być, kim chce, są właśnie zwulgaryzowanym refleksem tej myśli. Są one zwodniczo oczywiste, bo z tego, że każdemu wolno wybrać zawód, mieć własne hobby, decydować o tym, czy żyje się w małżeństwie, czy w stanie wolnym etc., nie wynika bynajmniej, że każdy sposób życia jest dobry i że wybierając już jakiś sposób życia, mamy nieograniczoną swobodę w sposobach jego realizacji. Po prostu człowiek nie wymyślił sam siebie, niezależnie od tego, czy Bóg go stworzył, czy ewolucja zmontowała z tego, co było pod ręką. Dzisiejsze szaleństwa, takie jak redefiniowanie małżeństwa, by mogły je zawierać także pary jednopłciowe, lub twierdzenia, że tożsamość płciowa może / powinna być przedmiotem wyboru i tym podobne, to kolejna odsłona nowożytnego buntu przeciw wszelkim ograniczeniom niemającym źródła w samoograniczającej się woli jednostek. Ale zobaczmy, co się dzieje: z jednej strony jednostka ma być w największym stopniu wolna od zewnętrznych ograniczeń, w tym również ograniczeń obyczaju, a nawet biologii. Z drugiej strony, żeby tak się stało, należy zmienić obyczaj, inaczej wyobrażenia o tym, co wypada, a co nie, będą źródłem opresji dla tych, którzy nie potrafią lub nie chcą się im podporządkować. A zatem, by jednostki mogły żyć, jak chcą, trzeba je najpierw w odpowiedni sposób ukształtować – przez prawo, edukację, kulturę popularną etc. Czyń, co ci się podoba, ale najpierw urobimy cię, jak nam się podoba! Okazuje się, że człowiek wciąż musi być zakuty w dyby – nawet jeśli będą to dyby pluszowe.

Po trzecie: są dwie uzupełniające się strategie radzenia sobie z niepewnością losu. Pierwsza polega na podejmowaniu działań zwiększających kontrolę nad zewnętrznymi warunkami naszego bytowania, w tym przekształcanie środowiska życiowego. Druga polega na kształtowaniu w sobie wewnętrznej niewrażliwości na perturbacje losowe – znów przywołajmy stoicyzm. Z tego punktu widzenia kultury przednowożytne kładły nacisk na tę właśnie strategię. Dzisiejsze sukcesy w realizacji pierwszej strategii wytwarzają natomiast złudzenie, że druga stała się zbędna. C.S. Lewis w Końcu człowieczeństwa zauważa, że różnica między dawną mądrością a magią i nowożytną nauką polega na tym, że pierwsza próbuje dostosować duszę do rzeczywistości przez poznanie, samodyscyplinę i cnotę, natomiast magia i nauka stosowana chcą podporządkować rzeczywistość życzeniom człowieka przez odpowiednią technikę. Z diagnozą tą współbrzmi uwaga Oswalda Spenglera, że stoik chce się dopasować do rzeczywistości, natomiast socjalista próbuje wywrzeć na niej swe piętno. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to złudzenie, już choćby dlatego, że jednym z warunków szczęścia są więzi z innymi ludźmi, a te wymagają określonych cnót.

Powiedziałbym więc, że opozycja między szczęściem doczesnym a otwarciem na wyższe wymiary rzeczywistości pojawia się wówczas, gdy zniekształcimy rozumienie szczęścia doczesnego, utożsamiając je z pełnym zaspokojeniem pragnień i brakiem zagrożeń. Zniekształceniu takiemu sprzyja, rzec jasna, dobrobyt, ale jego źródła tkwią w błędnych ideach. Niektóre z nich próbowałem tu opisać.

Ale na tekst Witczaka można spojrzeć także z innej strony – jako na pewien eksperyment myślowy. Przypuśćmy, że regnum hominis da się zrealizować tak znakomicie, że przestaną nam doskwierać ograniczenia naszej kondycji i większość ludzi zapomni o swoim prawdziwym nieszczęściu – tym, którego źródłem są grzech, niewiedza, posiadanie pragnień i tym podobne. Nie przypomną mu o nim trudy życia, bo zostały usunięte. Być może nawet sama śmierć zostanie usunięta. Co wtedy? Nie pozostaje wówczas nic innego, jak wykazywać, że otwarcie na wyższe wymiary rzeczywistości (by jeszcze raz posłużyć się tym wyrażeniem) ma wartość samoistną, niezwiązaną z jakimikolwiek doczesnymi korzyściami, czy to będzie stabilność systemu społeczno-politycznego, czy szczęście osobiste. Tylko że taka strategia zakłada, że przynajmniej niektórym ludziom coś, mimo wszystko, będzie doskwierać w krainie obfitości, a zatem, że człowiek istotnie ma potrzeby duchowe, których mnogość dóbr nie zaspokoi, choć może je tłumić. Bo jeśli nie, to żadne tłumaczenia, że asceza i cnoty mają znaczenie, bo są warunkiem ocalenia duszy, nie odniosą skutku. Co więcej, jaka wtedy gwarancja, że np. dążenie do osiągnięcia jedności z Bogiem nie jest tylko szczęściem zastępczym i w ostatecznym rozrachunku iluzorycznym? A w najlepszym wypadku jednym ze sposobów życia, czymś w rodzaju mody na styl retro? Krótko mówiąc, gdyby przyszły sukces regnum hominis byłby tak zupełny, jak zdaje się dopuszczać Witczak, to nie tylko nie ma możliwości przekonania ludzi, że ich szczęście jest pozorne, ale wydaje się, że sam pogląd, że człowiek potrzebuje zbawienia, a nie tylko życia w dobrostanie, stanąłby pod znakiem zapytania.


1 Z sedewakantystycznego punktu widzenia należy zaznaczyć: słów papież i kardynał, w odniesieniu do x. Józefa Ratzingera, Autor używa na własną odpowiedzialność – przypis redaktora naczelnego Portalu Legitymistycznego.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.