Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Na marginesie sztokholmskiego ślubu

Na marginesie sztokholmskiego ślubu

Jacek Bartyzel

Stało się już niepisaną regułą, iż temat monarchii dociera – za pośrednictwem mediów – do „szerokich kół” głównie przy okazji kolejnego ślubu w którymś z Domów panujących. Najlepiej, jeśli da się to wpisać w scenariusz kariery „Kopciuszka”, dokładnie tak, jak to dzieje się teraz w Szwecji, gdzie następczyni tronu, Wiktoria Bernardotte, księżna Västergötland, poślubiła swojego byłego trenera fitness. W tym wypadku zresztą „Kopciuszek” jest rodzaju męskiego, choć akurat nie byłoby tego zbiegu okoliczności, gdyby uprzednio szwedzki parlament nie zmienił w najbezczelniejszy sposób – retroaktywnie – zasad prawa sukcesyjnego, pozbawiając następstwa tronu księcia Karola Filipa i wprowadzając zasadę dziedziczenia w kolejności urodzenia bez względu na płeć.

Współczesna szwedzka „monarchia” (cudzysłów jest tu niezbędny) nawet na tle innych „ukoronowanych demokracji” to wyjątkowo żałosne widowisko, nie tylko z powodu braku jakichkolwiek realnych kompetencji nominalnego władcy, ale również ogromu zgnilizny przenikającej prawdziwie totalitarny model „szwecjalizmu”. Niezłym probierzem tej zgnilizny jest szeroko komentowany fakt, iż to właśnie zwierzchnicy państwowego „Kościoła” luterańskiego zgłaszali sprzeciw wobec „patriarchalnego” obyczaju, aby ojciec panny młodej prowadził ją do ołtarza.

Z feministycznymi kretynizmami nie uchodzi nawet dyskutować, przyjrzyjmy się przeto jedynie równie dyskutowanej kwestii mezaliansu. To fakt, że najczęściej monarchowie i monarchini zawierają małżeństwa z równymi sobie stanem, i jest to rzecz zupełnie naturalna, za którą przemawia wiele racji. Z drugiej strony, częste małżeństwa w dość wąskim kręgu osób, blisko ze sobą spokrewnionych, mają swoje ujemne strony, przede wszystkim niepokojącą nadreprezentację rozmaitych chorób fizycznych i psychicznych. Sama natura zatem podpowiada, że „krew królewską” warto od czasu do czasu „odświeżyć”.

Nie należy też popadać w przesadę, jeśli chodzi o samą zasadę równości stanu. To prawda, że w naszych czasach poziom plebeizacji Domów monarszych (tak panujących faktycznie, jak posiadających jedynie prawa do tronów lub do tego pretendujących), wskutek zawierania małżeństw „za porywem serca”, może wydawać się niepokojąco wysoki. Jest to jednak tylko wycinek znacznie szerszego zjawiska ogólnej plebeizacji kultury współczesnej i zaniku zdolności do postrzegania rzeczywistości w kategoriach wertykalnych. Jednakowoż bardziej chyba jeszcze powinien niepokoić fakt szerzenia się w tych Domach plagi rozwodów, a w konsekwencji konkubinatów, co znacznie boleśniej unaocznia adaptowanie się ich członków do hedonistycznej i „tolerancjonistycznej” kultury ery demokracji. A także zanikanie tych cnót, których wręcz maksymalizacji słusznie możemy domagać się od Książąt, na czele z cnotą wierności.

Poza tym, zasada ta, będąc normą faktyczną, bardzo rzadko była i jest normą prawną, tak prawa sukcesyjnego pozytywnego, jak zwyczajowego (kardynalnego). Owszem, w habsburskim Domu Austriackim obowiązuje statut tak surowy, że nawet wskutek morganatycznego małżeństwa arcyks. Ferdynanda ze „zwykłą” hrabiną Chotek ich dzieci utraciły prawa do tronu. Jest to jednak raczej wyjątek. W bardziej nawet starożytnym (licząc od głównego, kapetyńskiego, pnia), francuskim – panującym również w Hiszpanii, Neapolu i Parmie – Domu Burbońskim takiego prawa, pośród praw fundamentalnych, wcale nie ma. Król Francji czy Hiszpanii może się ożenić nawet z „dziewczyną z ludu”, byle katoliczką i według praw Świętego Kościoła. Nie zapominajmy zresztą, że to „dziewczyna z ludu” – chyba najbardziej niezwykła w historii – uratowała i Francję, i zasadę legitymistyczną.

W Królestwie Anglii i w Królestwie Szkotów małżeństwa królów z poddankami – i to nie zawsze szlachciankami – były wręcz preferowane. Tak było za Plantagenetów, za Tudorów i za Stuartów, tak pozostało również odkąd, prawem kaduka, (mówiąc słowami Hamleta) „wtryniła się na tron” św. Edwarda Wyznawcy dynastia orańska, a potem hanowerska i wreszcie koburska. To król podnosi plebejuszkę do swojego statusu i stanu. W dyskutowanym dziś przypadku szwedzkim problematyczne mogłoby być jedynie to, że plebejuszem jest mężczyzna, toteż to on faktycznie rozpocznie nową dynastię. Czy jednak jest to naprawdę problem dopiero teraz zaistniały w Królestwie Szwedów, Gotów i Wandalów (nazwa zresztą już nieaktualna)? I to nie tylko dlatego, że również królowa – małżonka obecnego króla Karola XVI Gustawa, a matka księżniczki Wiktorii, była przed ożenkiem zwykłą hostessą?

Joseph hr. de Maistre wskazywał na dobroczynność tego faktu, iż początki panowania każdej starożytnej dynastii spowija chmura niejasności czy wręcz niewiedzy. Dzięki temu nie pada na czyny ich założycieli, a przez to i na ich potomków, żaden cień; co więcej, właśnie dlatego wykluczone jest podejrzenie, że ich władza mogłaby pochodzić z „umowy społecznej”. Jaką katastrofą byłoby gdybyśmy mieli wgląd w rzeczywiste początki! Nieuchronnie owi Faramundowie czy Piastowie musieliby nam skojarzyć się z szefami „firm ochroniarskich”, oferujących swoją niekoniecznie chcianą opiekę mieszkańcom jakiegoś terytorium. Dzięki Bogu, znamy jednak tylko mity założycielskie dotyczące owych na poły legendarnych czy całkiem legendarnych praprzodków dynastii, a później poznajemy już tylko dobroczynne owoce działania szeregu ich następców, tworzących z plemiennej hordy naród i podnoszących go do najwyższego w doczesności poziomu – wspólnoty politycznej i kulturalnej.

Niestety, panująca w Szwecji od dwustu lat dynastia Bernardotte’ów nie może w najmniejszym stopniu korzystać z tej premisy, jaką innym daje ów rządzący z Bożego nadania premier departamentu naszego świata, któremu (premierowi, nie światu) na imię Czas. Początków tej dynastii nie spowija żadna chmura; znamy je aż nadto dobrze.

Pierwszy władca Szwecji (i Norwegii) z tej dynastii nazywał się przecież po prostu Jean-Baptiste Bernardotte i urodził się we Francji jako plebejusz, syn drobnego bourgeois. Co gorsza, karierę (wojskową) zrobił w rewolucyjnej armii – nawet stopień podpułkownika otrzymał w drodze demokratycznego głosowania żołnierzy. Królem zaś marszałek Cesarstwa Bernardotte został z łaski Bonapartego. Owszem, jako władca okazał się nadzwyczaj konserwatywny (czego już nie da się powiedzieć o żadnym z jego następców), a dbałością o interesy królestw, które mu przypadły w udziale, uprawomocnił swoją władzę. Fakty jednak są nieubłagane. Pewna anegdota głosi, że Karol XIV Jan do końca życia nie pozwolił zbadać się żadnemu lekarzowi, wyjąwszy zaufanego, przywiezionego z Francji. Dopiero po jego zgonie wyszło na jaw, że miał co ukrywać: na piersi miał bowiem wytatuowany napis: „Śmierć królom i tyranom!”.

Wszystko to zważywszy, należy stwierdzić, że wieści o mezaliansie w Domu Bernardotte’ów są mocno przesadzone. Nie tylko starzy ludzie mogą pamiętać, że nieodległe są czasy, w których dynastia ta – parafrazując facecję „hrabiego Wojtka” Dzieduszyckiego na Jezupolu – „zwykłą gruszą była”.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.