Jesteś tutaj: Publicystyka » Adrian Nikiel » Sztuka i władza

Sztuka i władza

Adrian Nikiel

Śledząc doniesienia medialne bez trudu zauważymy, że współcześni europejscy monarchowie podczas swoich publicznych wystąpień wydają się niczym nie różnić od polityków demokratycznych. Przez „poddanych” nie są traktowani jak władcy, którzy decydować mogą o życiu lub śmierci, o wojnie i pokoju, czy w końcu o stanie wyjątkowym, lecz przyznaje im się rolę „symbolu”, „reprezentanta”, „podmiotu władzy wykonawczej”. W ślad za tym również członkowie ich rodzin, faktyczni lub potencjalni następcy tronów, często spadają do poziomu popkulturowych celebrytów, gdyż zatracili zdolność wydawania rozkazów. Zdemoralizowani pieniędzmi podatników, które w swej łaskawości przyznają im parlamenty jako tzw. „listę cywilną”, nie stroniąc od rozwodów i innych skandali obyczajowych, żeniąc się z osobami niższego stanu, czynią wszystko, aby udowodnić, iż są tylko eleganckimi dekoracjami do demokratycznej zgnilizny.

Za prawdziwe uznać należy powiedzenie, iż odznaczenia warto przyjmować wyłącznie od wygnanych monarchów.

Wydawnictwo „Arkady” w lexykonie „Symbole władzy” przypomniało dawne, szczęśliwe czasy, gdy „gniew władcy oznaczał śmierć”. Elegancko wydany tom cieszy, choć w dyskomfort wprawiać musi okładka, na której zobaczyć można Napoleona Bonaparte jako cesarza. Cóż, w tej publikacji chodzi o symbole władzy, a nie wyłącznie – czego można by sobie życzyć – symbole prawowitej monarchii. Ale można byłoby umieścić na okładce znany choćby ze strony internetowej „Królewski Paryż” piękny obraz „Koronacja Karola X”.

Lexykon ukazał się jako część wielotomowej serii „Historia, sztuka, ikonografia” i jest tłumaczeniem z języka włoskiego. Zasadnym będzie stwierdzenie, iż publikacja ma niejako dwie warstwy: zachwycającą ikonograficzną i budzącą – niestety – uzasadnioną krytykę warstwę opisową. Przy całym szacunku dla twórczego wysiłku autorki, p. Pauli Rapelli, każdy czytelnik poważnie zainteresowany problemami różnych aspektów władzy dostrzeże, że jest ona typowym demoliberałem, który zatracił zrozumienie i wrażliwość na majestat władcy. Im bliżej współczesności, tym bardziej chciałoby się obszerne fragmenty xiążki napisać na nowo… Ale, niestety, jedyne, co można zrobić, to wskazać podstawowe wątpliwości, które sprawiają, iż plusy tej xiążki nie przesłonią nam jej minusów.

O jedną rzecz można zapewne mieć pretensje do tłumaczki, p. Anny Wieczorek-Niebielskiej, która w przekładzie używa marxistowskiej terminologii „przed naszą erą”. W zlaicyzowanych krajach Zachodu autorzy posługują się określeniem „przed Chrystusem” lub zbliżonymi, a w Polsce do tej pory zmagamy się ze smutnym dziedzictwem PRL-owskiej sekularyzacji, która niepostrzeżenie stała się orężem współczesnej politycznej poprawności. Pani Wieczorek-Niebielska nie przestrzega również (preferowanej przeze mnie) zasady, że imiona chrześcijańskie konsekwentnie tłumaczy się na język polski, co prowadzi do zamieszania z gatunku „xiążę Louis staje się królem Ludwikiem”.

Drobiazg, na który dla ścisłości muszę zwrócić uwagę, to informacja, że za czasów Dioklecjana Imperium było „najrozleglejsze w swej historii”. Jeżeli się nie mylę, ten moment należałoby raczej przesunąć na czasy Trajana i Hadriana.

Trudno stwierdzić, ile w tym winy autorki oryginału, a ile – tłumaczki, ale z pewnością irytujące jest swoiste lanie wody, z którego niewiele wynika, a które czasami może wręcz denerwować, bo prowadzi do iście kuriozalnych stwierdzeń. Otwierając xiążkę na str. 118 dowiadujemy się np. że cesarz Otton I „Uzależnił od siebie Kościół, zwalniając go z podatków i udał się do Rzymu, by przywdziać koronę cesarską (…)”. Tłumacząc z polskiego na polski – oznacza to, że współcześnie, kiedy obciążenia podatkowe w Polsce sięgają nawet 80 % dochodów, jesteśmy bardziej niezależni, niż ówczesny Kościół hierarchiczny, który podatków płacić nie musiał! A zatem – pozwolę sobie na chwilę ironii – w Szwecji, gdzie podatek spadkowy może sięgać ponad 100 % wartości odziedziczonego majątku, panuje wolnościowy Raj na Ziemi.

Przyznam, że pozostaje dla mnie zagadką, jak w jednym zdaniu sprawy podatkowe mają się do kwestii cesarskiej koronacji. Czyżby przejawem „uzależnienia” była sama osoba cesarza?

A jeżeli już o imperatorach mowa, demoliberalne schematy myślenia zdradza wyłożone na str. 152 przekonanie, że józefińskie ograniczanie praw Kościoła zaowocowało „rozwojem” państwa i społeczeństwa. I tu pojawia się kluczowe pytanie: czy ludzie „rozwijają się” wbrew Bogu, Jego Prawom, Jego Kościołowi? Następnie, na str. 173 przeczytać można, że car Mikołaj II „był absolutystą, żyjąc w niezmąconym przekonaniu o słuszności anachronicznych zasad”. Tymi zasadami okazują się oczywiście wierność Bogu, monarchia i sprzeciw wobec demokratycznego rozpasania (o którym w XXI w. wiemy przecież, że prowadzi do tragedii). Hmm… może car od razu powinien przekazać władzę młodemu Leninowi?! Bo gdyby poważnie traktować charakterystykę św. Mikołaja Męczennika (jakim jest dla wschodnich schizmatyków, gdyż rzeczywista kanonizacja możliwa jest tylko w Kościele katolickim) z kart tej xiążki, to dwie cerkwie „kanonizowały” ewidentnego głupca, który był manipulowany przez „reakcyjne kreatury” (sic!). Co ciekawe, zabrakło wzmianki, że w 1981 r. cesarscy męczennicy Rosji wyniesieni zostali na ołtarze przez Rosyjską Cerkiew Prawosławną poza Granicami Rosji. Autorka ewidentnie pisze o czymś, o czym nie ma pojęcia, dlatego powiela najprymitywniejsze lewicowe matryce. Szkoda.

W konsekwencji nie wywołuje już zdziwienia (str. 199), iż według p. Rapelli parlament angielski mógł uzurpować sobie prawa Boskie i odsunąć od dziedziczenia tronu katolików (a w tym konkretnym kontekście – prawowitych królów Stuartów i ich następców po kądzieli). Cóż, jak mówią moderniści: „Kościół musi uklęknąć przed człowiekiem”… Włoska autorka skrzętnie pomija (a pisząc taką pracę musiała mieć tego świadomość!) niewygodny fakt, że prawowitym królem Anglii, Szkocji i Irlandii jest Franciszek II, natomiast epatuje czytelników działającymi na wyobraźnię szczegółami z koronacji x. Elżbiety Mountbatten, żony grecko-duńskiego xięcia Filipa. Demokratyczne złudzenia pisarki potwierdza jeszcze wzmianka o tym, jak dziadek x. Mountbatten (tu zwany, nie wiadomo czemu, ojcem) w 1917 r. „zmienił niemieckie nazwisko Sachsen-Coburg-Gotha na Windsor (…) by podkreślić poparcie dla antyniemieckiej polityki Wielkiej Brytanii i nie ranić wrażliwości swoich poddanych”. Jak widać, demokracja jest domeną „wesołych kumoszek z Sachsen-Coburg-Gotha”, które – uważając się za władców Brytanii — zmieniają nazwisko, bo chcą w ten sposób udowodnić „poddanym”, iż zgadzają się z wojenną polityką mianowanego przez siebie rządu. To interesujące zjawisko miało już precedens za czasów uzurpatorów hanowerskich, z których Wilhelm „zyskał sympatię ludu m.in. takimi posunięciami, jak zastąpienie na dworze kucharzy francuskich kucharzami angielskimi” (str. 202). Nic tak nie dodaje majestatu, jak właściwa narodowość służących.

Również opisując postać Huberta I (tu zwanego Humbertem, str. 282), który przywłaszczył sobie tytuł „króla Włoch”, autorka nie waha się postawić parlamentu ponad Bogiem: „Przysięgał rządzić nie z woli bożej, lecz w poszanowaniu prawa. Uznawał parlamentarny charakter włoskiego systemu rządów, choć w praktyce czasami go nie respektował”. Obawiam się, że pytanie: kto – jeżeli nie Bóg! – jest źródłem prawa?, pozostanie bez odpowiedzi… Bo dla p. Rapelli prawo to nic więcej, niż paplanina parlamentu.

Na str. 208 p. Rapelli po raz kolejny daje ujście antykatolickim przesądom, gdy pisze, iż „twarda polityka religijna [Izabeli Katolickiej i Ferdynanda Aragońskiego] przyniosła szkody gospodarce państwa”, co musi być uznane za absurd przez każdego, kto zapoznał się ze znakomitą pracą p. Michała Jonesa „Gwiazda i krzyż”. Pan Jones precyzyjnie udowodnił, iż rozwój królestw hiszpańskich możliwy był właśnie dlatego, iż z Półwyspu Iberyjskiego zostali usunięci wrogowie wewnętrzni, rewolucjoniści: heretycy, apostaci i wyznawcy Talmudu. Jedność religijna zapewniała pokój.

Nie są to jedyne przykłady demoliberalnej manipulacji, albowiem już na str. 224 trafimy na tzw. „lead”, jaki mógłby bez problemu trafić do „Różowej Xięgi”: król Hiszpanij (Las Españas) Karol III „to największy zwolennik absolutyzmu spośród wszystkich hiszpańskich monarchów, choć naiwny wyraz jego twarzy sprawiał, że wydawał się być człowiekiem uczciwym i dobrodusznym”.

Dowodem na brak znajomości praw fundamentalnych Królestwa Francji jest komentarz do obrazu na str. 252: Ludwik Karol „miał zostać przyszłym królem Ludwikiem XVII ale umarł w roku 1795”. Owszem, umarł, ale królem stał się automatycznie w momencie śmierci swojego ojca, która nastąpiła 21 stycznia 1793 r.

Granice absurdu i dobrego smaku zostały przekroczone już na kolejnej stronie, gdzie wstrząsający obraz męczeństwa Ludwika XVI okraszono następującymi zdaniami: „Ostatnia wola wyrażona przez absolutystę Ludwika to odpowiedź na zadane przez kogoś pytanie o uzasadnienie jego postępowania: «Jest to legalne, ponieważ tego chcę»” i „Zanim opadło ostrze, Ludwik krzyknął: «Francuzi, umieram niewinny i proszę Boga, aby moja krew nie spadła na mój lud». Tyleż spóźniony, co bezużyteczny, dowód stanowczej godności”. Limit zdziwień wyczerpał się, zatem dla ścisłości odnotuję tylko osobliwy opis: „Rysunek ten pozwala nam uzmysłowić sobie niezdrowe podniecenie, jakie towarzyszyło każdej egzekucji. Setki osób asystowały przy straceniu króla”. Można jedynie zadać autorce retoryczne pytanie, czy orientuje się, czym jest psychologia tłumu? Jak wyobraża sobie „zdrowe” podniecenie w momencie, gdy demokratyczni tyrani mordują Wikariusza Boga, rzucają wyzwanie Stwórcy, tarzają się w krwi, a społeczeństwo ulega zagładzie?

Czy naprawdę ikonografii męczeństwa muszą towarzyszyć słowa płaskie, jak farba na obrazie?

Wspominałem już wcześniej o wodolejstwie nazbyt często obecnym w tym dziele. Sporo informacyj, zwłaszcza o charakterze dynastycznym, jest podanych w sposób chaotyczny, jako bezładne wyliczenie kilkunastu niepowiązanych z sobą wydarzeń. Inne są swoiście zawieszone w nicości, rzucone bez wstępu czy puenty, bez kontextu. Coś się stało lub mogło się wydarzyć, ale czytelnik nie dowie się z tej xiążki – dlaczego? Na str. 228 – w błyskawicznym skrócie historii dynastycznej Kapetyngów – szwankuje nawet chronologia. Dziwaczny jest styl niektórych komentarzy do reprodukcyj, czego przykładem niech będzie wzmianka: „Nazwano ją «babką Europy» ponieważ jej dzieci i wnuki były członkami przynajmniej dziesięciu europejskich rodzin panujących. Nie mogło obyć się bez białego welonu i poduszki pod stopy” (str. 207). Warto też zastanowić się nad merytoryczną wartością takiej notki biograficznej: Wiktor Amadeusz II „(…) był nieprzenikniony i uwielbiał plotkować. Prześladowanie waldensów stanowi dowód na to, że w pierwszych latach swojego panowania pozostawał pod silnym wpływem Ludwika XIV” (str. 270). Pustosłowie, pustosłowie, pustosłowie – przykładów mógłbym cytować dziesiątki. Zastanawiam się, jak wyglądała redakcja naukowa i stylistyczna tej xiążki…

Co charakterystyczne, im mniej dany władca miał realnej władzy, tym większą część informacji o nim zajmują zwyczajne plotki rodem z tabloidów. Znak czasów?

Aby jednak uniknąć wrażenia, że „Symboli władzy” nie warto nawet wziąć do ręki, trzeba wskazać dobre strony. Najciekawsza jest część pierwsza xiążki pt. „Symbole i wzorce”. Bogato ilustrowana, gdyby stanowiła samoistną całość, byłaby ozdobą biblioteki każdego monarchisty. Terminy takie, jak: władza, korona, berło, tron, jabłko, gronostaje, purpura, orzeł, klucz, lew, miecz, apoteoza, jak również tytuły używane przez monarchów i arystokratów zostały rzeczowo objaśnione. Wskazano także archetypiczne przykłady dobrych władców: Alexandra Wielkiego, Juliusza Cezara, Oktawiana Augusta, Konstantyna i Teodozjusza Wielkiego.

Paradoxalnie pozytywnym przykładem władcy z prawdziwego zdarzenia jawi się na kartach tego dzieła car Iwan Groźny. Cytowany jest poruszający fragment listu odnoszący się do króla polskiego: „Dlaczego chcesz być większy od nas, dlaczego zaprzeczasz naszemu pochodzeniu od cezara Augusta? Panujemy od 717 lat, od czasów wielkiego Ruryka. Ciebie, pierwszego z Twojego rodu, z łaski Boga i ludzi wybrano na króla Polski, nam zaś wszechwładna Boża prawica powierzyła władzę i z jej mocy i z łaski Bożej panujemy nad naszym królestwem” (str. 162).

Mimo wszystkich błędów, uproszczeń i osobliwego języka xiążki, warto się z nią zapoznać ze względu na przepiękne reprodukcje obrazów, zdjęcia rzeźb, jak też insygniów monarszych. Za wybór ikonografii odpowiedzialna była p. Walentyna Minucciani. Dla polskiego czytelnika nowością będą zapewne informacje i reprodukcje z rozdziału „Signorie”, gdzie zaprezentowano mniej popularne w naszej literaturze państwa włoskie. Pozostałe części to: „Władcy średniowieczni”, „Cesarze i carowie”, „Królowie i książęta” oraz „Przypadek Napoleona”.

Jako pewną niewygodę dla czytelników wskazać muszę format publikacji, a zwłaszcza to, że niektóre obrazy umieszczono na dwóch stronach. Sposób klejenia grzbietu sprawia, że aby obejrzeć całość, trzeba ryzykować rozginanie i uszkodzenie xiążki. Prócz tego nawet w reprodukcjach na jednej stronie w tym formacie nikną szczegóły. Byłoby dobrze, gdyby taki tytuł miał wydanie albumowe.

Paola Rapelli, „Symbole władzy”, tłum. Anna Wieczorek-Niebielska, Arkady, Warszawa 2008, ss. 385.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.