Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Adam Tomasz Witczak: Teologia i duch nihilizmu

Teologia i duch nihilizmu

Adam Tomasz Witczak

Jest to książka z wielu względów szczególna, a może i niezwykła. Będzie taką zwłaszcza dla tych czytelników, którzy w podobnych rozważaniach nie mają jeszcze zbyt wielkiego wyrobienia, a pojęciami takimi jak „kryzys świata współczesnego” czy „upadek Zachodu” posługują się zgoła instynktownie tudzież bardzo ogólnie – albo i ogólnikowo.

Naturalnie o procesie rozpadu cywilizacji chrześcijańskiej czy postępach „rewolucji” napisano już w kręgach konserwatywnych naprawdę sporo, trudno tu więc o daleko idącą oryginalność. Atutem książki Eugeniusza (ojca Serafima) Rose nie jest zatem samo to, że zauważa pewne procesy, ale raczej sposób, w jaki je analizuje – przy czym mam tu na uwadze zarówno metodę jak i sam styl z walorami literackimi włącznie.

Nihilizm nie jest bowiem ani jałowym, nudnym utyskiwaniem na „wszechobecny upadek”, marudzeniem, które mógłby od ręki wygenerować ze swojego zmęczonego umysłu pierwszy lepszy publicysta prawicowy – ani też suchym, „praktycznym” podręcznikiem kontrrewolucji, skierowanym do jakichś „działaczy” czy „naprawiaczy świata”. To, co zaskakuje, a zarazem zachęca, to fakt, że o. Rose prowadzi swój wywód w sposób bardzo trzeźwy, ale jednocześnie wnikliwy, nie pozostawiając wątpliwości, że koncentruje się w pierwszym rzędzie na sprawach ducha. Tę trzeźwość należy dobrze zrozumieć – nie oznacza ona bynajmniej pisania o gospodarce, przemianach społecznych czy geopolityce. Nihilizm jest książką pisaną z perspektywy religijnej i o takiej też tematyce, z czego trzeba zdawać sobie sprawę.

Ambicją autora było prześledzenie – z prawosławnego punktu widzenia – etapów tego, co zwie on nihilizmem, a więc totalnej wojny przeciwko Bogu, wiodącej od wczesnych, zgoła niepozornych etapów aż po absolutną ciemność destrukcji. Fakt, że o. Rose mówi właśnie o nihilizmie, po części wpisuje się w tradycję myśli prawosławnej i rosyjskiej (wszak pamiętamy, że słowo to do obiegu wprowadził Turgieniew, a w ślad za nim pojęciem tym określano w Rosji fanatycznych rewolucjonistów z II połowy XX wieku), ale ma też głębsze uzasadnienie. Ów nihilizm to bowiem niezgoda na Boga, na stworzenie, na zależność stworzenia od Boga, w gruncie rzeczy także i na koncepcję grzechu, a więc szukania w człowieku winy za opłakany stan świata. To pogląd w istocie bardzo stary, bo przecież na wskroś gnostycki, wyrażający swoiste „obrażenie się” na Boga, a co za tym idzie – chęć przebóstwienia w inny, rzekomo lepszy sposób.

Rose pokazuje jednak, w jaki sposób od tych – zdawałoby się pozytywnych – prometejskich idei naprawy świata, ulepszenia go, zaprowadzenia w nim pokoju i zdrowego rozsądku, myśl i praktyka współczesności biegnie dalej, negując i negując, aż w końcu dociera do nieuchronnego końca – to znaczy do nicości. Szczególnie cenne w tym kontekście są uwagi na temat rewolucjonistów pokroju Bakunina czy Nieczajewa, ale też te, w których autor analizuje pewien nurt sztuki współczesnej, zrodzony po II wojnie światowej – już nawet nie pesymistyczny czy katastroficzny, ile zrezygnowany, jakby dostosowany do owego „świata bez Boga”.

Warto pochylić się także nad pewnym paradoksem, który Rose jak najbardziej zauważa. Otóż w swoim odrzuceniu mitów i bożków nowoczesności, a także w pewnym swoim pesymizmie antropologicznym, konsekwentny chrześcijanin zdaje się sam wchodzić w obszar nihilizmu i docierać do negacji zgoła bliskiej temu, co głoszą nihiliści spod znaku autentycznego dekadentyzmu i odrzucenia stworzenia. Rose wyjaśnia nam jednak tę subtelną różnicę, która powoduje (choć on nie sięga akurat po ten przykład), że asceza i wyrzeczenie chrześcijańskie jest czymś zupełnie innym niż pozornie podobna autodestrukcja katarów i gnostyków.

Jak już wspomniałem wcześniej, fascynujące w omawianej książce jest połączenie klarowności, rzeczowości wywodu z pewną nieskrywaną gorliwością religijną. Obywa się to jednak bez taniego patosu i bez lamentów w kaznodziejskim stylu, co jest zapewne zasługą także i trzeciej, nader istotnej rzeczy. Otóż autor pisze w dużej mierze o tym, co sam zna. Nie jest bowiem żadną tajemnicą, że Eugeniusz Rose, zanim stał się ojcem Serafimem, jednym z odnowicieli prawosławia w Stanach Zjednoczonych (czy wręcz ogólnie na Zachodzie), błąkał się przez długie lata po wyboistych drogach współczesnego nihilizmu i jałowych (choć chwilami może i głębokich) poszukiwań duchowych. Nie pisze zatem z perspektywy kogoś, kto o tej „drugiej stronie” coś jedynie słyszał, piąte przez dziesiąte, bez większego zrozumienia, jak to się często dzieje u rozmaitych niewczesnych publicystów, skupiających się na sprawach powierzchownych. I to jest być może najcenniejsze – pewien rodzaj uczciwości intelektualnej i autentycznego zrozumienia faktów, o których mowa, bez utraty perspektywy krytycznej.

Jak zapewne czytelnicy zdążyli zauważyć, nie wnikam tu głębiej w tezy stawiane przez Rose’a, ani też w przedstawioną przez niego typologię „etapów dialektyki nihilizmu” (liberalizm, realizm, witalizm, nihilizm destrukcyjny). Celem moim nie jest bowiem opis poglądów autora, a jedynie zachęta do lektury. Książka jest na tyle krótka, a jednocześnie napisana językiem na tyle żywym, że jej lektura nie powinna nastręczać trudności ani wzbudzać znużenia. Nie wymaga też szczególnej erudycji. W istocie nie wymaga również posiadania gotowego zestawu ugruntowanych przekonań, natomiast naturalne jest, że zainteresuje przede wszystkim tych, którzy przynajmniej w punkcie wyjścia podzielają ogólny pogląd o kryzysie współczesności. Interesująca może być zresztą i dla nihilistów – ale nie tych „letnich”, którzy zatrzymali się na poziomie liberalizmu i humanizmu, lecz raczej dla tych, którzy te maski i zasłony zerwali, by spojrzeć w chaos i pustkę gnozy, dekadencji czy black metalu (w jego głębszym sensie). Byłoby dobrze, gdyby zdobyli się na lekturę książki Serafima Rose’a bez uprzedzeń, dostrzegając także i to, że z pozycji, do których doszli, łatwiej jest dokonać „skoku w chrześcijaństwo” niż z etapu płytkiego humanizmu. Chrystianizm Rose’a jest zresztą daleki zarówno od schematycznego, skrupulanckiego formalizmu, jak i od taniego zbioru mdłych, etycznych banałów – a więc od dwóch skrajności, które dominują współcześnie. Błędem byłoby jednak ekscytowanie się propozycjami Rose’a tylko dlatego, że w pewien sposób są „mroczne” i „radykalne” (jak estetyka pisma „Death to the World”, nieukrywającego inspiracji naszym autorem) – bo przecież w ostatecznym rozrachunku chodzi o prawdę i tylko prawdę, a nie o komfort pozostawienia sobie jakiegoś podniecającego „marginesu mroku i negacji”.

O tym wszystkim czytelnik – miejmy nadzieję – przeczyta samodzielnie, co jest tym łatwiejsze, że książka dostępna jest w Internecie na stronie wydawcy. Osoby wyznania rzymskokatolickiego, tej czy innej „obediencji” (mam tu na myśli przede wszystkim rozmaite frakcje tradycjonalistów), mogą być spokojne – choć Rose pisze z perspektywy prawosławnej, to jednak w tej akurat publikacji nie wynika z tego w zasadzie nic, co mogłoby niepokoić.

A na koniec spoiler, by użyć modnego w ostatnich czasach słowa – czyli kilka cytatów z dwóch ostatnich rozdziałów – „Program nihilizmu” i „Poza nihilizmem”.

O sztuce po drugiej wojnie światowej (Giacometti, Dubuffet, Golub, Cuevas):

Ciała, jakie przyjmują te istoty (mimo przeobrażeń wciąż pozostają tym samym) niekoniecznie są silnie zniekształcone; mimo że są poskręcane i rozczłonkowane, są często bardziej „realistyczne” niż postacie ludzkie we wcześniejszej sztuce współczesnej. Jasne jest, że te istoty nie są ofiarami jakiejś przemocy; raczej urodziły się tak zdeformowane, są prawdziwą „mutacją”. Nie można nie zauważyć podobieństwa między wieloma tymi postaciami a zdjęciami zdeformowanych dzieci urodzonych przez tysiące kobiet, które zażywały podczas ciąży tabletki Thalidomide; a z pewnością zobaczymy jeszcze wiele takich potwornych „przypadków”.

Dużo więcej niż ciała ujawniają twarze tych istot. Byłoby pewną przesadą stwierdzenie, że te twarze wyrażają beznadziejność, albo że nie można przypisać im żadnej cząstki człowieczeństwa, którego po prostu w nich nie ma. To są raczej twarze istot mniej lub bardziej „dostosowanych” do świata, który znają, świata nie wrogiego, ale całkowicie obcego, nie nie-ludzkiego, ale raczej obojętnego na człowieka. Udręka, gniew i rozpacz wcześniejszych ekspresjonistów zostały tutaj jakby zamrożone i odcięte od świata, do którego wcześniej miały przynajmniej stosunek negacji, po to, aby uczynić swój własny świat. Człowiek przedstawiany w tej sztuce nie jest już nawet własną karykaturą, już nie jest portretowany w gwałtownych bólach duchowej śmierci, niszczony przez ohydny nihilizm naszego wieku, który atakuje nie tylko duszę i ciało, ale samą myśl i naturę ludzką. Nie, to wszystko odeszło w przeszłość, kryzys minął, człowiek umarł. Nowa sztuka świętuje narodziny nowych gatunków, istot z niższych czeluści, podludzi.

O mentalności nihilistów:

Można uznać talent i zapał, nawet pewną szlachetność Marksa, Proudhona, Nietzschego; jednak jest to szlachetność Lucyfera, pierwszego między aniołami, który chcąc być czymś więcej niż był, upadł z wysokości na samo dno otchłani. Ich wizja, w której niektórzy bezsprzecznie ujrzą rodzaj chrześcijaństwa, jest wizją panowania antychrysta, szatańskiej imitacji i odwrócenia Królestwa Bożego. Wszyscy nihiliści, zwłaszcza wybitni, najwięksi geniusze o najszerszych horyzontach, są prorokami szatana; odrzucają oni użycie swoich talentów w pokornej służbie Bogu, „tocząc wojnę przeciwko Bogu przy pomocy Jego darów”.

O nihilizmie chrześcijańskim:

Kończąc nasze rozważania o nihilizmie takim stwierdzeniem, z pewnością narazimy się na zarzut, że owładnął nami nasz własny nihilizm; możemy spotkać się z argumentami, że nasze analizy są krańcowo „pesymistyczne”. Kategorycznie odrzucając prawie wszystko, co współczesny człowiek uznaje za cenne i prawdziwe, zdajemy się tak gruntowni w negacji, jak najbardziej skrajni nihiliści.

Rzeczywiście, chrześcijanin w pewnym sensie, w sensie zasadniczym, jest „nihilistą”; w końcu dla niego świat jest niczym, a Bóg wszystkim. Jest to oczywiście dokładne przeciwieństwo nihilizmu, o którym do tej pory mówiliśmy, w którym Bóg jest niczym, a świat jest wszystkim; jest to nihilizm, którzy wywodzi się z pustki otchłani, natomiast „nihilizm” chrześcijański pochodzi z bogactwa i obfitości. Prawdziwy nihilista pokłada swoją wiarę w rzeczach, które przemijają i kończą się nicością; jakikolwiek „optymizm” takiej postawy jest całkowicie daremny. Chrześcijanin wyrzekający się takich próżności pokłada wiarę w jedynej rzeczy, która nigdy nie przeminie, w Królestwie Bożym.

Oczywiście dla tego, kto żyje w Chrystusie, wiele dóbr tego świata może być pożytecznych i radosnych, nawet gdy będzie zdawał sobie sprawę z ich nietrwałości; jednak nie są one niezbędne, tak naprawdę są dla niego niczym. Z drugiej strony ten, kto nie żyje w Chrystusie, już przebywa w otchłani i wszystkie skarby tego świata nigdy nie będą w stanie zapełnić jej pustki.

Nazwanie wyrzeczeń i ubóstwa chrześcijan „nihilizmem” jest tylko zwykłym zabiegiem literackim, gdyż jest to raczej pełnia, obfitość i radość ponad wszelkim wyobrażeniem. Ten tylko pełny jest tego bogactwa, kto może odważnie stanąć wobec otchłani, do której nihilizm prowadzi ludzkość.

O klęsce nihilizmu:

Ale jeśli nihilizm posiada swój historyczny kres w panowaniu antychrysta, to jednak jego ostateczny i duchowy kres leży poza nawet tym końcowym pojawieniem się szatana; w tym kresie, którym jest piekło, nihilizm doznaje swojej ostatecznej klęski. Nihilizm zostaje pokonany, nie tylko dlatego, że jego marzenie o raju skończyło się wiecznym nieszczęściem; gdyż szczery nihilista, w przeciwieństwie do anarchisty, jest za bardzo trzeźwy, by móc wierzyć w jakiś raj, zbyt dużo w nim jest wściekłości i buntu, by robić coś innego niż tylko burzyć i niszczyć ten raj, gdyby nawet miał on kiedyś zaistnieć. Nihilizm ponosi klęskę dlatego, że w piekle jego najgłębsze pragnienia: unicestwienie Boga, stworzenia i siebie samego, okazały się daremne. (…) Nic mniejszego od piekła nie jest godne człowieka, jeśli nie okazał się on godny Nieba.

o. Seraphim Rose, Nihilizm – źródło rewolucji czasów współczesnych, przeł. Marek Dądela, wyd. Monaster Ujkowice

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.