Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Tomiści i marksiści

Tomiści i marksiści, czyli w sprawie pewnego scholium

Jacek Bartyzel

Jak się zdaje, po fazie zauroczenia, recepcja dzieła Nicolása Gómeza Dávili w Polsce, wchodzi w fazę zdystansowanego krytycyzmu; po entuzjastach, cytujących scholia na każdą okazję, pojawiają się surowi Zoile, kręcący nosami na wszystko, co im się w dziele Mistrza nie podoba, a nie podoba im się (prawie) wszystko. Poniekąd jest to naturalna kolej rzeczy, i można było przewidzieć, że wahadło wychyli się kiedyś w tę stronę, zanim ustabilizuje się we właściwej pozycji. Wszystko byłoby zatem normalne, gdyby nie pojawiały się czasami pretensje zgoła dziwaczne, a w tej kategorii palmę pierwszeństwa bez wątpienia dzierży pewien autor, który zgłosił zastrzeżenie, że kolumbijski scholiarcha… nie jest myślicielem systemowym: podaje tylko wyniki rozumowania, a ukrywa drogi dochodzenia do nich, nie unaocznia krok po kroku toku rozumowania, nie wskazuje źródeł etc. Innymi słowy to tak, jak by kawiorowi mieć za złe, że nie jest befsztykiem, co zresztą jest chyba polską specjalnością: ileż to się poczciwi Polonusi na Wielkiej Emigracji nawykrzywiali, że Chopin ciągle komponuje tylko jakieś scherza i mazurki, zamiast obdarować rodaków wielką operą narodową. Na pocieszenie mogę powiedzieć, że wielki matematyk Stefan Banach poświęcił piętnaście lat życia na udowodnienie jednego z „wrońskianów”, czyli równań Hoene Wrońskiego, który też podawał tylko wzór i wynik. I proszę sobie wyobrazić, że wszystko się zgadzało! Niech egzegeci Gómeza nie tracą przeto nadziei – im też może się udać.

Ostatnimi atoli czasy reakcyjny scholiarcha znalazł się pod ostrzałem ze strony autorów, którzy skądinąd deklarują wielką dla niego sympatię i nie kryją uroku, jaki scholia wywierają na nich w ogólności. Wzburza ich jednak pewna bardzo konkretna kwestia, mianowicie niechęć Gómeza Dávili do tomizmu i w ogóle do racjonalnej metafizyki i teologii. Z wypowiedzi w tym duchu utkwiły mi w pamięci zwłaszcza dwie: artykuł ks. Rafała Trytka Bezdroża prawicy („Opcja na Prawo” 4/2008) i, zupełnie niedawno, artykuł Dariusza Zalewskiego Dym jałowca a kadry „marksistowsko-tomistyczne” (na portalu www.konserwatyzm.pl). Co dość zabawne, obaj autorzy uważają za stosowne tłumaczyć się ze swojej fascynacji scholiarchą, toteż oba artykuły robią nieco wrażenie publicznie dokonywanej spowiedzi z owych „zdrożnych skłonności”. Pierwszy z nich biczuje się aż tak mocno, że w świętym zapale imputuje Gómezowi sympatię do Hegla, co jest wyjątkowo grubym błędem: wystarczy przywołać scholia: „Nietzsche jest zaledwie niegrzeczny; to Hegel jest bluźnierczy” oraz „Niektórzy popełniają błąd i mylą historycyzm i historyzm. Truciznę i antidotum. Hegla i Rankego”. Nadto, dla Gómeza „Hegel jest gnostykiem” a „gnostycyzm jest przepaścią”. Drugi z autorów, z ambiwalencji między urzeczeniem pisarstwem Gómeza Dávili1 a rozczarowaniem jego stanowiskiem filozoficznym, próbuje wyjść stosując dość naiwną odmianę „brzytwy Ockhama”, to znaczy deklarując podpisywanie się bez problemów pod błyskotliwymi spostrzeżeniemi scholiarchy „wszędzie tam, gdzie wątki filozoficzne nie są zbyt eksponowane”. Brzmi to trochę tak, jak by młodzieniec deklarował pannie, że się w niej zakocha pod warunkiem, że będzie się wypowiadała tylko na te tematy, które on ocenzuruje.

Że Gómez Dávila tomizmu nie lubił, to rzecz bezsporna. Nie może zatem dziwić fakt, że budzi to kontrowersje pośród katolików, skoro tomizm stał się czymś w rodzaju oficjalnej filozofii Kościoła. Jednak nie przesadzajmy: tomizm nie jest „konieczny do zbawienia”, bo gdyby tak było, to utraciliby na nie szansę wszyscy chrześcijanie żyjący przed XIII wiekiem – no, chyba, że jakoś dałoby się dowieść, że in nuce byli tomistami avant la lettre, lecz tego rodzaju gry semantyczne są czcze i niepoważne. Spory o filozoficzne orientacje w łonie chrześcijaństwa są zagadnieniem zbyt poważnym, żeby silić się na ich roztrzyganie w krótkim artykule. Chciałbym tu odnieść się wyłącznie do jednego scholium, które szczególnie wzburza naszych tomistów intransigeants: „Tomizm i marksizm mogą wymieniać się personelem” oraz zaproponować jego – intencjonalnie także pojednawczą – interpretację.

Twierdzę zatem, że temu akurat scholium nie powinno się nadawać jakiegoś głębokiego znaczenia filozoficznego, lecz należy interpretować je sytuacyjnie i kontekstualnie – w odniesieniu do pewnych szczególnych okoliczności czasu historycznego oraz uwarunkowań psychologicznych, które, jak sądzę, nie uszły uwadze kolumbijskiego reakcjonisty. Przedmiotowo wszakże scholium to nie zawiera żadnego orzeczenia o treści tomizmu (i marksizmu również), a jedynie spostrzeżenie dotyczące jego (ich) „egzystencjalnych reprezentantów”, tj. „personelu”.

Pierwszą okolicznością, jaka się tu narzuca jest zjawisko pewnej mechaniczności i „stadności” myślenia, zauważalnej u statystycznych przedstawicieli (właściwiej należałoby rzec: wyznawców) danej szkoły filozoficznej czy jakiejkolwiek innej, którzy bezkrytycznie powtarzają formułki wypracowane przez swoich Mistrzów, piszą komentarze do komentarzy, glosy do glos, albo toczą niekończące się spory o właściwą interpretację tego lub innego sformułowania użytego gdziekolwiek i kiedykolwiek przez fundatora szkoły. Właśnie to miał na myśli Roman Dmowski, który przestrzegał swoich ideowych uczniów, żeby nie byli „talmudystami” – jak rabini objaśniający przez wieki coraz bardziej drobiazgowo, jałowo i kazuistycznie już aż nadto drobiazgowe, jałowe i kazuistyczne przepisy Talmudu. Marksizm, choćby ze względu na „atawistyczne” nawyki znakomitej większości jego „glosatorów” i rewizjonistycznych „postglosatorów”, jest właśnie modelowym przykładem takiego „talmudyzmu”. Lecz przyznajmy, że od skłonności tego rodzaju nie są wolni także reprezentanci innych, w gruncie rzeczy jakichkolwiek (nie wyłączając „gomezistów-davilistów”) szkół. Dlatego, na przykład, Xavier Vallat też pokpiwał z tych „maurrasistów”, którzy „cytują i recytują” w nieskończoność dzieła Maurrasa jak Talmud, uprawiając „paplaninę literacką” (psittacisme littéral), zaś Jean Madiran mówił to samo o „scholastyce maurrasowskiej” (scolastique maurrassienne). A jeśli wziąć pod uwagę, iż tomizm jest szkołą mającą już ponad siedemset lat, to jest rzeczą wprost niemożliwą, by pojawiali się w nim sami oryginalni i twórczy myśliciele, oczywistą zaś, że ilościowo muszą w nim przeważać skromni wyrobnicy intelektu, uprawiający tomistyczny „psytacyzm”. To zaś upodabniać może tomistyczny „personel” właśnie do marksistowskiego.

Czymś więcej jeszcze, niż tylko analogią jest pewna konkretna okoliczność historyczna z ubiegłego wieku, która stanowi część, raczej wstydliwą, historii niektórych przynajmniej kręgów intelektualistów tomistycznych czy szerzej – katolickich. Niemała ich część bowiem wdała się w flirt z lewicą, a nawet stała się „towarzyszami podróży” komunistów, co w niektórych wypadkach było być może motywowane złudnym przeświadczeniem, że „zhumanizowany” socjalizm jest panaceum na błędy liberalizmu, na ogół jednak wynikało z pospolitej głupoty i oportunizmu. Wszystko zaczęło się od Jacquesa Maritaina i Étienne’a Gilsona, którzy – ewidentnie wbrew prawdzie – jęli dowodzić, że Akwinata preferował demokrację, czyli rządy „namiestników ludu”. Zapewne Maritain i Gilson nie byli wcale najbardziej reprezentatywnymi spośród tomistów XX wieku, ale na pewno byli najbardziej znanymi; ich nazwiska kojarzą nawet ci, którzy o tomizmie wiedzą bardzo niewiele. Potem zaś było jeszcze gorzej i trafiali się tomiści, dla których nawet chrześcijańska demokracja była zbyt reakcyjna. W latach 60. i 70. ubiegłego stulecia całe tabuny tomistów w najlepsze „dialogowały” z marksistami na rozmaitych kongresach i sympozjach od Warszawy po Bogotę. Można nawet powiedzieć, że to właśnie tomistyczni uczestnicy tych „dialogów” bardziej się przymilali do swoich marksistowskich „partnerów”, prosząc o uznanie, że łączy ich przecież realizm filozoficzny, humanizm i odraza do kapitalizmu. Iluż z nich było zdolnych chociaż w duchu się przyznać do tego, że faktycznie odgrywają w tej komedii pozorów, sterowanej zza kulis przez politruków mających w nosie filozoficzne zbieżności czy rozbieżności, rolę „pożytecznych idiotów”? W każdym razie mógł widzieć to dobrze Gómez Dávila, w którego rodzinnej Kolumbii przecież odbywały się (w Medellin) słynne panamerykańskie kongresy biskupów, w znacznej części sprzyjających marksistowskiej rewolucji. Owszem, byli wśród nich i pośród nominalnej elity katolickiej tacy, którzy z tomizmem nie mieli już nic wspólnego, nawet deklaratywnie, któż jednak zaprzeczy, że nie brakowało i takich, którym Marks i „Che” Guevara wydawali się prawowitymi następcami św. Tomasza?

Takie są, jak mi się zdaje, źródła wyklucia się owego scholium. Czy mam na to jakieś dowody? Oczywiście, że nie: wszakże „wierzący sceptyk” z Bogoty nigdy nie zostawia swoim egzegetom żadnych ułatwiających tropów. Odpowiem z prostotą, że prowadził mnie intuicyjnie „dym jałowca”.

Post scriptum

Być może, ten i ów czytelnik będzie ciekaw, jakie jest właściwie moje stanowisko w kwestii sporu o tomizm w filozofii chrześcijańskiej. Moja odpowiedź zapewne zgorszy niejednego intelektualną „frywolnością”, ale jest zupełnie szczera: tomistą (i arystotelikiem) bywam w dni parzyste, w nieparzyste zaś pozostaję augustynistą (i platonikiem). A tych drugich jest w tygodniu, jak wiadomo, o jeden więcej.


1 Na marginesie: p. Zalewski (jak wielu innych w Polsce zresztą) uporczywie nazywa autora scholiów wyłącznie panieńskim nazwiskiem jego matki, tj. „Dávila”. To tak samo, jak by o Mickiewiczu pisać „Majewski” albo „A.M. Majewski”. Rodowym apellido autora jest jednak „Gómez”, zaś „Dávila” warto dodawać za każdym razem, gdy zachodzi obawa pomylenia z jakimś innym autorem mającym to samo, bardzo popularne wśród Hiszpanów, nazwisko.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2009 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.