Jesteś tutaj: Publicystyka » Jarosław Tomasiewicz » Tradycja z przyszłości

Tradycja z przyszłości

Jarosław Tomasiewicz

Polecić dziś chciałbym wszystkim konserwatystom film powszechnie znany, a przez wielu zapewne traktowany z lekceważeniem — „Gwiezdne wojny”. Twierdzę, że obraz ten jest dziełem w sferze wartości bardzo bliskim prawicy…

Przenieśmy postacie występujące w Lucasowskiej trylogii w świat nam współczesny. Pozytywnymi bohaterami są tu zwolennicy Starej Republiki, która jest luźną konfederacją samorządnych planet (swego rodzaju „Galaktyką Narodów”, by strawestować słynne hasło de Gaulle'a). Co więcej, ustrój części składowych jest monarchiczny — nikt nawet nie zająknął się o parlamentaryzmie na Naboo. I wreszcie rdzeń całego systemu — zakon rycerzy Jedi, który (choć praktykowaniem sztuk walki może przypominać bractwo z Shaolin) pełni funkcje międzygwiezdnych jezuitów… Nawet późniejsza Rebelia daleka jest od rewolucyjno-marksistowskich schematów: jest to po prostu ruch arystokratów i zakonników, wspieranych przez co prawda planetarnych „szuanów”, na rzecz powrotu ancien regime'u. To stronnictwo Brutusa raczej niż Spartakusa, Cadoudala — a nie Robespierre'a.

Z drugiej strony mamy Imperium — scentralizowaną strukturę stworzoną wedle cezariańskich wzorców. Jedynowładca nie licząc się ze starymi prawami i tradycyjnymi autonomiami buduje totalitarny, oparty na armii reżim. Wspierają go Lordowie Sith — adepci Ciemnej Strony Mocy, czyli sztuki (religii?) zakazanej w Starej Republice; w stosunku do Jedi odgrywają oni taką samą rolę jak posługujący się czarną magią sataniści wobec chrześcijańskich inkwizytorów. I kolejny rodzynek — stosująca bezprawne blokady Federacja Handlowa, w której można doszukiwać się aluzji do orędującego za wolnym handlem Czołowego Mocarstwa naszego świata.

Podkreślmy jeszcze jeden moment — silnie zaakcentowaną dychotomię między Dobrem i Złem, jakże różną od etycznego relatywizmu naszych czasów. W dodatku ów konflikt Dobra i Zła ma, mimo prób nadania mu pozorów naukowości, wyraźnie metafizyczny wymiar. To po prostu walka Boga z Szatanem, choć obaj ci Przeciwnicy są bezosobowi, rozmyci na deistyczną manierę. Nic dziwnego, że krytycy Lucasa zarzucają jego filmowi promowanie irracjonalizmu. Nie znajdziemy tu analizy poziomu rozwoju sił wytwórczych ani freudyzmu!

Sam zresztą Lucas od razu naprowadza nas na właściwy trop, nie odwołując się do ukochanej przez lewaków Świetlanej Przyszłości, ale do Starej Dobrej Przeszłości: „Dawno temu w odległej galaktyce…”.

Adam Michnik postawił kiedyś niezwykle istotne pytanie: jak być konserwatystą w świecie komunizmu? Co konserwować, skoro odrzuca się totalnie zmiany dokonane przez totalitarną rewolucję w ciągu kilku dziesięcioleci? Wtórował mu Bronisław Łagowski pisząc: Najważniejszym być może zagadnieniem, jakie staje obecnie w Polsce przed konserwatystą, jest pytanie, jak należy odnieść się do 45 lat powojennej historii Polski. Jak być konserwatystą po PRL nie stając się rewolucjonistą? O ile jednak redaktor „Gazety Wyborczej” wyciągał z tego wniosek o logicznej sprzeczności postawy konserwatywnej (sugerując, że w ogóle nie da się być dzisiaj prawicowcem), sami konserwatyści w zupełnie inny sposób usiłowali odpowiedzieć na to pytanie. Lech Mażewski stwierdził, że ciągłość dziejów Polski i ewolucyjne wychodzenie naszego kraju z komunizmu musi być przedmiotem konserwatywnej afirmacji.

Widzimy tu dwa elementy. Po pierwsze — jednoznaczne opowiedzenie się za ewolucyjną, a nie rewolucyjną transformacją systemu. Pod tym względem konserwatyści nie będą oryginalni, gdyż to samo głoszą środowiska „okrągłostołowe” z „lewicą laicką” na czele. Po drugie — szukanie ciągłości poprzez akcentowanie tych elementów „Polski Ludowej”, które zasługiwały na aprobatę z prawicowego punktu widzenia. Nie jest to absurdalne, gdyż PRL lat 70. i 80. daleki był od ortodoksyjnego marksizmu. Zwłaszcza „Stańczyk”, zanim dokonał swej wolty, specjalizował się w wyszukiwaniu przykładów na lepszą ochronę konserwatywnych wartości przed 1989 r. niźli w Trzeciej Rzeczpospolitej. A Cat-Mackiewicz, indagowany po powrocie do kraju przez Kisiela — jak mu się tu podoba, miał powiedzieć (cytuję z pamięci): Wspaniale! Zawsze uważałem, że chamów trzeba trzymać krótko za mordę.

To oczywiście żart, ale podobna postawa wykracza poza ramy doraźnej praktyki czy personalnej ekstrawagancji. Wsparcie teoretyczne takowego projektu ideowego znaleźć możemy w niemieckim socjalkonserwatyzmie (z którym związany był także August hr. Cieszkowski — zob. Gerd-Klaus Kaltenbrunner, „August graf von Cieszkowski: Ein polnischer Sozialkonservativer…”, JUNGES FORUM nr 5-6/82) i brytyjskim socjalimperializmie XIX w. (zob. Bernard Semmel, „Imperialism & Social Reform”, Anchor Books, New York 1968). Ba, sam Marx pisał z nieukrywanym wstrętem o „socjalizmie feudalnym” francuskich legitymistów i Młodej Anglii!

Przede wszystkim jednak gra nie idzie o rozwiązanie pasjonującego nawet zadania intelektualnego. Sugerowana przez Mażewskiego opcja może odegrać wielką rolę na naszej scenie politycznej. W Polsce formuje się system zbliżony do niemieckiego: dwie wielkie partie prawicy i lewicy oraz dwa mniejsze ugrupowania spełniające rolę języczka uwagi (liberałowie i — choć różni — „zieloni”). Taki układ sił niesie ze sobą realne niebezpieczeństwo sytuacji patowej, w której instytucje będą sparaliżowane, gdyż żadna ze stron nie będzie dysponowała efektywną większością. Wielkie partie stają się też zakładnikami „obrotowego centrum”, zyskującego znaczenie niewspółmierne do siły. Dlatego — choć dziś jeszcze ten pomysł brzmi jak herezja — należy zacząć poważnie rozpatrywać wariant „wielkiej koalicji”. Przykłady Niemiec, Austrii, Belgii czy Holandii pokazują nam, że sojusz chadeków i socjaldemokratów nie jest niczym nierealnym. Z kolei przypadki szeregu polskich gmin, w których AWS musiał pójść w układy z SLD, zapowiadają, że to samo może stać się także w Warszawie.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.