Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Adam Tomasz Witczak: Trzeba orać

Trzeba orać

Adam Tomasz Witczak

„Zgred” Rafała Ziemkiewicza reklamowany jest jako „najbardziej publicystyczna” z powieści autora. Faktycznie, trudno oprzeć się wrażeniu, że fabuła (oparta o walkę narratora ze świeżo wykrytą cukrzycą oraz poboczne wątki z życia rodzinnego) jest tu tylko pretekstem do „wygadania się” i powiedzenia po raz kolejny kilku słów brutalnej prawdy o Polsce. Ziemkiewicz pisze więc o jej historii najnowszej, o matni bezczelnych kłamstw i śliskich układów, o wielkomiejskim i małomiasteczkowym kolesiostwie i poklepywaniu się po plecach, o chamstwie wystylizowanym na popijających koniaki bywalców europejskiego salonu, o wszechobecnym marazmie, cynizmie i serwilizmie, w ramach którego wdzięczenie się do tych, „co wyżej”, urasta do rangi jedynej cnoty i podstawowego przejawu zdrowego rozsądku.

Wszystko to już znamy z wcześniejszych książek. Dotąd jednak podział na literaturę i publicystykę był u Ziemkiewicza wyraźniejszy. Oczywiście, te dwa wątki niemal zawsze się ze sobą przeplatały. Jego fantastyka z upodobaniem poruszała gorące tematy polityczne i historyczne: przepływ wielkich pieniędzy („Żywa gotówka”), klerykalizm („Jawnogrzesznica”), feminizm („Szosa na Zaleszczyki”), czarną legendę Świętej Inkwizycji („Cała kupa wielkich braci”), równie czarną mitologię wojny w Wietnamie („Tańczący mnich”) i metaforycznie ujęte losy Europy („Walc Stulecia”).

W 2005 roku pisarz wyprawił się w obszary fantasy powieścią „Ognie na skałach” (wiele lat wcześniej były też „Skarby stolinów”), jednocześnie próbując sił w literaturze „głównego nurtu” – jak zwyczajowo fantaści określają to, co leży poza fantastyką, w szczególności zaś to, co dumnie określa się jako „literaturę piękną” i „literaturę wysoką”. Efektem tych prób były powieści „Ciało obce” i „Żywina”. Pierwsza koncentrowała się na osobistych doznaniach i przeżyciach narratora, druga natomiast odkrywała przed czytelnikiem przykrą prawdę o funkcjonowaniu grupek i sitw w małych miasteczkach, a także o „lepperowskim” modelu kariery politycznej (autor wprost brał na warsztat fenomen Samoobrony). Narratorem „Żywiny” był dziennikarz z gazety przypominającej „Wyborczą”, a więc przedstawiciel – w jakiejś przynajmniej mierze – „salonu”, środowiska „bywalców”. Ciekawe zresztą, że bohater ten na samym końcu ulega nagłej przemianie i dość impulsywnie (choć po narastających wcześniej rozterkach) odrzuca ów salonowy blichtr.

„Zgred” pisany jest natomiast w dużej mierze z perspektywy samego Ziemkiewicza, dziennikarza prasy prawicowej. Powieściowy Rafalski jest oczywiście alter ego autora, tak jak w opowiadaniach science fiction był nim kiedyś Rafał Aleksandrowicz. Nigdy chyba jednak Ziemkiewicz nie posunął się w tym utożsamieniu tak daleko. Nie mamy jednak pewności (zwłaszcza, jeśli ktoś autora nie zna osobiście), które z przedstawionych faktów rzeczywiście są wzięte z życia prawdziwego Ziemkiewicza, które natomiast dodane, zmienione, zmyślone. Sam twórca deklaruje co prawda, że „powieść to przecież fikcja” (vide fragment wywiadu zamieszczony na obwolucie wydania), niemniej w przybliżeniu „wszystko pasuje”. I tak np. Rafalski również jest wziętym komentatorem życia publicznego, mężem (po rozwodzie z pierwszą żoną) i ojcem, gwałtownie się odchudza, ma za sobą karierę pisarza science fiction, obraca się w kręgach prawicy chadeckiej i konserwatywno-liberalnej. Kręgi te są zresztą przedstawiane dość bezpośrednio: na przykład Wiesiek, „swego czasu czołowy pampers, krzewiciel wartości chrześcijańskich (…), a teraz – czym dyskretnie się nie chwali, chociaż wszyscy wiedzą – facet pilnujący interesu jednemu z bardziej znanych oligarchów” to rzecz jasna Wiesław Walendziak, podobnie jak Czaruś – były konserwatysta, który skończył w lewicowo-liberalnej „Krytyce Politycznej” – to Cezary Michalski, który istotnie dokonał takiej wolty ideowej.

Są oczywiście także i różnice – powieściowy Rafalski ma dwie siostry i starszego brata, rzeczywisty – jedynie brata, Pawła (przynajmniej o ile mi wiadomo). Różnic tych jest więcej, ale i tak nie zmienia to wrażenia, że czytamy coś bardzo intymnego, osobistego. Przez „intymność” nie należy tu rozumieć rozwodzenia się nad własną duszą i „wnętrzem”, o sobie narrator pisze bowiem: „Nie będę pisał, jaki jestem, bo jestem normalny, niech będzie nawet przeciętny, i nic w tym nie ma ciekawego do rozbabrywania”. To wszystko nie zmienia jednak faktu, że tak naprawdę czytelnik zostaje siłą rzeczy wprowadzony w życie Ziemkiewicza-Rafalskiego, w to, co kryje się za drzwiami jego mieszkania. Oto zwykła, szara codzienność: dzieci, żona, śmierć matki, choroba teścia, choroba szwagra etc. Sporo jest także o młodości i dzieciństwie, o ojcu i domu rodzinnym, mało tego: same tylko refleksje polityczne, pełne dygresji i przykładów „z życia wziętych”, stanowią wgląd w osobowość autora.

Wielu uzna takie realistyczne, zgoła naturalistyczne podejście za jedną z większych zalet powieści, mnie osobiście trudno jednak otrząsnąć się z wrażenia, że obcuję z czyjąś „mentalną bielizną”, że zaglądam za kulisy cudzego życia. Styl Ziemkiewicza jest barwny, czerstwy, wciągający – pełen zwrotów potocznych, w żadnym jednak razie nie przeradzający się w bełkot. To sztuka – pisać tak, by czytelnik miał wrażenie, że słucha wyznań i rozmów żywych ludzi, choć tak naprawdę to, co ma przed sobą, jest skutkiem żmudnego szlifowania talentu i układania słów w najwłaściwszy sposób. Z jednej strony doceniam tę bezpośredniość autora, krwistość stylu i odwołania do zwyczajności, z drugiej zaś trochę mnie to deprymuje. Osobiście pociąga mnie bowiem próba zdobycia się na chłód i pewne oddalenie od „spraw”, wyzwolenie się z natłoku emocji, popędów, roztargnień i zakłóceń po to, by pielęgnować coś najgłębszego w sobie, czystą iskrę, niewzruszoność. A Ziemkiewicz jest oczywiście bardzo „ludzki”, zaś do tego przymiotnika trudno nie podchodzić ambiwalentnie. Ale to tylko moje prywatne rozważania na marginesie.

„Zgred” to zapiski z okresu kilku tygodni bezpośrednio poprzedzających katastrofę smoleńską. Tym wydarzeniem powieść się kończy – reakcji narratora na wypadek prezydenckiego samolotu poświęconych jest raptem kilka ostatnich stron. Najpierw jest oczywiście szok, żal, a już wkrótce potem kolejna fala bezsilnej wściekłości – na usłużnych dziennikarzy, bagatelizujących sprawę i zapewniających, że „śledztwo będzie właściwie prowadzone” i na „młodych, wykształconych z wielkich miast”, protestujących przeciw pochówkowi „prezydenta Warszawy” na Wawelu. Ci sami „młodzi” („i już zgarniają gówniarzerię” – pisze Ziemkiewicz-Rafalski) kilka miesięcy później będą dokazywać na Krakowskim Przedmieściu, potrząsając parodią krzyża skleconą z puszek po piwie – ale do tych wydarzeń autor już nie dochodzi, urywa akcję krótko po 10 kwietnia. Katastrofa i to, co nastąpiło po niej, staje się dla narratora impulsem do ostatecznego zerwania z plączącymi się dotąd tu i ówdzie po głowie myślami o dołączeniu do „salonu”, o skorzystaniu z rysującej się nieco wcześniej szansy „doszlusowania” do tych, co wygrali koncertowo. „Salon warszawski; pełna obcość. Nie mamy ze sobą nic wspólnego. Nie jesteśmy z tej samej krwi. Nigdy nie będziemy. Zmusiliście mnie do wyboru, więc wybieram”. A po co to wszystko, po co wciąż się „ścierać”, walczyć, bronić zasad, obnażać niewygodne fakty? Proste: bo wciąż „trzeba orać”, jak mówi powieściowy Rafalski, cytując zmarłego ojca. Jest w tym wyższy cel – choć już sama przyzwoitość wystarczy. Żeby móc spojrzeć w oczy innym („Bez innych, bez tego, co sobie o mnie pomyślą, co sobie o mnie powiedzą, łatwiej się człowiekowi zamienić w bydlę”), a samemu w lustro.

Rafał A. Ziemkiewicz, Zgred, Zysk i S-ka, Warszawa 2011.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.