Jesteś tutaj: Publicystyka » x. Rafał Trytek » Tytułem wyjaśnienia

Tytułem wyjaśnienia

x. Rafał Trytek

Poruszając tak śliską materię, jaką w Polsce jest kwestia niemiecka, spodziewałem się, że wiele z moich słów zostanie opacznie zrozumianych.

Nie zdziwiło mnie zatem stanowisko Redakcji „Opcji na Prawo”, która uznała za słuszne, aby odciąć się od wielu z moich twierdzeń, ale ciekawostką jest, że oprócz tego, Szanowna Redakcja uznała za słuszne potępić mnie za twierdzenia, jakich nie wypowiedziałem! Rzecz tyczy się oczywiście kwestii skrajnej „germanofobii”, jaką zarzuciłem Panu Rafałowi Orszakowi oraz innym pseudo-endekom, a który to mój zarzut, Redakcja rozszerzyła, z niejasnych dla mnie przyczyn, na osobę Romana Dmowskiego. Jest to o tyle ciekawe, że – z przymrużeniem oka – właśnie Dmowskiemu można by zarzucić raczej umiarkowaną, kulturową germanofilię!

Każda osoba, która choćby tylko pobieżnie zaznajomiona jest ze spuścizną pisarską twórcy i głównego ideologa Narodowej Demokracji, wie, że Roman Dmowski był zdecydowanym okcydentalistą kulturowym, który pozytywnie oceniał m.in. efekty kolonizacji niemieckiej Polski w Średniowieczu. Szczególnym podziwem darzył on również Prusy, a to ze względu na ich sprawnie funkcjonujący organizm państwowy oraz siłę militarną, dzięki którym dokonały one dzieła zjednoczenia Niemiec w jedno państwo, które przed pierwszą wojną światową było niewątpliwie największą potęgą kontynentalnej Europy. I to właśnie świadomość potęgi zjednoczonych Niemiec, skłoniła go do uznania ich za największego, ba, śmiertelnego wroga Polski, o wiele groźniejszego niż Rosja. Tę ostatnią Dmowski uznawał za stojącą na o wiele niższym poziomie cywilizacyjnym od Polski, a przez to mniej dla nas niebezpieczną. Ważną przyczyną, dla której Mistrz Roman opowiedział się za Moskwą, a przeciw Berlinowi w 1908 r., był również fakt, że Rzesza pragnęła na trwałe zniemczyć tereny ówczesnych zachodnich rubieży polskiego obszaru etnograficznego, poczynając od Pomorza, poprzez Wielkopolskę, aż po Górny Śląsk, a które to tereny były albo kolebką Państwa Polskiego, albo były gwarantem żywotnych polskich interesów (dostęp do morza, górnośląski przemysł).

W parze z podziwem dla Prus, szła głęboka niechęć Dmowskiego do Austrii, a także, niestety, do zamieszkujących ten kraj Polaków, których oskarżał o różne rzekome błędy polityczne i religijne. I tak, na przykład, postawę lojalności względem cesarza w Wiedniu i rozszerzanie granic autonomii Galicji w ramach porządku prawnego po 1867 r. Dmowski uznawał za wyraz narodowego nihilizmu, a co gorsza, polski Kościół katolicki w Galicji oskarżał o józefinizm!

Tym oskarżeniom zadała kłam historia. W okresie po pierwszej wojnie światowej konserwatyści galicyjscy stanęli w jednym szeregu z endekami i ludowcami (twórcą narodowo-chrześcijańskiego PSL „Piast” był pochodzący spod Tarnowa Wincenty Witos) w walce o prawą Polskę, tworząc z nimi koalicje wyborcze. Różnice geopolityczne straciły w owym czasie na znaczeniu ze względu na klęskę państw centralnych i Rosji, godząc niejako koncepcje narodowych demokratów oraz procentralnych monarchistów i patriotycznych socjalistów Józefa Piłsudskiego. Były austriacki generał, Józef Haller stworzył „z niczego” „błękitną armię”, która stanowiła zalążek i trzon odradzającej się polskiej siły wojskowej. Inni „Austriacy”, tacy jak Władysław Sikorski, Stanisław Szeptycki (w imieniu Państwa Polskiego przyjmował na łono Ojczyzny Górny Śląsk) i wielu innych, miało aż do przewrotu majowego decydującą rolę w polskim wojsku.

Również absurdalny zarzut józefinizmu, jaki postawił Dmowski katolickim, polskim hierarchom zaboru austriackiego, okazał się czczym pomówieniem. W 1870 r. na Soborze Watykańskim I polscy biskupi katoliccy z Galicji, opowiedzieli się od razu jednomyślnie za ogłoszeniem dogmatów o prymacie i nieomylności papieża! Odróżnili się w ten sposób pozytywnie od pozostałych biskupów Austro-Węgier, spośród których bardzo wielu wykazało się postawą prawdziwie józefinistyczną i odrzucało te objawione prawdy. To austro-niemiecki biskup Strossmayr jako ostatni i dopiero pod groźbą ekskomuniki uznał te przywileje papieskie. Niestety, Monarchia Habsburgów postąpiła inaczej i wypowiedziała Rzymowi konkordat. Stan schizmatyckiego i heretyckiego nieposłuszeństwa Austro-Węgier w stosunku do Rzymu trwał w zasadzie aż do końca istnienia tego państwa. Na terenie Niemiec powstała nawet wskutek oporu władz wobec dogmatów Soboru Watykańskiego I sekta starokatolików, do której przyłączyła się (na szczęście niewielka) grupa Polaków z Wielkopolski. Być może, Dmowski, zarzucając polskim hierarchom z Galicji „józefinizm”, miał na myśli, na przykład, weto, jakie w imieniu cesarza Franciszka Józefa postawił na konklawe w 1903 r., Jan kard. Puzyna wyborowi kardynała Rampolli. Trzeba jednak pamiętać, że kard. Puzyna uczynił tak ze względu na informacje tajnej policji austriackiej o przynależności Rampollego do masonerii.

Te fakty psują wizję Dmowskiego o wyższości „pruskich” Polaków nad tymi z Galicji. Przypomina mi się nieprawdziwość oskarżeń innego warszawiaka… Janusza Korwina-Mikkego. Otóż całkiem niedawno zarzucił on w felietonie na łamach krakowskiego „Dziennika Polskiego” Małopolanom, że potrafili, co prawda, rządzić dobrze Galicją, ale nie Polską przed rozbiorami! Zarzut jest o tyle kuriozalny, że blisko dwieście lat przed rozbiorami Polska była zarządzana przecież z Warszawy! Natomiast w czasie, gdy stolica kraju znajdowała się w Krakowie, małopolscy możnowładcy uczynili Polskę prawdziwym imperium, sięgającym (przynajmniej w XIV wieku poprzez Mołdawię) Morza Czarnego. Doprowadzili też do unii politycznej z Litwą, co pozwoliło na pokonanie zakonu krzyżackiego. Nie wspomnę już o wspaniałym rozkwicie polskiej kultury w dobie schyłkowego średniowiecza i renesansu, a więc w czasie, gdy to „Mały Rzym” – „Miasto stu kościołów” było stolicą Królestwa.

Nie wiem także, dlaczego negowanie sensu wybuchu powstania warszawskiego miałoby deprecjonować cały wysiłek zbrojny i polityczny, jaki podjęło polskie państwo podziemne. Moim zdaniem rzecz ma się dokładnie na odwrót. Jak wiadomo, decyzja o wszczęciu zbrojnej insurekcji przeciw Niemcom w Warszawie spotkała się z silnym oporem w samym wnętrzu władz Armii Krajowej. Przeciwko wybuchowi powstania oponowały również Narodowe Siły Zbrojne – druga co do wielkości polska formacja zbrojna w trakcie drugiej wojny światowej (około sześćdziesięciu tysięcy bojowników). Wydaje się wręcz, że powstanie zniweczyło wysiłki podejmowane pod koniec drugiej wojny światowej przez Polaków na rzecz większej niezależności, co, rzecz jasna, nie przekreśla bohaterstwa, jakim wykazali się sami powstańcy. Kontynuując wątek „warszawski” chciałbym podkreślić, że niezależnie od heroizmu szeregowych żołnierzy powstania warszawskiego, obiektywnie – w świetle teologii moralnej Kościoła katolickiego – wszczynanie powstania w sytuacji, gdy nie ma ono realnych szans powodzenia, jest po prostu moralnie niedopuszczalne. „Rzeź warszawska” jest zresztą kolejnym nieudanym powstaniem, które wybuchło na terenie zaboru rosyjskiego. Jakże inaczej na tym tle wygląda powodzenie (w najgorszym przypadku przynajmniej częściowe) powstań wielkopolskiego i śląskich.

Zupełnie zrozumiałe jest dla mnie stanowisko redakcji w kwestii napoleońskiej. Wydawało się w tym czasie, że połączenie sprawy polskiej ze zwycięstwem Francji jest jedyną opcją otwierającą szansę na niepodległość. Napoleońska Francja była, co prawda, rozsiewnikiem idei rewolucyjnych w zmiękczonej wersji, ale pamiętać należy, że „chrześcijańskość” państw, z którymi walczyła, miała często zupełnie fasadowy charakter. Szczególnie ewidentnym tego przykładem były Prusy, opanowane prawie zupełnie przez idee oświeceniowo-masońskie, ale również nominalnie katolicka Austria przeprowadzała u siebie szereg antykatolickich reform (józefinizm). Specyficzny problem stanowiła Rosja, w której na starą nienawiść do rzymskiego katolicyzmu prezentowaną przez prawosławnych, nałożyły się protestantyzujące reformy Piotra Wielkiego (zastąpienie patriarchatu „świętym synodem”) i idee oświeceniowe czasów Katarzyny Wielkiej. Skutkiem tego były krwawe prześladowania katolickich unitów na terenach zabranych Rzeczpospolitej. Z powyższych powodów nie dziwi dość szerokie poparcie, jakim cieszyła się epopeja napoleońska wśród Polaków. Tym niemniej nie zabrakło od samego początku rozczarowań. Obietnice odbudowy państwa polskiego, którymi ferował Napoleon, były dość enigmatyczne, a organizm państwowy, który wskrzesił na niewielkiej części ziem polskich, otrzymał nazwę Księstwa Warszawskiego, tak jakby Polska miała pozostać nadal tylko ideą. Również panoszenie się żołdactwa i masonerii pod rządami Francuzów spowodowało wzrost sceptycyzmu w stosunku do Napoleona. Prawdopodobnie właśnie dzięki temu, po upadku porewolucyjnej Francji ogromna część polskich oficerów napoleońskich przeszła na rosyjską służbę. Polacy „rosyjscy” dość powszechnie przerzucili swe nadzieje z Napoleona na Aleksandra. Trzeba przyznać carom, że nie zawahali się wskrzesić – formalnie – Królestwa Polskiego i koronować się na królów polskich. Rzeczywistość okazała się jednak jak zwykle dużo mniej przyjemna, co skłoniło, jak wiadomo, Polaków zaboru rosyjskiego do wszczęcia kolejnego nieudanego powstania.

Zdziwiła mnie podana przez Szanowną Redakcję informacja, jakoby Polacy przez ostatnich dwieście lat umierali za słowa patriotycznej pieśni Jeszcze Polska nie zginęła. Sądziłem zawsze, że Mazurek Dąbrowskiego stał się polskim hymnem państwowym dopiero w latach dwudziestych ubiegłego stulecia, a wcześniej role pieśni integrujących poczucie narodowe – quasi-hymnów polskich, pełniły bardzo różne pieśni, choćby „Bogurodzica” czy „Rota”. Nie mam osobiście nic przeciw „Mazurkowi”, albowiem pomimo, być może, nieco kontrowersyjnej treści (znowu ów nieszczęsny Napoleon), pieśń ma wesołą, skoczną melodię, która tak bardzo odbiega od schematycznego, ponuro-melancholijnego polskiego patriotyzmu. Nie przeszkadza mi również prawdopodobnie niepolskie pochodzenie melodii „Mazurka” (tureckie?), jak i fakt, że nasi „słowiańscy bracia” Serbowie, używają tej samej melodii jako podkładu dla swego narodowego hymnu.

Na samym końcu moich wywodów, pragnę się odnieść do kwestii, która mnie jako kapłana – jedynego w Polsce sedewakantystę, interesuje z przyczyn zrozumiałych najbardziej. Będąc świadomym faktu, że moje stanowisko nie pozyska – tymczasowo – większego poparcia, chciałbym się odnieść do opinii Redakcji odnośnie wakatu na Stolicy Apostolskiej. Stanowisko Redakcji rozumiem doskonale. Moje uwagi są następujące: legalność konklawe zależy w dużej mierze od faktu, czy uznamy, że wybór ewidentnego heretyka na Stolicę Piotrową może być – sam w sobie – ważny. A nawet jeśli byśmy uznali, że tzw. papieże soborowi są w posiadaniu ważnej desygnacji na urząd papieski, pozostaje aktualną kwestią sprawa, czy tacy papieże, od Jana XXIII do Benedykta XVI, mogą ważnie sprawować swój urząd, w sytuacji, gdy w sposób oczywisty odpadli od Wiary Rzymsko-katolickiej i zajmują się propagowaniem sprzecznych z katolicyzmem doktryn i praw i czynią je obowiązującą normą dla Kościoła. Czy nie jest to sprzeczność uderzającą w cel, jaki nasz Pan Jezus Chrystus ustanowił dla papiestwa?

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.