Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Natalia Starczenko: „Ukraińskie światy Rzeczypospolitej” (Od autorki)

Pierwszy tom opublikowany w serii Ister. Spisana na podstawie akt sądowych historia przełomu XVI i XVII wieku na Rusi Kijowskiej. Barwna, wartka opowieść o sąsiedzkich sporach, magnackich konfliktach, królewskich szantażach i przywilejach szlacheckich. Choć autorka skupia się tylko na jednym stuleciu, to przygląda mu się z bliska i dzisiejszej perspektywy, filtrując wydarzenia przez pryzmat współczesnych problemów i wartości. W zbiorze ponad stu opowieści autorka analizuje postawy, wybory i działania swoich bohaterów. Opowiada o tym, za kogo się uważali, jak rozumieli Rzeczpospolitą i swoje w niej miejsce, jej porządek prawny i społeczny, jakie zasady i rytuały towarzyszyły im w codziennym życiu. Siedemnastowieczne dzieje ożywają dzięki barwnym opowieściom o wydarzeniach i ludziach sprzed wieków.
Moja opowieść zaczyna się od wydarzenia, które do niedawna przedstawiano w ukraińskiej narracji historycznej niemal wyłącznie w ponurych barwach — unii lubelskiej 1569 roku. Na sejmie powstało wtedy nowe państwo — Rzeczpospolita Obojga Narodów, federacja Królestwa Polskiego (czy — jak wtedy mówiono — Korony Polskiej) i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Trzy województwa — kijowskie, wołyńskie i bracławskie — zostały wówczas wydzielone z Księstwa i przyłączone do Korony, jednak otrzymały przy tym przywileje gwarantujące ich odrębność, potwierdzoną królewską przysięgą. Pierwszy rozdział tej książki zatytułowałam W poszukiwaniu własnego imienia, jako że składa się on z opowieści o tym, jak na podstawie przywilejów lubelskich szlachta tych ziem zaczyna postrzegać samą siebie jako odrębny „naród ruski”, autonomiczny podmiot polityczny w dotychczasowej wspólnocie „dwóch narodów” Republiki (to dosłowny przekład „Rzeczypospolitej” i jej druga nazwa): polskiego i litewskiego. Znalazło się tu miejsce również na rozmowę o tym, co jednoczyło województwa kijowskie, wołyńskie, bracławskie, ruskie, podolskie i bełskie. Mianowicie głównym bohaterem wszystkich moich opowieści, niezależnie od ich tematycznej różnorodności, jest mieszkająca tam szlachta, czyli ci, którzy składali się na kościec „narodu ruskiego”, to bowiem właśnie szlachta bezpośrednio tworzyła Republikę i na równi z królem mogła powiedzieć: „państwo to my”. Szlachtę stanowili wolni, przeważnie dziedziczni właściciele ziemscy i rycerze, zobowiązani do „służenia szablą” i płacenia ze swoich dóbr podatków do królewskiego skarbca (dwa grosze od łanu). Przedstawiciel prostego ludu mógł otrzymać szlachectwo tylko za osobiste zasługi, zazwyczaj wojenne, od króla i za zgodą sejmu.
Za sprawą historyków wielu Ukraińcom szlachta wciąż nie kojarzy się z ich „własną” przeszłością. Nawet szlachcic ruskiego pochodzenia będzie raczej antybohaterem ukraińskiej historii, zdrajcą swojego narodu i zaprzańcem. Czy jednak takie wyobrażenia rzeczywiście wyrastają z realiów przeszłości, czy może są stereotypami, skonstruowanymi o wiele później, w zupełnie innych czasach i okolicznościach? Zadajmy sobie na początek pozornie proste pytanie: kogo zdradziła szlachta, która uważała się za ruski naród polityczny — z własną wielowiekową książęcą przeszłością, z własnymi prawami, językiem i terytorium — w państwie, w którym posiadała wszelkie prawa obywatelskie i które uważała za swoją ojczyznę? Ta sama szlachta, która na sejmie, najwyższym forum politycznym Rzeczypospolitej, w 1641 roku ustami przyszłego wojewody kijowskiego Adama Kisiela zaprezentowała się następująco: „A my nie do krainy, ale z krainą, nie do religii, ale z religią, nie do tytułów i honorów, ale z tytułami i honorami przyłączyliśmy się do tej wspólnej ojczyzny naszej”.
Z drugiej strony: kim byli Kozacy i czego tak naprawdę żądali, kiedy wzniecili powstanie 1648 roku? Fundament tej grupy społecznej, szablą zarabiającej na chleb, stanowiła najniższa warstwa właścicieli ziemskich na służbie wielkiego księcia litewskiego, którzy do połowy XVI wieku nie zdołali zapewnić sobie statusu szlacheckiego. Kiedy kozacką służbę dla króla i Rzeczypospolitej zaczęto opłacać z państwowego skarbca, licznie ruszyła do niej drobna, a nawet średniozamożna szlachta. Jaka tożsamość dominowała wśród tych, którzy byli szlachcicami z pochodzenia, a równocześnie Kozakami „z zawodu” — oto poważne pytanie, na które będzie jeszcze należało szukać odpowiedzi. A przecież w kozackich szeregach znaleźli się także poszukiwacze szczęścia i przygód z rozmaitych zakątków Rzeczypospolitej, a nawet spoza niej. Przywódcami Kozaków w różnych okresach bywali przedstawiciele najznamienitszych książęcych i szlacheckich rodów.
Zwiększenie rejestru, a więc legalizacja statusu i gwarancja zapłaty, a także uznanie praw stanowych, podobnych do praw szlacheckich — oto główne żądania Kozaków w latach dwudziestych i trzydziestych XVII wieku. Chociaż pojawia się też czynnik religijny: duchowieństwo prawosławne aktywnie włącza się do kreowania tożsamości Kozactwa jako jedynego obrońcy Cerkwi. Czy Kozakom chodziło o stworzenie odrębnego od Rzeczypospolitej państwa? W początkach powstania kozackiego takich motywacji źródła nie odnotowują. Idea narodu i niepodległego państwa nie pochodzi z objawienia (co pokazuje też ostatnie trzydzieści lat naszego ukraińskiego galimatiasu). Zazwyczaj jest to skomplikowany efekt wysiłków kilku pokoleń. Rzecz jasna różne były drogi i motywacje szlachty, która trafiała w szeregi powstańców. Jedni ratowali w ten sposób życie (własne czy rodziny) i dom — w przeciwieństwie do tych, którzy musieli swój na zawsze opuścić, jak na przykład owa czernihowska szlachta, która na zachodzie Wołynia zbierała się na sejmiki, symbolicznie demonstrując istnienie korporacji szlacheckiej na zawsze zmiecionego przez wojnę województwa czernihowskiego. Inni wykorzystali dziejowe zamieszanie, żeby zbudować swoje strategie życiowe w nowych warunkach, u kolejnych kozacki składnik tożsamości mógł brać górę nad szlacheckim.
Wciąż czeka na swojego badacza dokładny opis ludzi z otoczenia Bohdana Chmielnickiego „jako wolnego i znacznego szlachty ruskiej syna” — a tak właśnie charakteryzuje hetmana, którego imię będzie się łączyć z narodzinami kozackiego państwa, już w pierwszym zdaniu swojej kroniki, datowanej na rok 1720, Samuel Wieliczko. Kozaków zaś nazywa on „wolnym, szlacheckim, sauromackim, kozacko‑ruskim” narodem. Ideologię kozacką sformułowali bez wątpienia ci, którzy mieli w głowach gotową szlachecką matrycę „narodu ruskiego” i należeli do tej wspólnoty, posiadającej rozwiniętą kulturę polityczną. Doskonale wiedzieli oni na przykład, że nikt nie rodzi się władcą Rzeczypospolitej, lecz zostaje wybrany przez cały naród polityczny (bo sami przeszli szkołę takich elekcji). Wiedzieli, że stosunki między królem a szlachtą reguluje umowa, składająca się z długiej listy zobowiązań zwycięzcy wyborczego pojedynku. Król potwierdzał te warunki swoją przysięgą. Jeśli zaś je naruszał, poddani mieli prawo do sprzeciwu. Nie bez powodu idea Wielkiego Księstwa Ruskiego jako trzeciego członu Rzeczypospolitej pochodziła od szlachcica, który wybrał stronę kozacką — Jurija Niemirycza, błyskotliwego intelektualisty, wykształconego w zachodniej Europie.
Od tamtej pory Kozacy (kimkolwiek byli) zmonopolizowali nazwę „naród ruski”, a często także „szlachecki naród ruski”, i przeciwstawili siebie „Lachom” (niezależnie do tego, kim oni w istocie byli). Kiedy pojawia się formuła „Kozacy versus Lachy”, w jakich kontekstach jest używana i co kryje się za określeniem „Lach” — oto kolejne nieprzebadane kwestie. Oczywiste jest, że to określenie wielowymiarowe, w którym etniczny„Polak” to tylko jedno z kilku znaczeń, w dodatku najprawdopodobniej wcale nie najważniejsze. Natomiast określenie „Lachy” w rozumieniu szlachty, której miejsce chcieli zająć Kozacy, rzeczywiście było dość powszechne. Jednak także w tym wypadku do grupy „Lachów” trafiali nie tylko katolicy, protestanci czy unici, ale też na przykład prawosławni właściciele ziemscy z Kijowszczyzny. Jakkolwiek więc patrzeć, kozackie powstanie doprowadziło do rozłamu w ruskiej wspólnocie szlacheckiej, wchłaniając tę jej część, która stanie się elitą przyszłego Hetmanatu.
Historia jest jednak pełna metamorfoz. Po dwóch dekadach ruiny — kryzysu państwowości, który nastąpił po śmierci Chmielnickiego — elity kozackie zaczną powoli porządkować wywalczone od Rzeczypospolitej terytorium, budując na obrzeżach teraz już Państwa Moskiewskiego, później Imperium Rosyjskiego, kozacką Rzeczpospolitą, dumnie nazywając siebie szlachtą i broniąc swojego statusu w nowych okolicznościach. Trzeba powiedzieć, że skala będzie już zupełnie inna: finał rządów hetmana Iwana Mazepy, który stworzył był znakomitą replikę Rzeczypospolitej, pokazał, że rozbudowa tego państwa w warunkach narodzin imperium nie ma przyszłości. Tymczasem reformy przeprowadzone w latach sześćdziesiątych XVIII wieku przez ostatniego hetmana Kyryła Rozumowskiego, które miały przywrócić w Hetmanacie szlachecki system sądownictwa, świadczą, że nawet sto lat po odłączeniu się od Rzeczypospolitej pozostawała ona głęboko wrośnięta w świadomość kozackich elit. Wreszcie, Statut litewski — kodeks prawny, używany w województwach kijowskim, wołyńskim i bracławskim na mocy przywileju lubelskiego z 1569 roku — działał na terenach dawnego Hetmanatu do 1840 roku. Za okres bezpaństwowy ukraińskiej historii można więc uznać co najwyżej czasy między likwidacją Kolegium Małorosyjskiego w 1786 roku a proklamowaniem IV Uniwersału Ukraińskiej Centralnej Rady 22 stycznia 1918 roku.
Czy w takim razie połowa XVII wieku rzeczywiście jest „grubą kreską”, która oddziela „ich” historię od „naszej”? I czy nie należałoby zacząć w inny sposób postrzegać ukraińskiej historii jako takiej? Niezależnie od wszystkiego w Rzeczypospolitej pozostawała cała prawobrzeżna Ukraina. Ale była to już zupełnie inna Rzeczpospolita. Po wojnach kozackich (1648–1657) i szwedzko‑moskiewskich (1654–1667) sfera tych fundamentalnych wartości, z których wcześniej tak dumna była szlachta, skurczyła się niczym sparzona wrzątkiem. W 1652 roku po raz pierwszy rozbrzmiało na sejmie: „Nie pozwalam!”. Teoretycznie każdy szlachcic miał prawo zablokować dowolną decyzję sejmu już od roku 1505, jednak poczucie odpowiedzialności powstrzymywało nieograniczoną swawolę i pozwalało istnieć prawu weta w roli bezpiecznika, chroniącego przed dyktaturą większości. Przez półtora wieku wypracowywano kulturę kompromisu, w której każda trudna decyzja polityczna musiała uwzględniać interesy mniejszości. Nie bez powodu ta tradycja doznała fatalnego pęknięcia właśnie podczas wojny. Natomiast zakaz wyznawania arianizmu i wygnanie arian z państwa na mocy uchwały sejmowej z 1658 roku zakończyły unikalny w ówczesnej Europie projekt tolerancji religijnej, który jeszcze w 1632 roku musiał publicznie uznać nawet najwyższy katolicki dostojnik państwa — arcybiskup gnieźnieński prymas Jan Wężyk, a wraz z nim kilku innych biskupów.
Interesy prywatne wysuwają się na pierwszy plan tam, gdzie jeszcze wczoraj stawianie ich ponad dobrem powszechnym byłoby uważane za uszczerbek dla reputacji. Nawet najszlachetniejsze zasady, przyjęte przez wszystkich członków społeczeństwa jako zobowiązania obywatelskie, podczas wojen rozsypują się w pył: szabla okazuje się silniejsza niż idea.
Po wojnie kozackiej odwoływanie się do ruskości staje się w Rzeczypospolitej podejrzane, a prawosławie zaczyna być utożsamiane z Kościołem obcego i wrogiego państwa (które rzeczywiście już niebawem zacznie w swojej polityce zagranicznej grać kartą obrony prawosławnych mieszkańców sąsiedniej Republiki). Jednak i tu nie wszystko jest takie proste, ponieważ spod ułamków doszczętnie na pozór spolonizowanej Rzeczypospolitej w XIX wieku wyłonią się nie tylko Polacy, ale także Białorusini, Litwini, Ukraińcy. Bo przecież skąd się wzięli nasi Rylscy i Antonowicze — historycy, pisarze, etnografowie i działacze społeczni?
Przyjrzyjmy się teraz choćby pobieżnie procesowi powstawania tego „muru berlińskiego” ukraińskiej historii. Innymi słowy: jak Rzeczpospolita stała się wyłącznie polska, a Ukraińcy wyrośli na naród zniewolonych warstw niższych, które z pomocą Kozaków — gdzie rdzeń tej grupy stanowić mieli chłopscy uciekinierzy od panów wyzyskiwaczy — uwolniły się w połowie XVII wieku spod polskiego ucisku. Na „plebeizację” ukraińskiej historii, która następuje na przestrzeni XIX wieku, znaczący wpływ wywarł romantyzm. Dyktował on: naturalna forma państwa to jeden naród z jego charakterem, samoistną kulturą i własnym językiem. Istoty tego narodu poszukuje się w folklorze i w heroizowanej przeszłości. Ukraińska historiografia zaraz po swoich narodzinach odrzuca spuściznę Rzeczypospolitej, jakoby całkowicie obcej i wrogiej wobec Ukraińców, czyli mas ludowych. Wtóruje jej literatura piękna, w tym autorzy sprawujący rząd dusz: Taras Szewczenko — z powodów osobistych, wszak urodził się jako chłop pańszczyźniany — oraz Nikołaj Gogol, który przemawiał już z pozycji całkowicie imperialnych. Silnie zakorzeniona w ideologii państwowej Imperium Rosyjskiego była również ówczesna oficjalna historiografia, której efekty działań odczuwamy do dziś.
Ten proces zostaje domknięty przez wielką narrację historyczną, która na przełomie XIX i XX wieku wyszła spod pióra Mychajły Hruszewskiego — epokowo rozległy obraz ciągłości istnienia historycznego narodu ukraińskiego od Rusi Kijowskiej do ruiny po śmierci Bohdana Chmielnickiego. Praca Hruszewskiego to intelektualny projekt legitymizacji Ukraińców jako wspólnoty, która pojawiła się w najdawniejszej przeszłości, istniała nieprzerwanie, także w ramach obcych państw, jednak dążyła do niepodległości. Aby scalić różne historie ukraińskich ziem w jeden nurt, należało znaleźć rdzeń, wokół którego można byłoby zebrać fragmenty przeszłości. Hruszewski deklarował, że zamierza napisać nie historię polityczną (nielinearną), tylko historię „narodu”, „masy ludowej”, która pomimo zależności od obcych państw nieustannie walczy o swoje wyzwolenie. Skupił więc uwagę przede wszystkim na powstaniach kozackich przeciwko polskiej niewoli, które pozwoliły Ukrainie „przebudzić się” i „wyrwać spod cudzego prawa”.
Nic dziwnego zatem, że rola głównego wroga dostała się u Mychajły Hruszewskiego Polakom i Polsce utożsamianej z Rzecząpospolitą, w której granicach po unii lubelskiej (1569) znalazły się wszystkie ukraińskie ziemie. Wcześniejszy okres, kiedy Wołyń, ziemia kijowska i duża część Podola wchodziły w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego, Hruszewski postrzegał jako mniej istotny dla syntezy ukraińskiej przeszłości, z wyjątkiem kilku momentów, które miały bezpośrednie znaczenie dla „społecznych i kulturowych procesów ukraińsko‑ruskiego ludu”. Negatywne zmiany następują według Hruszewskiego po zbliżeniu Wielkiego Księstwa Litewskiego z Polską, a unia lubelska doprowadziła do tego, że „ukraińskie życie” było siłą wciskane w polskie wzorce i ulegało polonizacji, aż po rodzimym fundamencie nie pozostał kamień na kamieniu. Od tamtej pory po stronie ukraińskiej trwali tylko chłopi i Kozacy oraz, na upartego, cząstka mieszczaństwa, które straciło na znaczeniu pod wpływem obcego prawa magdeburskiego. Elity zaś, wedle schematu Hruszewskiego, oderwały się od ludu pod względem zarówno kulturowym, jak i narodowym, umacniając swoją asymilacją niebezpieczeństwo śmierci narodu, całkowitej katastrofy gospodarczej i zniewolenia. Dodatkowo żadna z tych grup społecznych nie miała wpływu na procesy polityczne obcych państw.
Konstrukcja intelektualna, którą była wielotomowa Historia Ukrainy‑Rusi (1895–1933) Mychajły Hruszewskiego, okazała się nadzwyczaj wygodna dla radzieckiego wariantu pisania historii, gdzie zniewolone ukraińskie warstwy niższe walczyły z obcymi wyzyskiwaczami o wolność i — finalnie — o „powrót do jedności” z bratnim narodem rosyjskim. W pierwszych latach niepodległości Ukrainy wydawało się, że w nadrobieniu braków w badaniach historycznych pomoże powrót do zakazanych w Związku Radzieckim tekstów z przełomu XIX i XX wieku. Rzeczywiście — zapełniły one pewne luki w wiedzy historycznej, jednak okazały się przestarzałe pod względem koncepcyjnym. Monografia Natalii Jakowenko Ukraińska szlachta od końca XIV do połowy XVII wieku. Wołyń i Centralna Ukraina, która ukazała się w 1993 roku, zadziałała niczym ładunek wybuchowy o wielkiej sile rażenia. Niemniej wiele prac z ostatnich dziesięcioleci, które bezsprzecznie zaświadczyły o istnieniu ukraińskich elit w Rzeczypospolitej — mających własną „ruską” tożsamość i pretensje do odrębnego miejsca na scenie politycznej — nie zdołało podważyć dominacji schematu Hruszewskiego w ukraińskiej historiografii. Połączenie go z istnieniem ukraińskiej szlachty, nawet przy daleko idących modyfikacjach, nie jest natomiast możliwe.
Najwyraźniej nadeszła pora opracowania nowego wariantu ukraińskiej historii, w którym elity zajęłyby należne im miejsce, a historia polityczna Rzeczypospolitej zyskałaby „ukraińską twarz”. Zacząć należy od kwestii podstawowej — jakim państwem była Rzeczpospolita i czy było to państwo wyłącznie polskie. I tu okazuje się, że przewartościowania wymaga nie tylko ukraińska, ale też polska czy litewska historiografia. Idąc dalej, należałoby odejść od tych szablonów, wedle których „krojono” przeszłość w XIX wieku, czyli odrzucić scentralizowane państwo — Imperium Rosyjskie — jako wzorzec normatywny, mający służyć ocenie wczesnonowożytnej Republiki. Warto pamiętać choćby o tym, że w sejmie, który reprezentował państwo — organie ustawodawczym i sądowniczym Rzeczypospolitej — na równych prawach zasiadali posłowie ze wszystkich województw, a każdy z nich mógł zablokować decyzję większości (zarówno o tym, jak i o wielu innych szczególnych cechach tego państwa będzie mowa w niniejszej książce). Żeby jednak powstała nowa narracja o ukraińskiej historii, konieczne będzie ponowne przemyślenie wielu jej kart.
Tymczasem jednak — garść opowieści z życia ukraińskiej szlachty. Proponuję spojrzenie na różne jej światy: świat wyobrażeń o sobie; codzienności szlachcica‑rycerza, skupionego na walce o zachowanie honoru; rodzinny, w którym ściśle i na różnych poziomach splatają się stosunki mężczyzn i kobiet; wielkiej polityki i wartości społecznych. Poniżej zaprezentuję krótko każdy z nich.
Ówczesna kultura rycerska, o której wiemy przeważnie z historii powszechnej, była w istocie bardzo podobna w całej Europie, od Atlantyku aż po brzegi Dniepru. Była to kultura wojowników i tych, którzy się za nich uważali. Honor cenili oni wyżej niż życie, wszak oficjalne pozbawienie czci oznaczało utratę szlachectwa i niezmywalną plamę dla całego rodu. Dlatego stały zestaw wartości, gesty i rytuały dobrego szlachcica pozostają w bezpośrednim związku z jego honorem — fundamentem szlacheckiego istnienia. Niezależnie od tego, co zdawało się stanowić przyczynę konfliktu, ostatecznie zawsze chodziło o zachowanie dobrego imienia.
Głównym źródłem w badaniach nad kulturą szlachecką były dla mnie księgi sądowe. Z województwa kijowskiego za ten okres zachowało się ich niestety zaledwie trzynaście, z bracławskiego — pojedyncze akta, natomiast Wołyń miał więcej szczęścia — mamy tych ksiąg setki. Z tego powodu bohaterami większości opowiastek są właśnie Wołynianie, trzeba jednak pamiętać, że poprzez nich zapewne widzimy także szlachtę pozostałych województw ruskich.
Tę kulturę konfliktu opisał na materiale ksiąg sądowych województwa ruskiego Władysław Łoziński, którego książka Prawem i lewem. Obyczaje na Czerwonej Rusi w pierwszej połowie XVII wieku, opublikowana po raz pierwszy w 1903 roku, miała już wiele wydań. Jednak pojawiła się ona wtedy, gdy na szczególne cechy tego typu źródeł nie zwracano większej uwagi. Łoziński utwierdził więc negatywną opinię o szlachcie, ustaloną już w początkach historiografii polskiej i ukraińskiej — jako o wspólnocie anarchicznej i nieokiełznanej, niehamowanej przez prawo. Tymczasem honor szlachecki nie tylko stawał się przyczyną sporów, ale także nie gorzej niż prawo czy siły porządkowe powściągał emocje i zapewniał należyte przestrzeganie publicznego porządku. Wspólne wartości, wśród których prym wiódł „spokój pospolity” (czyli pokój społeczny), przywoływany przy każdej możliwej okazji, były skutecznie umacniane jako konieczne dla szlachcica.
Normy bywały naruszane, jak to zawsze z normami bywa, ale obawa przed utratą reputacji zmuszała krzywdziciela do zadośćuczynienia ofierze. Wspólnota sumiennie pilnowała wyrównywania rachunków w przewlekłych konfliktach między jej członkami i uczestniczyła w ich rozwiązywaniu, co stanowiło główny jej cel. Tej kulturze poświęcona jest moja monografia Honor, krew i retoryka. Konflikt w szlacheckim środowisku Wołynia (druga połowa XVI — początek XVII wieku) [Честь, кров і риторика, Конфлікт у шляхетському середовищі Волині (друга половина XVI — початок XVII століття), Laurus, Kijów 2014], w której przywołane zostały niektóre historie włączone do niniejszej książki. Dociekliwy czytelnik może też sięgnąć do źródeł, które częściowo dostarczyły tematów poszczególnym opowiastkom, zawartych w mojej publikacji Strategie i rytuały konfliktu: szlacheckie społeczeństwo Wołynia na przełomie XVI i XVII wieku. Źródła i interpretacje (Стратегії та ритуали конфлікту: шляхетський соціум Волині зламу XVI і XVII ст. Джерела та інтерпретації), dostępnej w formie elektronicznej na stronie internetowej Instytutu Historii Ukrainy Narodowej Akademii Nauk Ukrainy. W przedmowie dość obszernie zostały tam wyłożone kluczowe idee mojej monografii.
Rozdział Rodzina szlachecka — portret we wnętrzu skupia się na stosunkach między mężczyznami a kobietami określonych przez normy społeczne i szczególne cechy szlacheckiego sposobu życia. Staram się w nim pokazać różnorodne życiowe okoliczności funkcjonowania ówczesnej rodziny. Interesują mnie przyczyny, które wpływały na zmiany ról kobiecych i męskich w przestrzeni prywatnej i poza nią. Rozdział Nadzorować, nie karząc. Sądowa codzienność mówi z kolei o specyfice sądu i o jego roli w łagodzeniu sporów wewnątrzszlacheckich, a także kontynuuje opowieść o różnych aspektach kultury tej warstwy społecznej, która miała bezpośredni wpływ na funkcjonowanie sądów.
I wreszcie rozdział Aktorzy „wielkiej historii”, skrócony i nieco przebudowany na potrzeby polskiego wydania, to próba pokazania obecności ukraińskiej szlachty w najważniejszych dla obywateli Rzeczypospolitej momentach historii. To opowieść o szlacheckiej kulturze politycznej, o wartościach, które w najtrudniejszych chwilach stawały się źródłem ratunku dla wyborców nowego króla i ich państwa. To właśnie wspólnota wartości pozwalała budować płaszczyznę porozumienia i przywracać spokój powszechny.
Ten ostatni rozdział opowiada o tym, jak ukraińska szlachta adaptowała się w nowym dla siebie organizmie państwowym, jak uczyła się bronić „swego” i stawała się pełnoprawną wspólnotą obywateli, mającą własne, wyraziste oblicze. To podsumowanie rozmowy o poszukiwaniu własnej tożsamości i własnego miejsca w Rzeczypospolitej — ojczyźnie wielu narodów. Choć od dawna zajmuję się problematyką czasów bezkrólewia, to za każdym razem kiedy do niej wracam, ogarnia mnie wielki podziw dla tych ludzi, dla ich zdolności wychodzenia zwycięsko z najtrudniejszych sytuacji.

Ukraińskie światy Rzeczypospolitej ukazały się w roku ważnego jubileuszu — na trzydziestolecie odbudowania przez Ukrainę jej niepodległości. Miała to być optymistyczna książka o przeszłości dla Ukraińców, którzy jeszcze do niedawna opisywali swoją historię epoki Rzeczypospolitej jako jeden wielki narodowy ucisk, który zakończył się krwawym odwetem. Jednak zwycięskie bitwy nie są równoznaczne z wygraniem całej wojny, zwłaszcza tam, gdzie zwycięzców być nie mogło. „Obcy” bowiem w innych okolicznościach okazywał się tak naprawdę „swoim”: podczas zawieszenia broni pod murami oblężonego przez Kozaków Zbaraża wczoraj zaciekli wrogowie — dziś pobratymcy — mogli razem zapalić fajkę i wymienić się nowinami z szerokiego świata. Co więcej, ta sama Rzeczpospolita, z którą tak zawzięcie walczyła część Ukraińców — Kozacy — pozostała przy nich na zawsze, przede wszystkim jako to, co najtrwalsze (mimo braku materialnej formy): wyobrażone czy idealne wzorce urządzenia swojego miejsca w świecie oraz wartości, które wyznaczały postrzeganie siebie samego, innego i władzy. U zmierzchu Hetmanatu Kozacy z dumą będą nazywać samych siebie szlachtą, bronić swojego honoru szlacheckiego i szukać swoich korzeni w przeszłości Rzeczypospolitej, bo właśnie szlachectwo było dla nich przepustką do wyższych stanów obcego Imperium Rosyjskiego.
Przemilczana przeszłość, wypchnięta poza granice pamięci zbiorowej, wcześniej czy później o sobie przypomni, zwłaszcza gdy okazuje się ważną częścią teraźniejszości, a tak naprawdę — przyszłości. To, że ta książka mówi o sprawach ważnych dla Ukraińców, od razu wyczuli jej czytelnicy. Może nawet wcześniej niż ja sama, bo dla mnie ci ludzie z przeszłości od dawna stanowią element codziennego życia, a opowiadanie o nich jest w dodatku moim zawodowym obowiązkiem. Potwierdzały to nie tylko dwie ukraińskie nagrody książkowe, ale przede wszystkim poruszające wpisy na Facebooku: opuszczając dom po wybuchu wyniszczającej wojny, wraz z najbardziej niezbędnymi rzeczami niektórzy zabierali także Ukraińskie światy Rzeczypospolitej. Wśród czytelników, co najcenniejsze, znaleźli się również ci, którzy od pierwszego dnia wojny bronią nieba nad Ukrainą.
Wojna, rozpętana przez russkij mir w celu ostatecznego rozwiązania „kwestii ukraińskiej”, nie tylko ujawniła długie trwanie Rosji jako imperium w rozmaitych jego formach, ale też pokazała, jak fundamentalnie różni się od niej Ukraina. Wprost na naszych oczach odsłaniał się rozłam cywilizacyjny między dwiema częściami tej — jeszcze do niedawna — pozornie wspólnej przestrzeni. Tak naprawdę ta „wspólność” była jednak wytrwale, przez stulecia, pielęgnowanym projektem imperialnym. Na szczęście nieudanym mimo ogromnych zasobów imperialnego państwa, mimo obłożenia w XIX wieku języka i kultury ukraińskiej niemal totalnymi zakazami, mimo „dyscyplinowania” Ukraińców przy użyciu Wielkiego Głodu i krwawego terroru w wieku XX. Uparte próby rozstania się z rosyjskim imperium, podejmowane przez Ukrainę w ciągu ostatnich trzydziestu lat, z kulminacją na Majdanie w 2014 roku, zostały odebrane jako sygnał do działania. Imperium nie mogło istnieć bez Ukrainy ani bez przywłaszczonej ukraińskiej historii i kultury. Na ulicach Irpienia i Buczy, nazwanych na cześć rosyjskich klasyków, rozstrzeliwano Ukraińców. W okupowanych miastach wyciągano z magazynów pomniki Lenina i starannie zamalowywano nieobecną w rosyjskim alfabecie literę „i”. Ukraińcom „przypominano”, że stanowią część „wielkiego narodu rosyjskiego” o jednej wspólnej historii, w której różnice są jedynie wynikiem obcych intryg snutych przez Polaków, sztab austro‑węgierski czy współczesnych nazistów. Zarażeni ukraiństwem muszą zostać zlikwidowani — oto sformułowane przez Rosję plany strategiczne „operacji specjalnej” (wszak z koloniami nie toczy się prawdziwych wojen).
Ruch w kierunku przeciwnym — poszukiwanie przez Ukraińców samych siebie w przeszłości, odkrywanie tego fundamentu (starannie zamaskowanego przez imperium) na którym wyrastała ich tożsamość — miał nieoczekiwane skutki. Ukraińcy odnaleźli swoją Rzeczpospolitą, czy może: rozpoznali w niej siebie. Dla mnie, zawodowego historyka, który z nieufnością traktuje zjawiska tak zwanego długiego trwania (zazwyczaj z powodu ich wyraźnej spekulatywności), trwałość kultury wyrastającej z przeszłości sięgającej czasów Rzeczypospolitej była objawieniem. Dzisiejsi Ukraińcy rozmawiali językiem symbolicznym moich dawnych bohaterów. Używając znanych mi z ksiąg sądowych konstrukcji retorycznych, oznajmiali wrogowi, że mają „swoje prawa w swoim kraju”: wolność wypowiedzi, wolność wyboru władzy i jej kontrolowania. Ośmieszali go też wedle reguł szlacheckiego kodeksu. A kiedy ukraińscy dyplomaci i politycy przemówili „nic o nas bez nas”, świat bez trudu na to przystał. Bo argumentem byli Ukraińcy, którzy ustawiali się w kolejkach przed komisjami wojskowymi, do bólu przypominając mi wyczytane w księgach sądowych: „aby w obronie Ojczyzny swojej nie być ostatnimi”. Stwierdzali: „Ukraina to my”. Tak samo jak niegdyś, w ciężkich dla swojej Republiki czasach, mówiła szlachta: „Rzeczpospolita to my”.
Ta książka jest próbą pokazania, przede wszystkim ukraińskiemu czytelnikowi, jak różnorodna i nadzwyczaj interesująca była jego przeszłość. Opowiada o podmiotowości przodków dzisiejszych Ukraińców w Rzeczypospolitej, tworzonej przez nich wspólnie z przodkami dzisiejszych Polaków, Litwinów i Białorusinów. Rzecz jasna dla niektórych czytelników fakt istnienia w Królestwie Polskim — obok Wielkopolski i Małopolski — także oddzielnej prowincji Rusi będzie pewną niespodzianką. Wszak czytelnik (wychowany na podręcznikach i literaturze popularnej) często wyobraża sobie dawną Polskę w granicach nie tylko Korony, ale całej Rzeczypospolitej. Tymczasem nasi przodkowie byli na te kwestie bardziej wyczuleni. Z jednej strony mieszkaniec Korony Polskiej, niezależnie od pochodzenia etnicznego czy konkretnego „adresu”, mógł określić się w pewnych okolicznościach jako „Polak”, mając na myśli swoją „tożsamość obywatelską”. „Polak” oznaczał tu tyle co Koroniarz albo mieszkaniec Królestwa Polskiego. A jednocześnie ta sama osoba mogła okazać się Rusinem, który przy innej okazji będzie twardo bronił swoich praw, obyczajów, języka, jednoznacznie oddzielając siebie od Polaków z Korony albo „Litwinów” — mieszkańców Wielkiego Księstwa Litewskiego (zarówno Białorusinów, jak i Litwinów). Taki Rusin powie wreszcie, że jego „ojczyzną” jest Ruś, a równocześnie „Rzeczpospolita”, ale nie próbujcie nakładać na jego poczucie tożsamości tego wymyślonego znacznie później, bo dopiero w XIX wieku, i wyświechtanego gente Ruthenus, natione Polonus. Nasz Rusin nie postrzegał tych dwóch „ojczyzn” hierarchicznie, jako „małej” i „wielkiej”. Dla niego Ruś stanowiła podmiot, nie przedmiot, federacji, Rzeczpospolita bowiem, jak stwierdzał na różnych forach, powstała dzięki umowie trzech równoprawnych narodów politycznych — ruskiego, polskiego i litewskiego. Taka Ruś miała własne miejsce na mapie: od 1569 roku składało się na nią sześć województw Królestwa Polskiego — kijowskie, wołyńskie, bracławskie, ruskie, podolskie i bełskie. Niekiedy do tej wspólnoty dodawano również Podlasie, a w 1634 roku dołączy do niej województwo czernihowskie, na zasadach zapisanych w przywilejach lubelskich z 1569 roku dla „Księstwa Kijowskiego” i „Ziemi Wołyńskiej”. Wydawca i intelektualista Jan Januszowski w swoim zbiorze praw Królestwa Polskiego będzie mówił o tym terytorium jako o Księstwie Ruskim, przyłączonym do Korony. Księstwo Ruskie zostanie wspomniane również w przywileju króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego (1669) dla Akademii Zamoyskiej, potwierdzającym nadane jej wcześniej prawa1. O Rusi jako wielkim państwie przeszłości wspominać będą różni autorzy, odsyłający swoich czytelników do pięknych cerkwi i starodawnych ruin na kijowskich wzgórzach. Na tym fundamencie Rusini budować będą swą długą historię, wywodzić stamtąd swoje: prawa, język, religię, genealogie oraz — co ważne dla ich epoki — władzę symboliczną swoich własnych książąt, potencjalnych władców. Aby później oznajmić, że stanowią pełnoprawną trzecią część Rzeczypospolitej Obojga Narodów. To wszystko czytelnik zobaczy w książce, tutaj kluczowe jest pytanie: czyja to spuścizna? Dla którego narodu ta przeszłość stanowi część jego wielkiej narracji, który proces narodotwórczy zakorzenia się w tej historii tak mocno, że nie może bez niej istnieć?
Oczywiście najpoprawniej jest opisywać przeszłość Rzeczypospolitej jako wspólną dla kilku narodów. Historyk nie ma jednak na podorędziu takiego pojęcia jak „Rzeczpospolitańczyk”, a gdyby nawet się znalazło, to spadkobiercy zawsze wolą pamiętać o własnej części wspólnego dziedzictwa. Ukraińcy w XIX wieku pochopnie zrezygnowali ze swego prawa do spadku po Rzeczypospolitej, Polacy zaś ogłosili się jedynymi jej spadkobiercami. Co więcej, znaleźli się w lepszej sytuacji niż Rusini, ich sąsiedzi z Królestwa Polskiego. Nie musieli ani odbijać Piastów z rąk natrętnych przybłędów, którym spodobała się dawna historia cudzego kraju, ani udowadniać swojego dawnego rodowodu na przekór zmianom nazw spowodowanym zawirowaniami historii.
Natalia Starczenko, Ukraińskie światy Rzeczypospolitej, tłumaczenie: Tomasz Hodana, Katarzyna Kotyńska, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków 2024, ss. 504, oprawa miękka ze skrzydełkami, ISBN: 978-83-66419-57-5.
1 Dziękuję Stepanowi Blinderowi za wskazanie tego odwołania.