Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Natalia Starczenko: „Ukraińskie światy Rzeczypospolitej” (W poszukiwaniu własnego imienia)

Choć w idealnej sytuacji badacz dziejów powinien zachowywać chłodny umysł oraz dystans wobec przedmiotu swych studiów, przeszłość niekiedy go dopada i uderza w najbardziej prywatne „ja”, sprawiając, że odległe w czasie wypadki przeżywa on jak osobiste doświadczenia.
Taka właśnie historia przydarzyła mi się z unią lubelską, która — jak twierdzą wszystkie „wielkie narracje” ukraińskiej historiografii — rzekomo nie została w Ukrainie zauważona, lub jeszcze gorzej: pozostała niezauważona przez tych, którzy mogliby podjąć walkę o uzyskanie statusu trzeciego członu Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Jak wiemy, na trwającym pół roku sejmie lubelskim (10 stycznia – 12 sierpnia 1569) został podpisany akt zjednoczenia Korony Królestwa Polskiego (inna nazwa — Korona albo „naród polski”) i Wielkiego Księstwa Litewskiego (Księstwo albo „naród litewski”) w nowe państwo1. Zdaniem historyków XIX i XX stulecia szlachta i książęta (elity tego narodu politycznego) województw wołyńskiego, bracławskiego i kijowskiego nie brali udziału w tej wielkiej grze, która zmieniła mapę Europy Środkowo‑Wschodniej. Uważa się, że oderwane od Wielkiego Księstwa Litewskiego trzy województwa ukraińskie zostały przyłączone do Korony za śmiesznie niską cenę — nadanie przywilejów służących głównie książętom i szlachcie.
I oto pewnego dnia, kiedy przeglądałam diariusz sejmu lubelskiego, nagle zrozumiałam z pełną jasnością, że szlachta tych województw nie miała najmniejszych szans, by wybrnąć z sytuacji i doprowadzić do stanu, jaki pomimo wszystko osiągnięto pod koniec maja 1569 roku. Obiektywnie rzecz ujmując — nie miała i koniec. Delegacja Wielkiego Księstwa Litewskiego przez prawie dwa miesiące starała się utrzymać podmiotowy charakter swojego państwa w traktacie unijnym z Koroną Polską. Próbowała, lecz nie była w stanie oprzeć się ogromnej presji ze strony króla, senatorów koronnych i szlacheckich posłów, którzy twierdzili, że nowa umowa jest niepotrzebna, bo w przeszłości wszystko już ustalono i wypracowano formułę złączenia się „w jedno ciało i jeden naród”. Jeżeli zaś Litwinom2 nie podoba się coś w prawach koronnych, będzie to można potem wspólnie naprawić. Dwie zasadniczo odmienne koncepcje — pełne złączenie w jedną całość dwóch narodów politycznych versus luźna ich konfederacja — nie dawały szans na osiągnięcie porozumienia. Z tego powodu, mimo deklaracji o wzajemnej miłości braterskiej, Litwini w końcu opuścili sejm w nocy z 28 lutego na 1 marca, gdy rozeszły się wieści, że król zamierza ogłosić unię w polskim wariancie. Nie powstrzymała ich nawet pilna konieczność znalezienia sojusznika na wojnę z Moskwą, która pobrzękiwała już szablami pod Wilnem. Mieli zresztą prawo wyjechać — sam król zapewnił im je rok wcześniej na wypadek niemożności dogadania się z Koroniarzami3. Pewnie, że konstytucyjna zasada „nic o nas bez nas” (nihil novi), od roku 1505 stanowiąca w Koronie Polskiej fundament szlacheckich wolności, nie zostanie naruszona. Pomysł wyjazdu należał do wojewody wileńskiego Mikołaja Radziwiłła „Rudego”. Radziwiłł się jednak przeliczył — krok ten popchnął uczestników sejmu do bardziej radykalnego działania.
Tuż po odkryciu nieobecności Litwinów (bez których dalsze prowadzanie rozmów o unii teoretycznie nie miało sensu) oburzeni Koroniarze oświadczyli, że będą kontynuować obrady, a w międzyczasie „przywrócą” Koronie to, co się jej od dawna należało — Wołyń i Podlasie, „bezprawnie utrzymywane” przy Wielkim Księstwie Litewskim. Ułożono naprędce przywilej mówiący o prawach Korony do tych ziem, a na Wołyń wysłano uniwersał, polecający tamtejszej szlachcie przybycie do Lublina i złożenie przysięgi na wierność królowi oraz nowej ojczyźnie. Ani Litwini, ani Koroniarze nie przypuszczali oczywiście, że szlachta z głębokiej prowincji Wielkiego Księstwa wystąpi raptem jako świadoma swoich praw i wolności wspólnota, żądając podmiotowego traktowania w kwestii, na której zęby połamali sobie poważniejsi pretendenci do autonomii. Po otrzymaniu królewskiego dekretu Wołynianie zwołali na 29 marca „sejmik”, na którym zredagowali petycję o następującej treści: nie mamy nic przeciwko unii, nie chcemy jednak, „żeby nas, ludzi poczciwych, a sobie całkiem w wierze i cnocie równych, ktoś — od czego Boże uchowaj — prawem albo dekretem pozyskiwać miał”. W zamian zaproponowali zwołanie odrębnego sejmu przy granicy Korony i Wołynia oraz ustalenie warunków zjednoczenia na drodze rokowań. W sejmiku uczestniczył zapewne miejscowy wojewoda — książę (kniaź) Aleksander Czartoryski, na którym spoczywał obowiązek zwoływania szlacheckich zjazdów, obecni mogli być również (choć nie musieli) starostowie: łucki (a także bracławski i winnicki) — książę Bohusz Korecki, oraz krzemieniecki — książę Mikołaj Zbaraski. „Złożony chorobą” wojewoda kijowski książę Konstanty Wasyl Ostrogski pozostawał w Tarnowie, w listach zapewniając króla o swojej lojalności. Poza Wołyniem byli też inni przedstawiciele tamtejszej elity, wojewodowie: bracławski — książę Roman Sanguszko, oraz trocki — książę Stefan Zbaraski. Oznacza to, że nie tyle magnaci, ile głównie szlachta, oświadczając kategorycznie „nic o nas bez nas”, postanowiła zadecydować o swojej przyszłości i stać się aktywnym graczem na scenie politycznej.
Przysięga Wołynian, wyznaczona pierwotnie na 3 kwietnia, nieoczekiwanie się opóźniła. Uczestnicy sejmu zaczęli więc domagać się od króla większej stanowczości, żądając, by zwlekającym skonfiskowano majątki i odebrano urzędy. Tymczasem wołyńscy możnowładcy donosili monarsze o poważnych kłopotach ze zdrowiem, uniemożliwiających przybycie na sejm. Był wśród nich katolicki biskup łucki Wiktoryn Wierzbicki, który niespodziewanie dla posłów koronnych powiadomił o swej „obłożnej” chorobie w języku ruskim, co — odczytane jako wyraz solidarności z resztą Wołynian — wzbudziło wśród obecnych na sejmie wielkie oburzenie.
Zagrożeni utratą dóbr i stanowisk obywatele Wołynia ostatecznie przybyli na obrady pod koniec maja — prawie dwa miesiące po upływie wyznaczonego terminu złożenia przysięgi. W Lublinie zaproponowano im ten sam wariant unii, do którego przekonywano wcześniej przedstawicieli całego Wielkiego Księstwa: bracia‑Wołynianie, przez wieki oderwani od swej ojczyzny‑Korony i całego narodu szlacheckiego, powrócą do niej, przyłączając się do koronnych praw i przywilejów. Jedynym warunkiem była przysięga, potwierdzająca ich wierność królowi i Koronie. I oto wysoką retorykę o przyjaźni i miłości burzy oświadczenie wołyńskich posłów wygłoszone 23 maja w obecności całego zgromadzenia: złożymy przysięgę, jeśli wy wszyscy — król, senat i izba poselska — złożycie podobną przysięgę nam (całkiem możliwe, że instrukcję w powyższej kwestii reprezentanci Wołynia otrzymali od reszty szlachty ze swojego województwa jeszcze przed wyjazdem na sejm). Choć autor diariusza jest lakoniczny — Wołynianom odmówiono i przysięgali — to musiała się wówczas odbyć dyskusja, której nie zapisano w dzienniku sejmowym. Potwierdzają to wydarzenia następnego dnia.
Na 24 maja wyznaczono przysięgę książąt, która — jak się wydawało — była sprawą przesądzoną. Coś jednak poszło nie tak. Głos zabrał książę Bohusz Korecki, oświadczając, że przysięgę winien składać nie tylko ten, „kto do kogo przystaje”, lecz także ten „co go do siebie bierze”, akcentując tym samym umowny charakter tak zwanej inkorporacji. Po Koreckim wystąpił dworzanin królewski książę Konstanty Wiśniowiecki, przypominając monarsze, że jego koronowani przodkowie postępowali zawsze zgodnie z prawem i w niczym nie umniejszali wolności przodków tych, którzy stoją przed królem. W imieniu „wolnego narodu”, który „poczciwością” nie ustępuje nikomu w świecie, Wiśniowiecki oświadczył, że robią wszystko z własnej woli, by nie uchybić swej szlacheckiej „zacności” i swoim wolnościom.
Uczestnicy sejmu byli zaskoczeni zarówno żądaniami Wołynian — anonimowy kronikarz sejmu wspomni jedynie, że były liczne — jak i uporem, z jakim książęta obstawali przy swoim. Król wraz z senatem i z posłami, zdziwieni pojawieniem się nowego „narodu”, który tak niespodziewanie proklamował swoje istnienie, po krótkiej naradzie rozpoczęli od perswazji. Zapewniali, że nawet przez myśl im nie przeszło, by w czymkolwiek uchybić wołyńskim „braciom”, którym zaproponowali wszak dołączenie do swoich praw jak równym do równych: „zawżdy równy z równego się weseli, a my sobie waszmościów za równych być we wszem równymi rozumiemy, przeto też z waszmościami braterstwa pragniemy”. Jeśli zaś Wołynianie — przekonywali — zechcą potwierdzenia jakichś swoich „wolności”, które kłócą się z koronnymi, to zadecyduje się o tym wspólnie. Głos zabrał monarcha, oświadczając z urazą, że nigdy nie naruszał praw swoich poddanych, zawsze zważał na ich swobody i wolności, na własne sumienie i na Boga. Co ważne, obiecał również, że w razie potrzeby poszerzy prawa mieszkańców Wołynia. Przytaczający te przemowy autor diariusza zasadniczo nie relacjonował towarzyszącej im atmosfery, jednak napięcie i tumult w sali sejmowej oddaje krótka adnotacja: „Potem było cicho. Nie mieli się ku przysiędze”. Możecie to sobie wyobrazić? Pośród agresywnej większości dysponującej wszystkimi możliwymi instrumentami władzy stoi grupka ludzi, za którymi nie ma ani państwa, ani żadnego innego, formalnego bodaj, oparcia dla autonomii — jedynie pewność siebie i przekonanie, że są: „narodem poczciwym, który żadnemu innemu narodowi nie ustępuje”. Choć doskonale wiem, co się zaraz wydarzy, i tak mam gęsią skórkę.
Kiedy opowiadałam tę historię przyjaciołom, czasem któryś z nich nie wytrzymywał i wchodził mi w słowo: „… i co, nie złożyli przysięgi?”. Muszę wówczas zawieść oczekiwania słuchaczy — cudu nie było, przysięgę jednak złożyli. Po niezręcznej pauzie zabrzmi jeszcze replika księcia Wiśniowieckiego: „My przyjechaliśmy dobrowolnie; przeto nic z musu nie czynimy”. A pośród wrzawy, która znów się podniesie, kropkę postawi król: „Dajcie waszmoście pokój im, nie namawiajcie ich waszmoście, boć to im wolno przysiąc albo nie przysiąc. Nie dzieje się tu nic z niewoli, jeno za dobrą wolą. Jeśli nie chcą, niechże odejdą, a ja postąpię wedle prawa”. Była to jawna zapowiedź odebrania urzędów i majątków, ostatnia chwila oddzielająca przeszłość od przyszłości, którą dla siebie i swojego narodu mieli wybrać wołyńscy książęta.
Cud się jednak wydarzył! Wołynianie osiągnęli coś, czego przez dwa pierwsze miesiące sejmu nie zdołali osiągnąć Litwini. W beznadziejnej sytuacji udało im się uzyskać prawo do samodzielnego opracowania przywileju regulującego warunki przyłączenia ziemi wołyńskiej (województw wołyńskiego i bracławskiego) do Królestwa Polskiego, który został potem zatwierdzony przysięgą Zygmunta Augusta i jego następców na tronie Rzeczypospolitej. Do tego dokumentu zostaną wpisane: nienaruszalność granic, gwarancja dla „swojego” prawa, urzędowy status języka ruskiego, równouprawnienie prawosławnych i katolików oraz różne inne postanowienia; w przyszłości, by zachować w nowo powstałej Rzeczypospolitej podmiotowy charakter, będzie się można do nich odwoływać. Szlachta Wołynia napisze przywilej nie tylko dla siebie, lecz również dla mieszkańców Bracławszczyzny oraz województwa (czy, jak zanotowano w dokumencie, „księstwa”) kijowskiego. Ten „poczciwy naród” odegra też niemałą rolę w przyłączeniu do Korony Kijowa — symbolicznej bramy Rusi‑Ukrainy. Siedemdziesiąt lat później prawnuk autorów przywileju, ówczesny kasztelan czernihowski Adam Kisiel z Brusiłowa, mógł oświadczyć, występując wprawdzie na innym sejmie, ale czując powagę stojącej za nim tradycji: „Przyłączyliśmy się do tej wspólnej ojczyzny naszej nie jak do kraju, ale wespół z krajem”.
Gdy ktoś twierdzi, że w roku 1991 niepodległość sama spadła Ukraińcom z nieba, najczęściej nie pamięta, jak wiele kosztowała ona krwi i uporu. Uporu wyraźnej mniejszości, która wbrew okolicznościom, a często też zdrowemu rozsądkowi, mówiła: „jesteśmy narodem, i to narodem poczciwym, który w niczym nie ustępuje innym”. Budowała tym samym coraz trwalszy fundament dla kolejnych pokoleń. Z pewnością mamy swoje miejsce w boskim planie, ale najlepsi z nas ciągle płacą za nie wysoką cenę, bo wykupując prawo do bycia narodem, płacą nie tylko za siebie, lecz także za wszystkich innych.

W diariuszu sejmu lubelskiego odnotowano niejasny epizod, na który historycy nie zwrócili zapewne uwagi. 18 stycznia 1569 roku Litwini poprosili króla, by pozbawił etnicznych Polaków urzędów koniuszego i kuchmistrza. W odpowiedzi król przypomniał, że urzędy te nadał — na prośbę i za zgodą samych Litwinów — tym, którzy od dawna mieszkają w Wielkim Księstwie, mają tam majątki (są „osiedli”) i wzięli za żony przedstawicielki miejscowych rodów. Litwini odrzekli na to, że wówczas były inne okoliczności, teraz zaś, w perspektywie zawarcia unii, nie chcą, by podobne przypadki służyły w przyszłości jako precedens. Autor dziennika zaznaczył: „Była snadź tam ich szeroka rozmowa, doraźliwa [przykra]. Między Litwą też samymi z sobą ostra była rozmowa starosty [generalnego] żmudzkiego [Jana Chodkiewicza] z kniaziem Wasylem, książęciem Ostrogskim, wojewodą kijowskim, przed królem”.
O co mógł się spierać prawosławny książę Konstanty Wasyl Ostrogski ze starostą żmudzkim, kalwinistą, Janem Chodkiewiczem w trakcie dyskusji na temat urzędów? Warto w tym miejscu sięgnąć do przeszłości. Zgodnie z warunkami unii horodelskiej z 1413 roku prawosławni nie mogli obejmować najważniejszych urzędów w Wielkim Księstwie Litewskim i mieli być usunięci z kręgu bliskich doradców wielkiego księcia, a w związku z tym — pozbawieni wpływu na życie polityczne państwa. W roku 1511, naruszając te zapisy, Zygmunt Stary nadał hetmanowi wielkiemu litewskiemu księciu Konstantemu Ostrogskiemu, wyznawcy prawosławia, urząd kasztelana wileńskiego w uznaniu jego zasług wojennych. Litwini to przemilczeli; kiedy jednak bohatera bitwy pod Orszą (1514) król nagrodził urzędem wojewody trockiego, podnieśli gwałt. Koniec końców monarcha musiał obiecać na piśmie, że w przyszłości nie będzie łamał nadanych im praw.
Ze szczególną zaciętością zwalczał wówczas Ostrogskiego kanclerz wielki litewski Olbracht Gasztołd, jeszcze do niedawna jego dobry przyjaciel. W liście z roku 1525 adresowanym do królowej Bony Gasztołd pisał, że przykry incydent uchybia wprowadzonej przez Witolda tradycji, zgodnie z którą państwem winni kierować wileńscy katolicy. Kanclerz uderzał przy tym w czułe struny, opisując Ostrogskiego i jego protektorów — Radziwiłłów — jako ludzi nieprzychylnych parze królewskiej. Hetmana nazywał „ruskim książątkiem”, podkreślał jego niskie i ubogie pochodzenie oraz nie szczędził pogardliwych epitetów, przypominając, że reprezentuje Rusinów, którzy nie zasługują na miano godnych obywateli. Nie omieszkał przy tym zjadliwie napomknąć o „ruskiej chytrości” i „ruskim wiarołomstwie”. Wrogość Gasztołda była bez wątpienia spowodowana tym, że w walce o władzę i wpływy konkurował on z Ostrogskim, cieszącym się w tamtym czasie zaufaniem i życzliwością króla. Znaczące jest jednak samo przeciwstawienie „my — oni”, „Rusini — Litwini” („prawosławni — katolicy”), którego w przypływie emocji użył litewski wielmoża.
Dyskryminacja prawosławnych elit została zniesiona dopiero przez Zygmunta Augusta w przededniu zawarcia unii (przywileje z 1563 i 1568 roku), co miało być dla wyznawców prawosławia przykładem jej rozlicznych zalet. Wątpliwe jednak, by książę Konstanty Ostrogski zapomniał o przeszłości, co mogło na samym początku sejmu lubelskiego stać się powodem konfliktu, o którym wspomniał autor diariusza. Pozwolę sobie zauważyć, że gdy w roku 1587, w trakcie trzeciego bezkrólewia (po śmierci Stefana Batorego), sekretarz nuncjusza papieskiego pisał o księciu Konstantym Ostrogskim jako o potencjalnym kandydacie do tronu, podkreślając jego bogactwo i ogromny autorytet oraz sławę mądrego, uczciwego i dobrego pana, zaznaczył również, że ani Polacy, ani Litwini nie zgodzą się na kandydaturę księcia z uwagi na jego ruskie pochodzenie i wierność prawosławiu.
Dystans między południowo‑wschodnimi krańcami Wielkiego Księstwa a centrum w przededniu unii lubelskiej oraz stosunkowo niewielkie zaangażowanie elit tych ziem w struktury władzy centralnej musiały wśród mieszkańców Wołynia, Kijowszczyzny i Bracławszczyzny wzmacniać poczucie odrębności od reszty terytorium państwa litewskiego. Wielką politykę uprawiano w Wilnie, mimo że wołyńscy książęta znacznie przewyższali pochodzeniem tych, którzy mieli na nią realny wpływ. Nie bez przyczyny wołyńska szlachta składała na sejmach prośby, by Zygmunt August dołączył do rady wielkoksiążęcej starostów łuckiego i włodzimierskiego oraz marszałka ziemi wołyńskiej — przedstawicieli regionu (niestety bezskutecznie). O chęci zagwarantowania sobie oddzielnego miejsca w Litwie świadczy też potwierdzenie (1547) przez szlachtę wołyńskiego przywileju ziemskiego — regionalnych praw, które formalnie przestały obowiązywać wraz z wprowadzaniem w roku 1529 ogólnopaństwowego I Statutu litewskiego. Wołynianie woleli jednak mieć przy tym własne normy prawne, choćby symboliczne, ponieważ w ówczesnym sposobie postrzegania prawa to właśnie odrębne przepisy i swobody konstytuowały podmiotowy charakter danej wspólnoty. Jak wielką wagę przywiązywali sami Wołynianie do przywileju, świadczą ich żądania wyrażane w trakcie odbywającej się w czerwcu 1545 roku rewizji zamków wołyńskich, aby zwołać wspólny sejm do Łucka, gdzie „znajduje się nasz główny przywilej ziemski”.
Na Kijowszczyźnie i Wołyniu istniały również odrębne „sejmy” ziemskie — organy kolektywnej władzy miejscowej szlachty. Wołyń posiadał także oddzielny urząd marszałka wołyńskiego. Większość propozycji uchwalanych na zebraniach wołyńskich i przedstawianych na sejmach Wielkiego Księstwa Litewskiego w formie pakietów „próśb” do władcy (dość licznych) pozostawała zazwyczaj bez odpowiedzi — dotyczyło to szczególnie spraw o znaczeniu zasadniczym. Do takich należała na przykład prośba z roku 1554 o ustanowienie lokalnych (powiatowych) sądów i o przejście pod ich jurysdykcję książąt oraz „panów” — reprezentantów wyższych warstw stanu szlacheckiego, którzy wedle prawa zwyczajowego cieszyli się wyjątkowym przywilejem pozostawania w jurysdykcji sądu wielkoksiążęcego. Na sejmie Wielkiego Księstwa Litewskiego 1565–1566 Wołynianie wnieśli prośbę, by książęta ruszali na wojnę nie pod własnymi chorągwiami, lecz w składzie chorągwi powiatowych (pospolitego ruszenia). Oświadczyli też, że trzeba uregulować kwestię ucieczek szlacheckich poddanych do dóbr magnackich. Jak widać, na wołyńskich sejmach, gdzie opracowywano podania do króla, o swoich potrzebach mówiła otwarcie średniozamożna szlachta, często działając wbrew interesom miejscowych elit — książąt i panów. Dobry przykład tego, jak na sejmach bronić prawa do udziału w życiu politycznym kraju, po sąsiedzku dawała Wołynianom szlachta Królestwa Polskiego, starająca się przeprowadzić szeroką reformę państwa. W czasie antymoskiewskiej kampanii wojennej w roku 1562 pod Witebskiem szlachta Wielkiego Księstwa Litewskiego spisała petycję do króla z żądaniem natychmiastowego zwołania wspólnego sejmu z Koroną i rozstrzygnięcia kwestii unii (przy zachowaniu autonomii Wielkiego Księstwa). Wśród trzech wyprawionych do króla posłańców znalazł się Wołynianin sędzia ziemski łucki Hawryło Bokij, który przejawiać będzie nadzwyczajną aktywność na sejmie lubelskim.
Jakieś wyobrażenie o nastrojach ogółu szlachty ziem ruskich może dać anonimowy tekst opowiadający o wydarzeniach, które miały miejsce w Lublinie od 4 do 6 marca 1569 roku, trzy dni po wyjeździe Litwinów. Najbardziej prawdopodobny autor relacji, kasztelan podlaski Maciej Sawicki, tak opisywał odczucia części swych krajanów: „byliśmy zawsze u nich w niemiłości, w fukaniu, a nie dufali nam panowie litewscy, jako jednych psów wystrzegając się, musieliśmy się czuć. Nie panu wojewodzie wileńskiemu ani staroście żmudzkiemu służymy, tylko królowi polskiemu i [zarazem] samemu wielkiemu księciu litewskiemu”. Szlachta z Podlasia zauważyła również, że litewscy magnaci Mikołaj Radziwiłł „Rudy” i Jan Chodkiewicz przywłaszczyli sobie w Litwie wielkoksiążęce prerogatywy, a do mieszkańców innych regionów odnosili się jak hospodarowie.
Jak pamiętamy, wołyńska szlachta (czy przynajmniej jej liderzy), która 29 marca 1596 roku spisała petycję do króla, proponując odrębny sejm dla mieszkańców Wołynia i Korony, najwidoczniej była już świadoma własnej podmiotowości oraz otwierających się wraz z akcesem prowincji do Królestwa Polskiego perspektyw.
O podmiotowym charakterze mieszkańców Wołynia świadczy również zdarzenie, do którego doszło w trakcie obrad sejmowych 6 lutego 1569 roku. Wołyńscy posłowie oświadczyli wtedy, że powinni oni na posiedzeniach głosować przed Żmudzinami, a nie po nich. Głos w tej sprawie zabrali książę Konstanty Wiśniowiecki, marszałek hospodarski Wasyl Zahorowski, podkomorzy włodzimierski Aleksander Siemaszko, chorąży wołyński Hrehory Hulewicz i już wspomniany Hawryło Bokij. Król zaproponował Wołynianom i Żmudzinom, by głosowali po kolei, jednak ten pomysł nie mógł rozwiązać dawnego sporu. Problem pojawił się bowiem po raz pierwszy w roku 1529 na sejmie wileńskim, na którym małoletni Zygmunt August miał być podniesiony na tron Wielkiego Księstwa Litewskiego. Przed rozpoczęciem uroczystości, kiedy kierowano przedstawicieli różnych ziem na wyznaczone dla nich miejsca, Wołynianie nie chcieli zasiąść obok Żmudzinów. Mimo że ci pierwsi otrzymali siedziska dokładnie na wprost monarszego tronu, miejsca Żmudzinów mogły wydawać się Wołynianom „godniejsze”. Czy ta właśnie okoliczność miała tu znaczenie, czy może wołyńscy książęta i panowie unieśli się honorem i nie zamierzali siedzieć obok nie aż tak rodowitej, ich zdaniem, Żmudzi — trudno powiedzieć. Fakt jednak pozostaje faktem. Z jednej strony byli dumni reprezentanci Wołynia, choćby już nieistniejącego, ale jednak księstwa — wysoko urodzeni, mężni i — wedle słów Zygmunta Herbersteina — najwaleczniejsi spośród całej Litwy. Z drugiej zaś — nieznaczni wprawdzie i nie nazbyt wpływowi, lecz dumni i nie mniej waleczni Żmudzini, którzy stali się częścią Wielkiego Księstwa nie wskutek podboju, lecz dobrowolnej ugody, i którym zdarzało się buntować przeciw władzy wielkoksiążęcej.
Konflikt z 1529 roku nie został zakończony i dlatego trzydzieści sześć lat później wybuchł ponownie na sejmie walnym wileńskim 1565–1566. Tym razem posłowie ziemi wołyńskiej oświadczyli, że chcą głosować przed Żmudzinami, a nie po nich. Historia przechowała imiona dumnych Wołynian i przynajmniej o części z nich będzie jeszcze mowa: klucznik łucki Aleksander Żórawnicki (późniejszy starosta łucki), wspomniany sędzia łucki Hawryło Bokij, sędzia ziemski włodzimierski Bohdan Kościuszko Chobołtowski oraz łucki podkomorzy Michajło Serbin Horohoryński. Wołynianie „pilnowali” wielkiego księcia na sejmie, a ponieważ sprawa nie została rozstrzygnięta, udali się w ślad za władcą i jechali za nim z Wilna aż i zażądali wypisu potwierdzonego wielkoksiążęcą pieczęcią, by swoje spisane postulaty mieć pod ręką.
W 1568 roku na sejmie grodzieńskim Wołynianie ponownie oświadczyli, że zgodnie ze „starodawnym zwyczajem” mają głosować przed Żmudzinami. Tym razem dodali, że dostojnością przewyższają nie tylko Żmudź, lecz nawet całą Litwę. Króla nie interesowały te pretensje, a że sprawa wiązała się z nieuniknionymi stratami wizerunkowymi, zaproponował, by do ostatecznego jej rozstrzygnięcia strony głosowały na zmianę. Później, jak pamiętamy, konflikt po raz kolejny daje o sobie znać na sejmie lubelskim, a po czterech miesiącach sprawa kończy się radykalnie — Wołynianie przyłączają się do Korony Polskiej.
Z kolei delegacja Litwinów, która pod kierownictwem Jana Chodkiewicza wróciła do Lublina na początku kwietnia 1569 roku, najwyraźniej nie podejrzewała, że Wołynianie prezentują odmienne stanowisko, zadeklarowane na sejmiku już pod koniec marca. W swojej przemowie Chodkiewicz podkreślał, że w celu pozytywnego załatwienia sprawy unii należy zapomnieć o inkorporacji Wołynia i Podlasia. Traktował więc te regiony jako część terytorium Wielkiego Księstwa Litewskiego, którego przyszłość miała się decydować w Wilnie, a nie w Lublinie, ani tym bardziej w Łucku. Pewne nadzieje na solidarne działanie dawali litewskim możnowładcom książęta, którzy do ostatniej chwili zwlekali z jednoznacznym wyrażeniem opinii, starając się utrzymać dobre relacje zarówno z krewnymi, jak i z przyjaciółmi z Litwy.
Postawa Wołynian na sejmie lubelskim pod koniec maja 1569 roku była zatem niespodzianką nie tylko dla Koroniarzy, lecz także dla Litwinów. Podobnie jak zaskakujące były kolejne wydarzenia, o których Chodkiewicz informował wojewodę wileńskiego i największego przeciwnika unii Mikołaja Radziwiłła „Rudego”: mieszkańcy Wołynia, zająwszy miejsca pomiędzy posłami koronnymi, inicjują przyłączenie do Korony Kijowszczyzny. A kilka dni później dodawał: pretendują już nie tylko do Kijowa, ale i do Brześcia Litewskiego. Hawryło Bokij twierdził na sejmie, że Wołyń rozciąga się aż do Narwi i Jasiołdy (lewego dopływu Prypeci). Bokij, którego Koroniarze ze względu na rozległą wiedzę nazwali „chodzącą kroniką”, miał na myśli północną granicę dawnego Księstwa Halicko‑Wołyńskiego. Ostatecznie sama szlachta brzeska, dowiedziawszy się o przyłączeniu do Korony Wołynia, wyprawiła swoich posłów na sejm, przykazując im, by nie wracali bez zawarcia unii, ponieważ nie chcieli rozłączać się „z bracią swoją, panami Wołynianami”. Ci zaś starali się przeciągnąć do Korony wszystkich „swoich”, czyli tych, których uważali za członków „swego poczciwego narodu”. Można przypuszczać, że chodziło o stworzenie jakiejś ruskiej enklawy na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej. Z kolei Litwini zostali w końcu zmuszeni, by dostrzec w Wołynianach odrębną społeczność z własnymi priorytetami. Podskarbi wielki litewski Mikołaj Naruszewicz pisał w liście do wojewody wileńskiego, że obywatele Wołynia „spieszyli się do unii” nie tyle pod naciskiem Koroniarzy, ile z własnej woli, a niektórzy z nich, choćby wspomniany Bokij, działali przeciwko Litwie nie gorzej niż Polacy.
Niezależnie od rozbieżnych opinii koronnych uczestników sejmu w kwestii przyłączenia do Królestwa Polskiego województwa kijowskiego (słychać było pragmatyczne głosy o ogromnych wydatkach na obronę wschodnich terytoriów i wypłacie tradycyjnych „upominków” dla Tatarów) 5 czerwca o przyszłości Kijowa zadecydowano zgodnie z oczekiwaniami reprezentantów Wołynia. Twierdzili oni, że Kijów jest częścią ziemi wołyńskiej oraz bramą do niej i do Podola, przez którą Litwini z zemsty wprowadzać będą Tatarów. Prócz tego książę moskiewski pragnie podbić miasto — stolicę metropolii ruskiej, tereny te zatem potrzebują ochrony, którą może zapewnić jedynie Rzeczpospolita. 6 czerwca książę Konstanty Ostrogski jako wojewoda kijowski potwierdził przysięgą inkorporację Kijowszczyzny (bez powiatu mozyrskiego; jego starostą był Mikołaj Radziwiłł „Rudy” i uczestnicy sejmu prawdopodobnie nie chcieli niepotrzebnie drażnić ambicji największego przeciwnika unii).
Nie wszystko jednak było takie proste. Wojewoda krakowski Stanisław Myszkowski słusznie zauważył, że Korona, odrywając terytoria od Wielkiego Księstwa, będzie musiała zapłacić Litwinom ustępstwami w sprawie unii i zgodzić się na znacznie swobodniejszy związek pomiędzy dwoma państwami, niż to pierwotnie planowano. I rzeczywiście, Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie zostały połączone na zasadach federacyjnych, choć w akcie unijnym wspomniano, że polityczne narody polski i litewski łączą się w jedno. Odnośnie zaś do retoryki przywilejów królewskich nadanych ziemi wołyńskiej (województwu wołyńskiemu i bracławskiemu) oraz „księstwu kijowskiemu” to nie zawierały one żadnej wzmianki o odrębnym narodzie ruskim. Padało w nich za to stwierdzenie, że wszystkie stany tych terytoriów przyłączają się do Korony „jak równych do równych, wolnych do wolnych ludzi, a jako własny i prawdziwy członek ku pierwszemu i własnemu ciału a głowie”. W jedną Rzeczpospolitą złączyły się zatem na równych prawach dwa państwa, natomiast świeżo wcielone do Królestwa Polskiego województwa ruskie — już jako jego część — otrzymały szeroką autonomię. Żądanie zwrócenia województw ukraińskich Wielkiemu Księstwu Litwini nieraz jeszcze wysuną w momentach kryzysów politycznych, jednak obywatele ziem „inkorporowanych” będą twardo obstawać przy lubelskich paktach, a Rzeczpospolitą często i chętnie nazywać w swoich deklaracjach „miłą ojczyzną”.
Jeszcze w trakcie sejmu lubelskiego Wołynianie kategorycznie zdystansowali się do dawnych współobywateli z Litwy. 21 czerwca w izbie poselskiej odbyła się burzliwa dyskusja nad możliwością wykorzystywania pieczęci Wielkiego Księstwa na aktach unii, które w przyszłości mieli potwierdzać następcy Zygmunta Augusta. Głosy były podzielone: jedni twierdzili, że dwie pieczęcie mogą być odbierane jako symbol dwóch państw, co jest rzeczą niedopuszczalną, inni z kolei przezornie przestrzegali, że litewska pieczęć to sprawa drugorzędna i nie warto z jej powodu ryzykować powodzenia unii. W sporze zabrzmiał też głos anonimowego mówcy z Wołynia, który w imieniu mieszkańców tego regionu zaproponował trzeci wariant. Rozpoczął on co prawda od stwierdzenia, że „cała sprawiedliwość jest tu po naszej stronie”, dalej radził jednak, by działać na podobieństwo zaganiających zwierzynę w sieć ostrożnych myśliwych: „Dobrze by było, gdybyśmy zaganiali Litwinów, nie raniąc ich”. Przedstawiciel Wołynia mówił zatem „my” i „nasza strona”, czyli utożsamiał Wołynian z posłami koronnymi, robił to jednak po tym, jak ustanowiona została prawna bariera chroniąca jego kraj przed nową „bracią” z Królestwa Polskiego.
Wzmianka o narodzie ruskim obok polskiego i litewskiego pojawi się już w roku 1573, cztery lata po sejmie lubelskim, w tak zwanych artykułach henrykowskich (Articuli Henriciani). Był to jeden z najważniejszych aktów prawnych Rzeczypospolitej, który w roku 1576 zaprzysięgnie nowo wybrany król Stefan Batory, a potem wszyscy jego następcy. Pojawienie się w artykułach tego z pozoru mało istotnego szczegółu było pierwszym krokiem do oficjalnego uznania trzeciego narodu politycznego Rzeczypospolitej.
Widoczne w działaniach Wołynian w okresie od marca do czerwca 1569 roku zdecydowanie, pewność siebie i realizm oczekiwań świadczą o tym, że tożsamość ich wspólnoty, skrystalizowana być może pod naciskiem okoliczności, musiała się ukształtować znacznie wcześniej. Wołyńska społeczność postrzegała samą siebie jako naród z własnym terytorium zabezpieczonym przez przywileje lubelskie, a także z kręgiem rodaków, wychodzącym poza ustalone granice administracyjne. Przynależność do owego narodu, do „swoich”, nie była określana ani poprzez kryterium religijne (nie była równoznaczna z ogółem wyznawców prawosławia), ani przez wspólną staroruską przeszłość (nie była równoznaczna z ogółem Rusinów księstwa). Aktualna pozostaje tym samym konieczność rzetelniejszego zbadania historii ziem ukraińskich w składzie Wielkiego Księstwa Litewskiego. Przypomnę w związku z tym dwa niewielkie epizody z końca XV wieku.
O osobnym miejscu Wołynia w niejednolitej strukturze Wielkiego Księstwa Litewskiego świadczy zaproszenie na sejm, na którym miały się odbyć wybory wielkiego księcia (Aleksandra Jagiellończyka, syna Kazimierza IV). Pismo wysłane na Wołyń przez radę wielkoksiążęcą (panów radę) w roku 1492 mimochodem przypomniało mieszkańcom regionu, że — podobnie jak ich przodkowie — ślubowali oni zawsze stać przy Wielkim Księstwie. Nie była to zapewne figura retoryczna, chodziło raczej o próbę potwierdzenia lojalności Wołynian w obliczu kolejnych pretensji Korony. Warto w tym kontekście przywołać projekt dynastyczny przygotowany przez wdowę po Kazimierzu IV oraz jego synów. Przewidywał on wydzielenie z Litwy (patrymonium Jagiellonów) województwa kijowskiego i przekazanie go na prawach odrębnego księstwa królewiczowi Zygmuntowi, który jako brat dwóch królów i wielkiego księcia litewskiego nie miał — jak się wówczas wydawało — szans na objęcie własnego tronu. W oczach przedstawicieli dynastii symboliczne znaczenie Kijowa — stolicy dawnej Rusi — było z pewnością solidnym fundamentem pod budowę przyszłego państwa dla jednego z nich.
W świadomości współczesnych Ukraińców Wielkie Księstwo Litewskie pozostaje prawie dawnym państwem ukraińskim. Tymczasem warto zwrócić uwagę na opinię Mychajły Hruszewskiego, który uważał, że ziemie ukraińskie połączone były z Wielkim Księstwem mechanicznie i „pozostawały w nim na uboczu, żyjąc swoim własnym lokalnym życiem”.
Natalia Starczenko, Ukraińskie światy Rzeczypospolitej, tłumaczenie: Tomasz Hodana, Katarzyna Kotyńska, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków 2024, ss. 504, oprawa miękka ze skrzydełkami, ISBN: 978-83-66419-57-5.
1 Autorzy ówczesnych pism politycznych „narodem polskim” i „narodem litewskim” określali mieszkańców Korony Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego, nie wszystkich rzecz jasna, a tych jedynie, którzy dysponowali prawami stanowymi: przede wszystkim chodziło o szlachtę, dalej — o duchowieństwo i mieszczan. W niektórych wypadkach pod pojęciem narodu kryła się wyłącznie szlachta — jedyny stan dysponujący pełnią praw politycznych, mający wpływ na funkcjonowanie i reformowanie kraju. Szlachta wraz z królem uosabiała państwo, w związku z czym stosowano też względem niej pojęcie „narodu politycznego”.
2 Litwinami nazywano mieszkańców Wielkiego Księstwa Litewskiego niezależnie od ich pochodzenia etnicznego. Tak będziemy ich również nazywać w tej książce.
3 Koroniarzami nazywano mieszkańców Królestwa Polskiego.