Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Uwagi o konkordacie

Uwagi o konkordacie

Jacek Bartyzel

Jeśliby traktować ze śmiertelną powagą propagandowe alarmy obozu antykatolickiego, to zawarty niedawno (23 VII 1993) konkordat pomiędzy Stolicą Apostolską a Rzecząpospolitą Polską wtrącił nasze państwo w otchłań jakichś „ciemnych lochów Inkwizycji” (z czarnej legendy tej, w gruncie rzeczy, czcigodnej instytucji) i tylko patrzeć, jak na ulicach i placach polskich miast rozgorzeją stosy, z których unosić się będzie mdlący swąd palonych ciał innowierców i bezwyznaniowców.

Niedorzeczność tej przepowiedni okazuje jednak, przy dokładniejszym rozpoznaniu, swoistą racjonalność postępowania jej szerzycieli, to znaczy zgodną z Wolterowskim podjudzaniem przeciwko Rzymowi: „szkalujcie, szkalujcie, a zawsze coś pozostanie!”. Użyteczność tej maksymy była zawsze ogromna, i tak też jest obecnie. Ogromnym sukcesem partii antykatolickich jest bowiem samo wmanewrowanie katolików w sytuację, w której zawartego konkordatu będą musieli bronić nie tylko dlatego, aby zlikwidować jeszcze gorszy stan prawny, pozostawiony przez komunistów, ale będą się też czuć zobowiązani do dowodzenia, iż treść i duch konkordatu odpowiada w sposób całkowicie zadowalający, wręcz – jak się był wyraził pan minister Skubiszewski – wzorcowy, zasadom katolickim.

Do takiej, czysto defensywnej – a więc tysięcznymi dowodami potwierdzonej jako nieskuteczna, bo przynosząca tylko ciągłe postępy cywilizacji przeciwchrześcijańskiej – postawy skłania też wielu katolików, trwała niestety pokusa bycia, jak to określił niegdyś Georges Bernanos, bien-pensants [„dobrze-myślącymi”], to znaczy biernie dostosowującymi się do obiegowych sądów i nastrojów „umiarkowanej” większości. Spróbujmy zatem choć na próbę okazać się „niedobrze-myślącymi” i ocenić czy zawarty konkordat jest rzeczywiście „wzorcowy” i tak korzystny dla religii Chrystusowej i Kościoła, jak to przedstawiają zgodnie jego obrońcy i przeciwnicy.

Zauważmy naprzód, że szczerze katolicka ocena tych (i każdych rozwiązań) nie powinna mieć na oku jedynie tzw. (w języku laickim) „interesów Kościoła”, rozumianych tak, jak „świat” je rozumie, tj. materialistycznie, ale nade wszystko ten prawdziwy, nadprzyrodzony „interes” Kościoła, którym jest krzewienie wiary i moralności dla doprowadzenia dusz ludzkich do zbawienia. Nie będziemy przeto się zastanawiać czy państwo daje Kościołowi – „urzędowi” jakiekolwiek „przywileje”, tylko czy rozumie ono cel misji Kościoła i dopomaga w jego urzeczywistnieniu; czy, innymi słowy, poczuwa się ono do swojej współodpowiedzialności za ów cel zbawczy jako instytucja będąca również wytworem ustanowionego przez Boga prawa naturalnego – oczywiście ponosząc tę współodpowiedzialność w tej mierze, jaką państwu wyznacza jego równoległy i autonomiczny względem organizacji kościelnej (ale nie względem prawa Bożego) charakter.

Wychodząc ze wskazanego tu stanowiska zauważyć możemy z kolei, że znakomita większość postanowień konkordatu określanych przez koła laickie jako „przywileje”, to w gruncie rzeczy elementarne uprawnienia przyznawanego w praworządnym państwie nie tylko wyznaniom, ale w wielu wypadkach zwykłym organizacjom, stowarzyszeniom, a nawet pojedynczym obywatelom, na zasadzie prostej sprawiedliwości. Nie jest więc niczym szczególnym – ani, tym bardziej, „łaską” państwa – przyznanie Kościołowi osobowości prawnej (art. 4), swobody znoszenia się ze Stolicą Apostolską (art. 3), wolności sprawowania kultu (art. 8), jak również: uznanie niektórych (bardzo skąpo!) świąt kościelnych za dni wolne od pracy (art. 9); wyrażenie zgody na prowadzenie nauki religii w szkołach publicznych (art. 12) oraz zakładanie własnych placówek oświatowo-wychowawczych (art. 14); zapewnienie opieki duszpasterskiej nad wojskiem (art. 16) i nad więźniami (art. 17); zgoda na rozpowszechnianie publikacji (nawiasowo zauważmy, że tylko „związanych z jego posłannictwem”, jeśli więc jakiemuś kolejnemu rządowi przyjdzie ochota przeprowadzenia polskiego Kulturkampfu, to zapis ów będzie niezwykle poręczny dla zlikwidowania katolickich mediów) i posiadanie własnych środków przekazu (art. 20); wreszcie zezwolenie działalności charytatywnej (art. 22).

Jaki jest naprawdę stosunek obecnych, lewicowo-liberalnych, rządców państwa do misji soteriologicznej Kościoła możemy zorientować się z konkretów, które wychodzą na jaw przy okazji ustaleń tyczących spraw dla tej misji naprawdę węzłowych, czyli prawa małżeńsko-rodzinnego oraz zagadnień edukacyjno-wychowawczych.

Gdy idzie o pierwszą z wymienionych kwestii, to trzeba niestety z całą stanowczością powiedzieć, że Stolicy Świętej narzucono rozwiązania dwuznaczne i niebezpieczne dla rozwoju cywilizacji chrześcijańskiej w Polsce. Małżeństwu sakramentalnemu, w rozumieniu prawa kanonicznego, przyznano wprawdzie nareszcie (choć właściwie sankcjonując tylko faktyczny od trzech lat stan rzeczy) skutki cywilne, bez upokarzającej katolików konieczności poprzedzania go zawarciem kontraktu przed urzędnikiem państwowym. Cóż jednak z tego, skoro skutki te obwarowano wymogiem przekazania Urzędowi Stanu Cywilnego odpowiedniego zapisu, i to w nadzwyczajnym (pięć dni!) pośpiechu, wytłumaczalnym znów tylko chęcią pokazania kto tu jest naprawdę „ważny”. Gdyby nie ta intencja, czyż nie prościej byłoby przekazać parafiom obowiązek prowadzenia – jak ongiś bywało – ksiąg stanu cywilnego?

Ale, co najważniejsze, państwo nie odważyło się – a raczej ani chciało o tym słyszeć – uznać wszystkich konsekwencji wynikających z zawarcia małżeństwa sakramentalnego, to znaczy przede wszystkim jego nierozerwalności. W obliczu tego faktu szczytem hipokryzji ze strony polskich czynników rządowych należy nazwać podpisanie się pod sformułowaniem art. 11 konkordatu: „Układające się Strony deklarują wolę współdziałania na rzecz obrony i poszanowania instytucji małżeństwa i rodziny, będących fundamentem społeczeństwa”. Zdania tego – w odniesieniu do strony rządowej – nie sposób zinterpretować inaczej, jak za pomocą dobrze nam znanej dialektyki, skoro szanując rzekomo i broniąc tych instytucji, podpisać się pod nauką o „godności nierozerwalności małżeństwa” państwo polskie już nie mogło! A przecież chodzi tu wyłącznie o uszanowanie nierozerwalności małżeństwa sakramentalnego: innowierców i bezwyznaniowców nikt do jego zawierania nie przymusza!

Już po ogłoszeniu tekstu konkordatu jeden z głównych jego (rządowych) negocjatorów – pan minister Jan Maria Rokita z wyraźnym samozadowoleniem oświadczył, że państwo musiało bronić twardo „prawa” (katolików???) do rozwodu. Zauważmy przy okazji, że Pan minister zwierzał się był niedawno publicznie, iż swoją edukację polityczną zawdzięcza konserwatystom krakowskim. Ciekawe byłoby wiedzieć, u którego to ze Stańczyków p. Rokita nauczył się „bronić prawa” do poligamii i poliandrii? Bo nam się coś widzi, że rzekomy adept Stańczyków, acz niewątpliwy Galicjanin, zapatrzył się raczej w inne i wcześniejsze nieco, rakuskie wzory – „józefińskie”. Pamiętamy jeszcze, jak p. Rokita przynaglał Kościół do „popierania reform”; toż tego samego chciał oświecony cesarz Józef II, kasujący „próżniacze” zakony kontemplacyjne, lecz zachowujący łaskawie proboszczów, by nauczali „ciemnych kmiotków” handlu i higieny.

Nie mniejszą dawkę złej woli objawia państwo w art. 12, w którym wprawdzie „gwarantuje” nauczanie religii w szkołach publicznych, ale czyni to: po pierwsze, na zasadzie „tolerancji” (zaiste, niezmiernie łaskawy to i dobrotliwy Pan owo demokratyczne państwo, co zgadza się tolerować naukę tak „niebezpieczną”, jak religia katolicka!); po wtóre zaś, wprowadzając bardzo dwuznaczną formułę zgodności „z wolą zainteresowanych”. Nasuwa się natychmiast pytanie: kto jest tu podmiotem, którego wola będzie brana pod uwagę? Bo jeśli nie rodzice, tylko dzieci (a przecież taka interpretacja jest zupełnie możliwa i trudno nie przewidzieć, ze obóz laicyzacyjny uchwyci się tego z premedytacją), to może się okazać, że ten niefortunny zapis uchyla kolejną furtkę do dziwacznej pajdokracji, którą coraz otwarciej i cyniczniej propagują rozmaici podejrzani „przyjaciele dzieci”. Trzeba też natychmiast zauważyć, że państwo nie gwarantuje w jakikolwiek sposób, by nauczanie innych przedmiotów nie zawierało treści antyreligijnych, podważających w młodych, nie uformowanych jeszcze duszach autorytetu Objawienia, ani nie daje władzom duchownym prawa wglądu w programy pod tym właśnie kątem.

Właściwa to okazja, aby wskazać o czym z kolei konkordat milczeć nie powinien. Zauważmy więc, że nie ma w nim najmniejszej wzmianki o ochronie religii katolickiej przed bluźnierstwem, a Kościoła przed zniesławieniem. Nie ma słowa o tym, jaka jest pozycja religii w państwie ani o tym czy i jak państwo zamierza uczestniczyć w aktach oddawania czci Bogu (co może mieć, niestety, również i ten skutek praktyczny, że powołując się na brak odnośnych ustaleń w konkordacie propagatorzy „państwa świeckiego” będą mogli jeszcze śmielej niż dotąd kwestionować religijny charakter ceremonii państwowych i udział w nich reprezentantów państwa). Aby odcyfrować wszystkie te znaki zapytania, nie ma pewniejszego sposobu, jak przeanalizowanie preambuły konkordatu. Dowiadujemy się oto z owej preambuły, między innymi, że:

  1. wzięty został pod uwagę fakt, iż „religia katolicka jest wyznawana przez większość społeczeństwa polskiego”;
  2. kierowano się „normami dotyczącymi poszanowania prawa człowieka (…) oraz wyeliminowania wszelkich form nietolerancji…”;
  3. uznano, że „fundamentem rozwoju wolnego i demokratycznego społeczeństwa jest poszanowanie godności osoby ludzkiej i jej praw”.

A zatem, nawet przeciętnie tylko bystry obserwator może spostrzec, że w pomienionej preambule język demokratycznej nowomowy zdecydowanie dominuje nad szczątkowymi pojęciami z języka (personalistyczno-)eklezjalnego. Odnośnie do pierwszego z przytoczonych tu sformułowań musimy stwierdzić jego niewystarczalność, albowiem – jak to mocno i pięknie wyraził (na użytek rozważań o programie katolicko-narodowym) w 1955 roku prof. Wiesław Chrzanowski: „Koncepcję naszą opieralibyśmy na światopoglądzie katolickim, nawet gdyby naród polski nie był związany z katolicyzmem, jak to ma miejsce, ponieważ światopogląd ten uważamy za prawdziwy” (Uwagi w związku z uchwałami Pierwszego Centralnego Zjazdu Delegatów S.N. 1955, „Polityka Polska” 1987, nr 10, s. 36).

W związku z punktem drugim zauważmy, że ponownie (a w układzie chronologicznym tekstu – na czele) pojawia się problem tolerancji, wyniesionej nieproporcjonalnie wysoko do rangi normy podstawowej, wzmocnionej nadto typowo sekularną mistyką „praw człowieka”. Tym wymowniejsze jest owo uprzywilejowanie „praw człowieka” (które, jak wiadomo, zyskały dziś już całkowicie subiektywistyczne i roszczeniowe znaczenie), że spotykamy się w preambule (i w ogóle w tekście konkordatu) z całkowitym milczeniem w przedmiocie prawa naturalnego jako podstawy prawodawstwa państwowego, a w konsekwencji i w szczegółowych ustaleniach nie widzimy liczenia się z prawami Boga wobec społeczeństwa politycznego.

Relatywizm, słabo tylko osłonięty wzmianką o poszanowaniu godności osoby ludzkiej, króluje w trzecim z podniesionych przez nas fragmentów preambuły. Stawia się tam bezzasadnie znak równości pomiędzy wolnością a demokracją, wbrew oczywistemu faktowi, że ustrój demokratyczny, gdzie państwo zawłaszcza sobie prawo i obowiązek organizowania prawie wszystkich sfer życia ludzkiego, a osobliwie „wyrównywania szans”, oznacza radykalne zmniejszenie przestrzeni wolności osób w stosunku do ustroju tradycyjnego, opartego i na hierarchii, i na nieingerowaniu państwa w życie społeczne. Zapis ten relatywizuje postanowienia konkordatu również i w tym sensie, iż mógłby on utracić ważność w razie pozbycia się przez naród polski demokratycznej formy rządu.

Pora na wyciągnięcie wniosków z dotychczasowych, analitycznych spostrzeżeń. W ich świetle nie możemy mieć wątpliwości, iż obecne państwo polskie zawarło ze Stolicą Świętą traktat na takiej zasadzie, jak czyni się to w odniesieniu do „zwykłego” państwa świeckiego, z którym kończy się stan wojny lub przynajmniej nieprzyjaźni, ale gdzie w grę nie wchodzi rezygnacja z wyznawania własnej religii państwowej, jaką w obecnych realiach jest najniewąpliwiej – i niestety – demoliberalna religia praw człowieka. Widać jasno, że obecna, „Trzecia”, Rzeczpospolita nie uważa się, i uważać się nie chce, za wspólnotę uczestniczącą w ziemskiej reprezentacji transcendentnej prawdy Boga; że nie pragnie być imperium felix w rozumieniu św. Augustyna, to znaczy „szczęśliwym” z racji wierności temu nadprzyrodzonemu ładowi i prawu. Udziela tylko, z łaski swojego wyłącznie laickiego imperium demokratycznego, pewnych koncesji Kościołowi Chrystusowemu wyznaczających ramy „tolerancji” dla Jego posłannictwa. Nie jest Rzeczpospolita ta zainteresowana zaproponowaniem narodowi polskiemu więzi z Chrystusem, jako świecka gwarantka podtrzymywania tej więzi. Takie oblicze prezentuje światu Trzecia Rzeczpospolita, uważająca się skądinąd za sukcesorkę Pierwszej Rzeczypospolitej, której królowie oddawali siebie i swoich poddanych w opiekę Chrystusowi i Jego Matce.

Uczyńmy na koniec jeszcze i to spostrzeżenie, iż parlamentarzystom katolickim przypadnie mimo wszystko rola obrońców konkordatu w debacie ratyfikacyjnej. Muszą jednak być oni świadomi, że ich głos pro wyznaczony będzie koniecznością uniknięcia najgorszego, czyli państwowości ignorującej całkowicie Pana wszelkiego stworzenia.

Pierwodruk pt. Jakie ‘przywileje’ dla Kościoła?, „Słowo – Dziennik Katolicki”, 10 VIII 1993, nr 241.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.