Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Tomasz Kenar: W poszukiwaniu walijskości „Walijskiej Walii” (część 2)

W poszukiwaniu walijskości „Walijskiej Walii” (część 2)

Tomasz Kenar

Obecna, silna pozycja Plaid Cymru na walijskiej scenie politycznej oraz oblicze ideowe tej partii są przede wszystkim dziełem jej wieloletniego przywódcy i głównego ideologa Gwynfora Evansa. Można zaryzykować twierdzenie, iż ten wybitny i wyjątkowo płodny pisarz polityczny, prawnik i hodowca pomidorów jest dla walijskiego nacjonalizmu tym, kim Roman Dmowski dla polskiego, Henryk Corradini dla włoskiego czy Karol Maurras dla francuskiego. Oczywiście każdy nacjonalizm ma swoją specyfikę, wynikającą z różnic geograficznych, historycznych czy kulturowych i podlega ewolucji. Gdy w 1934 r. Evans zasilał nieliczne wówczas szeregi Plaid Cymru, w partii tej ścierały się ze sobą często skrajnie odmienne poglądy polityczno-społeczne, różne inspiracje zagraniczne i tyleż pomysłów na działalność, których wszak cel miał być jeden – wolna Walia (Jak stwierdzał sam Evans – „The aim of the party has always been national freedom”).

Główny nacisk kładziono na dwa aspekty: gospodarkę i kulturę z dominującym zagadnieniem języka. Pierwszy z nich był ściśle związany ze światowym kryzysem gospodarczym, który szczególnie boleśnie dotknął uprzemysłowioną Południową Walię. Bezrobocie w tym regionie osiągnęło w latach trzydziestych poziom 40%. Wspominałem już o antyindustrialnych rozwiązaniach proponowanych przez Saundersa Lewisa i jego zwolenników. Przywódca Plaid wykazywał się w tym przypadku wyjątkową ignorancją, którą chyba jednak zbytnio się nie przejmował, jak i Południową Walią w ogólności. Był nawet gotów z niej zrezygnować, uznając, że jest na tyle zangielszczona, iż stanowi zagrożenie dla rdzennej kultury walijskiej w pozostałej części kraju. Inny punkt widzenia reprezentował D.J. (Dawid Jakub) Davies. Jest to kolejna barwna postać walijskiego ruchu narodowego. Ten obieżyświat, zafascynowany socjalizmem i syndykalizmem działacz związkowy, „wesoły górnik” (określenie Evansa) związany z irlandzką intelektualistką, przeżył w latach dwudziestych podczas studiów w Danii duchową konwersję na nacjonalizm. Warto podkreślić, że przyczynił się do niej Gronwald Nielsen – dyrektor uczelni, w której Davies był słuchaczem. Jakże symptomatyczny dla niskiego poziomu ówczesnej świadomości narodowej Walijczyków jest fakt, że dopiero na obczyźnie nie-Walijczycy tłumaczyli Walijczykom, że są Walijczykami. Natchniony w ten sposób przez swojego duńskiego mistrza Davies wrócił do ojczyzny i wstąpił do Plaid, skupiając się głównie na wypracowaniu programu gospodarczego. Niczego oryginalnego wprawdzie nie stworzył w tej materii, lansując mieszankę koncepcji syndykalistyczno-spółdzielczych. Istotne natomiast było to, że chciał je realizować w ramach samowystarczalnej gospodarki walijskiej, możliwej jedynie w uniezależnionym od Anglii suwerennym państwie. W ten sposób doszedł do sformułowania fundamentalnego celu, którym miało być osiągnięcie przez Walię statusu dominium w ramach Brytyjskiej Wspólnoty Narodów. Davies zdawał sobie sprawę, że urzeczywistnienie jego pionierskiej, jak na walijskie warunki idei suwerenności, przyjętej zresztą przez Plaid za jeden z celów jej polityki, wymagało rozbudzenia u Walijczyków świadomości narodowej. Do tego potrzebna była odpowiednia edukacja, którą według „wesołego górnika” zapewnić miały walijskie uniwersytety ludowe. Przyznając walce o walijską kulturę znaczenie priorytetowe, Davies był zarazem bardziej wyrozumiały dla języka angielskiego w codziennym życiu swoich rodaków. Między innymi dzięki niemu Plaid przestawiła się na dwujęzyczność, umożliwiając tym samym anglojęzycznym Walijczykom z południa zapoznanie się ze swoimi ideami. Publikacje i prasa w języku angielskim, w końcu przeprowadzka partyjnej centrali z leżącego na północy kraju Caernarfon do anglojęzycznego Cardiff były efektem kluczowego dla Walijskiej Partii Narodowej otwarcia się na południe i akceptacji w swych szeregach języka angielskiego. Wszystko to jednak bynajmniej nie zahamowało pracy na rzecz zachowania i rozpowszechniana walijskiego folkloru oraz walki o równouprawnienie walijskiego języka…

Południowo-walijskie miasta wciąż noszą piętno górniczej, wielkoprzemysłowej przeszłości, co oznacza, że nie grzeszą urodą. Sprawiają wrażenie budowanych naprędce, bez głębszej architektonicznej wizji. Istotnie, w XIX stuleciu, gdy w regionie tym wybuchł boom gospodarczy, trzeba było się śpieszyć, by sprostać lokalowym i społecznym potrzebom migrantów, przybywających z innych stron kraju w poszukiwaniu pracy i lepszej przyszłości. Wprawdzie komercyjne centra na pierwszy rzut oka wydają się kolorowe, estetyczne i przyjemne dla oka, głównie za sprawą różnobarwnej pstrokacizny i taniego blichtru sklepowych wystaw czy stylowych wnętrz licznych pubów i restauracji. Wystarczy jednak podnieść nieco wyżej głowę, by skonstatować architektoniczny miszmasz. Ciężkie wiktoriańskie kamienice przeplatają się z niskimi, betonowymi blokami, przypominającymi polski prowincjonalny socrealizm. W dodatku potomkowie górników i ich zamorscy goście nie przywiązują większej wagi do czystości na chodnikach. Widać to jeszcze wyraźniej w bocznych ulicach, prowadzących na przedmieścia. Te ciasne korytarze jednopiętrowych szeregowców opanowane są z reguły przez orientalne sklepy i bary oblepione tłuszczem, którego ostry zapach nieprzyjemnie kłuje w nozdrza. Znacznie bardziej przyjazne dla człowieka są przedmieścia. Życie snuje się tutaj pośród jednorodzinnych domków, okalanych zielonymi o każdej porze roku, szerokimi trawnikami. W parkach roi się od rozkrzyczanych dzieci, kopiących okrągłą lub owalną piłkę i kołujących nad nimi, równie hałaśliwych mew. Nad tym sielankowym krajobrazem górują leśne wzniesienia. Na niektórych z nich z zielonych mórz wyłaniają się szare wieże normańskich zamków, wzywające do podróży w romantyczną walijską przeszłość. A ile walijskości jest w samych miastach? Niewiele. Dwujęzyczne napisy po pewnym czasie przestają robić wrażenie, szczególnie, gdy zdamy sobie sprawę z martwoty tych o celtyckim rodowodzie. Można nawet odnieść wrażenie, że jest to jedynie całkiem atrakcyjny walor turystyczny, podobnie zresztą jak powiewające gdzieniegdzie biało-zielone flagi z czerwonymi smokami. Enklawami walijskiego folkloru są obecne w centrach większych miast, ulokowane w ich najstarszych częściach sklepy z regionalnymi pamiątkami, przywodzącymi w pamięci polskie Cepelie. Oprócz tandetnych bibelotów, w postaci breloczków, długopisów czy pluszowych smoków, dostępne są również tradycyjne, regionalne wyroby, jak choćby śliczne drewniane walijskie łyżki miłosne. Tradycja przekazywania za pomocą ich przeróżnych kształtów miłosnych wiadomości sięga początków XVII w. O tej mniej odległej historii przypominają choćby czarne figurki górników, no i sławnych rugbistów w czerwono-białych trykotach, których traktuje się tu jak bohaterów narodowych. Zaskoczenie czyha na nas w dziale księgarskim. Tu, obok celtyckich legend i mitów, czytanek dla dzieci do nauki walijskiego leżą książki Gwynfora Evansa. Dla kogoś, kto już dawno przyzwyczaił się do potępiania w czambuł wszystkiego, co wiąże się ze słowem nacjonalizm, jego promocja w zwykłych sklepach z pamiątkami wprawia w zakłopotanie. Ślady walijskości są zatem nieliczne, ale bywają głębokie. W dniu, w którym spisywałem te refleksje, pod drzwiami znalazłem broszurę zachęcającą do wzięcia udziału w referendum. Zwycięstwo odpowiedzi „tak” ma rozszerzyć uprawnienia Walijskiego Zgromadzenia Narodowego. Ostro bijący w oczy tytuł książki Evansa – „The Fight For Welsh Freedom”, dostępnej w sklepie z pamiątkami, zdaje się nie tracić na aktualności… (cdn)

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.