Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Wiceprezes nie umiera nigdy?

Wiceprezes nie umiera nigdy?

Jacek Bartyzel

W tradycyjnej monarchii francuskiej jednym z praw fundamentalnych Korony, tworzących wieczystą konstytucję Królestwa, była niemożność abdykacji króla. Jeżeli nawet jakieś okoliczności zewnętrzne zmusiły władcę do takiego aktu (jak choćby ostatniego prawowitego króla Francji i Nawarry, Karola X, wskutek rebelii lipcowej 1830 r.), to i tak z mocy prawa dynastycznego był on od samego początku nieważny, i wierni poddani (ściślej: ci, co pozostali wierni…) natychmiast „zapominali” o tym nic nie znaczącym wobec Boga i Korony, pozbawionym istotnego znaczenia, świstku papieru, na którym poniżony Sire nagryzmolił swoją rezygnację.

Ta zasada może być mylnie rozumiana przez umysły otumanione nowoczesnymi frazesami, skłonne przeto do postrzegania w niej „kurczowego” trzymania się „stołka”, od którego trzeba dopiero delikwenta „odspawać”. Nic podobnego. Ów zakaz abdykacji jest jedną z konsekwencji zupełnego wykluczenia w monarchii legitymistycznej pierwiastka woluntarystycznego. W monarchii tradycyjnej ani instalacja króla, ani jego działanie, nie mogą zawierać nawet ułamka subiektywnej woli. Monarchia to świat prawa obiektywnego, który nie ma w swojej zasadzie niczego „ludzkiego”, żadnej „samo-woli”. Ten, który urodził się na króla (co też nie było przecież aktem jego woli), nie ma prawa zrzec się korony, ponieważ zrzec można się tylko tego, co się posiada, a król nie „posiada” korony, tylko jest jej depozytariuszem. Korona Francji jest „niedysponowalna” (indisponible), stanowi nie własność króla czy nawet dynastii, lecz niematerialną własność narodu. Żaden król ani następca nie tylko że nie może wydziedziczać kogokolwiek, ale także sam abdykować albo uchylać się od przyjęcia należnej mu władzy, bo nie on jest źródłem prawa sukcesyjnego, tylko Bóg i boskie upoważnienie, wyrażone w niezależnym od ludzkiej woli porządku przekazywania korony. Tym porządkiem jest sukcesja pierwotna (naturalna), stworzona przez moc prawa zwyczajowego i przyznana przez nie pewnym osobom. Ona też sprawia, że Francja „ma” zawsze swojego króla, nawet gdy on nie może faktycznie panować, ponieważ „król nie umiera nigdy” (le Roi ne meurt jamais). Można by rzec, że król Francji jest jedynym „niewolnikiem prawa” w całym królestwie. Chory, obłąkany, zniechęcony lub po prostu niezainteresowany panowaniem: trudno, to wszystko bez znaczenia; jest „na musiku” po prostu dlatego, że, chciał nie chciał, JEST TYM, KTÓRY JEST KRÓLEM.

Twarde prawo? Twarde, bez wątpienia. Odbiera ono przecież „jednostce” (wprawdzie tylko jednej, ale zawszeć to jednostka) tak cenione w naszych czasach, ponoć najważniejsze, „prawo do szczęścia” i indywidualnej „samorealizacji” w dowolnie wybranej dziedzinie życia. Jakże dobrze, my współcześni, rozumiemy bohatera sztuki Fryderyka Dürrenmata Romulus Wielki, czyli ostatniego cesarza Zachodu, Romulusa Augustusa, przedstawionego jako „zwykły człowiek”, który z pełną determinacją dąży do zwinięcia podupadłego interesu pod nazwą „Cesarstwo Rzymskie” i odsprzedania go kupcowi ostatniego krzyku mody germańskiej, czyli skórzanych spodni, aby samemu móc zająć się hodowaniem kur. A w wersji bardziej sentymentalno-kuchennej możemy wzruszać się abdykacją Edwarda VIII z miłości do (mocno przechodzonej) rozwódki, Miss Simpson, o perypetiach Lady Di już nawet nie wspominając.

Okazuje się jednak, że w demokracji może panować prawo znacznie twardsze. Oto, dowiadujemy się, że trzej wiceprezesi Prawa i Sprawiedliwości, pp. Ludwik Dorn, Paweł Zalewski i Kazimierz M. Ujazdowski, złożyli rezygnację ze swoich partyjnych funkcji, ogłaszając zresztą natychmiast, że zamierzają pozostać w partii oraz że nie kwestionują przywództwa prezesa partii, Jarosława Kaczyńskiego. Mogłoby się zdawać, że nic w tym nadzwyczajnego, a fakt ów mógłby co najwyżej (pozytywnie) podekscytować ambitne, partyjne wilczki z drugiego szeregu, którym Niebiosa zsyłają niespodziewanie możliwość zajęcia opróżnionych foteli.

Quelle faute! Okazuje się, że ten, wydawałoby się, drugorzędny i obojętny dla szerszej publiczności fakt wywołał wstrząs, którego skutkom, chcemy czy nie chcemy, musimy asystować, za pośrednictwem mediów, wszyscy. Rezygnacja „trzech muszkieterów” okazała się oto kamieniem obrazy dla pozostałych parteigenossen, ba! – crimen laese maiestatis samego Duce ich partii, który wprawdzie właśnie przestał być także Capo del governo, ale przecież i tak ha sempre ragione. Otrzymaliśmy jasny przekaz, że nie wolno tak po prostu zrezygnować z pełnionej funkcji, że czyniąc to jest się, ni mniej ni więcej, tylko zdrajcą. Że winni tej „zbrodni partyjnej” powinni zrezygnować z mandatów poselskich, albowiem ma to ponoć jakiś niejasny związek z honorem. Przy okazji nieoceniony egzegeta wszelakich imponderabiliów – p. Przemysław Edgar Gosiewski y Péron de Włoszczowa – wyjaśnił nam przepastną różnicę pomiędzy „podpisaniem lojalki” a „zobowiązaniem do bycia wiernym”.

Nie wiem jakie były motywy decyzji oraz jakie są polityczne cele i zamiary byłych już wiceprezesów. Szczerze mówiąc, mało mnie to zajmuje. Wcale też nie cieszę się z tego, że PiS po raz kolejny kompromituje się z powodu małostkowości, histerii i „rewolucyjnej” podejrzliwości swoich matadorów, dając tym samym do ręki argumenty swoim wcale nie lepszym od niego – przeciwnie: gorszym – wrogom. Lecz odebrałem następną ważną lekcję: że w demokracji partiokratycznej prawo zwyczajowe może być twardsze niż gdziekolwiek indziej. W monarchii jeden tylko człowiek musiał – dosłownie – poświęcić się dla wspólnoty, złożyć na ołtarzu ojczyzny wszystkie swoje osobiste sprawy: nadzieje, pragnienia, ambicje – cokolwiek. W demokracji partyjnej natomiast nawet wiceprezes nie ma prawa „umrzeć” (politycznie). Oznacza to, że ów zakaz „abdykacji” może w demokracji dotyczyć kogokolwiek, każdego. A jeśli ktoś się będzie „stawiał”, to usłyszy niechybnie: „Podajcie mi szklankę krwi wiceprezesa!”.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.