Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Wielki strach demokratów

Wielki strach demokratów

Jacek Bartyzel

Na początku maja 2003 roku media podały informację o sondażu przeprowadzonym przez OBOP na temat stosunku Polaków do demokracji. Naturalnie, konserwatyści nie mają zwyczaju ekscytować się wydzielinami demokratycznych Pytii. Zatrzymywanie na nich uwagi usprawiedliwiać może jednak fakt, iż sondaż ów dotyczył, bądź co bądź, kwestii kardynalnej, a nie jakichś zmiennych notowań z partyjnej giełdy.

Obwieszczono nam tedy, że demokrację popiera — w różnym stopniu gorącości uczuć — 2/3 obywateli (67%). Pomijając tych, którzy zdania w powyższej kwestii nie mają, swoją niechęć do demokracji zadeklarowało 19% (z czego 5% zdecydowanie, a 14% mniej wyraźnie) Polaków. Jak się okazało z tonu komentarzy dziennikarskich, wyniki te wzbudziły „zaniepokojenie”. Nie podano wprawdzie jasno czyje, ale akcentowano, że „poważne”, co potwierdził fakt zawezwania dyżurnych autorytetów — w tym b. premiera, p. Tadeusza Mazowieckiego — aby objaśnili ów wielce niepokojący fenomen.

W pierwszym odruchu byłem nieco zdziwiony tak nerwową reakcją. Pomyślałem sobie, że gdybym był demokratą, tak zdecydowana większość lubowników demokracji najzupełniej by mnie satysfakcjonowała, a tak nikła — w kategoriach Cyfrokracji — liczba jej przeciwników, skłaniałaby mnie do lekceważenia „zagrożeń”. Liczba antydemokratów wydała mi się zresztą nawet zawyżona w stosunku do moich empirycznych obserwacji, co jeśli jest prawdą, stanowi miłą niespodziankę. Po wysłuchaniu zatroskanych diagnostyków i po własnym głębszym namyśle doszedłem jednak do wniosku, że niepokój miłośników demokracji jest rzeczywiście uzasadniony. „Suwerenny” lud jest bowiem w reżimie demokratycznym bez najmniejszego wytchnienia bombardowany propagandą o dobrodziejstwie i — co jeszcze ważniejsze — tak politycznej, jak moralnej bezalternatywności demokracji. Wszystko, z czym każdy, kto narodził się pod panowaniem idola Demosu, nie może uniknąć zetknięcia się — od przymusowej edukacji po wszechobecne massmedia — jest zaprogramowane na nieustanne wpajanie dwóch niedyskutowalnych pewników: że demokracja jest synonimem i syntezą wszystkie, co dobre oraz, że istnieje tylko jedno przeciwieństwo demokracji, nazywane na ogół mgliście, dziś najczęściej „dyktaturą”, stanowiąc z kolei kloakę wszelkiego zła. Nie-demokratą może być więc jedynie szaleniec, złodziej, zwyrodnialec albo dyszący nienawiścią do ludzi psychopata, a pewnikiem łączący wszystkie te cechy, które skupiają się w ikonach potwornych, orwellowskich „Goldsteinów”, jak wczoraj „Slobo” Miloszevič, a dzisiaj Saddam Husajn. W naszym kraju dochodzi do tego jeszcze sugestia, że antydemokrata to najbardziej zakamieniały pogrobowiec komunizmu. Że nie ma w tym cienia przesady, może potwierdzić każdy, kto trudzi się nauczaniem starszej dziatwy uniwersyteckiej. Zważmy, że ten ułamek młodzieży, który idzie na studia wyższe, przynajmniej z założenia odznacza się ponadprzeciętną inteligencją i zasobem wiedzy. A przecież nawet w tej części populacji pierwsze powiadomienie jej, iż istniały bądź istnieć mogą dobre ustroje inne niż demokracja, wzbudza takie zdumienie, jak gdyby dowiedziano się, że naprawdę w innych rejonach świata istnieją istoty ludzkie, które noszą głowy w dłoniach na wysokości piersi, albo mają troje oczu. Zdumienie to zwiększa się jeszcze, kiedy słuchacze dowiedzą się, że prawie wszyscy wielcy filozofowie, od Platona począwszy, o demokracji myśleli z największym obrzydzeniem. (Dla sprawiedliwości dodajmy, że ci naprawdę bystrzy, szybko się z tym odkryciem oswajają.). Jeżeli tak się rzeczy mają, to demokraci naprawdę mają powody do niezadowolenia: tyle zachodu, i wciąż jeszcze hydra antydemokratyzmu odrasta! Demokratami powinni być przecież wszyscy, no — powiedzmy nie 100, lecz 99,99%, bo ktoś rolę wroga ludu winien personifikować.

Wzmiankowany sondaż zawierał jeszcze jedno — nawet bardziej — interesujące pytanie: o aprobatę dla zastąpienia demokracji dyktaturą, nazwaną tu „rządami silnej ręki”. I okazało się, że przychylny temu okazał się pokaźny odsetek wyborców wszystkich partii parlamentarnych. Nawet najbardziej prodemokratycznie nastawieni zwolennicy Platformy Obywatelskiej, w liczbie 17% byliby skłonni poprzeć takie rozwiązanie, a górny pułap sięgnął nawet 44%.

Tych minimum 17% to przecież nasze potencjalne zaplecze społeczne. Broń Boże nie w sensie „elektoratu”, bo nie w tych kategoriach i horyzontach myślimy. To ludzie, którzy przynajmniej instynktownie czują, że państwo potrzebuje Suwerena; to naturalna „partia porządku”. Oczywiście, istnieje ryzyko, że ten potencjał stanie się siłą uderzeniową plebejskiego „dyktatora z lewa”, „dyktatora sztyletu”, czy raczej w naszych realiach — „łomu i łańcucha”. Demooligarchia też o tym wie, i jej ostatnią szansą jest wzbudzanie obawy w ludziach przyzwoitych, mających dość (że posłużymy się jędrnym, żołnierskim stylem marszałka Piłsudskiego) demokratycznego „burdelu i serdelu”, ale ze wstrętem i obawą obserwujących wzrastające notowania mutacji „króla Ubu”. Bądź co bądź, to wyborcy Samoobrony stanowią ową najliczniejszą grupę zwolenników rządów silnej ręki. Lecz tu właśnie odsłania się nasze zadanie i odpowiedzialność — nas, jak mawiał Maurras, „partii inteligencji”, kadry kontrrewolucyjnej elity, szczupłej, ale przecież uzbrojonej w najskuteczniejszy oręż homo sapiens: m y ś l, reakcyjną doktrynę, zbudowaną na fundamencie wiecznej, absolutnej Prawdy. Nie wiemy kiedy i skąd przyjdzie dyktator, bo wiadomo to jedno, że przychodzi on znikąd. Lecz naszą sprawą jest tak fechtować orężem rozumu, aby nad „tradycjonalistycznym ludem” zapanował nie Lepper czy inny nowy Kleon, ale „dyktator z prawa”; aby demokracja nie utopiła się (i nas razem z nią) w gnoju, lecz żeby sczezła od przeszywającego w lot pchnięcia szpadą. Ta szybka, bezbolesna śmierć, to będzie też nasze dla niej rycerskie miłosierdzie.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.