Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Wobec Unii Europejskiej

Wobec Unii Europejskiej

Jacek Bartyzel

Zbliżanie się terminu referendum narodowego w sprawie akcesji Państwa Polskiego do Unii Europejskiej ponagla również i nas, monarchistów, do zajęcia jasnego stanowiska, od czego nie można się wykręcać metapolitycznym charakterem naszego Klubu. Idzie bowiem o rzecz kardynalną: o byt i przyszłość naszego narodu i naszego państwa — ale także o przetrwanie i restaurację naszej cywilizacji.

Określmy naprzód istniejące warunki „brzegowe”, determinujące w pewnej mierze nasze stanowisko. Z jednej strony jest to intensywna, niezwykle nachalna „europropaganda” kół rządzących — nie tylko zresztą aktualnej, socjaldemokratycznej ekipy, ale całej „klasy medialno-politycznej”, dysponującej dobrze wytresowaną sforą „funkcjonariuszy frontu ideologicznego”, na równi w mediach „publicznych”, co w „niezależnych”. Jej najbardziej odrażającym rysem jest odwoływanie się (przy jednoczesnym pozowaniu na „głębię” oświeconych i oświecających masy mędrców) do najniższych ludzkich instynktów: chciwości i pożądania lekkiego, wygodnego życia na cudzy koszt, tj. z wymarzonych „dotacji” czy „dopłat wyrównawczych”. Tylko po części można tłumaczyć tę metodę niewątpliwie posiadaną, choć głęboko skrywaną, wiedzą członków demooligarchii, że drogą racjonalnej debaty („rządzenia przez dyskusję”, istniejącego tylko w demoliberalnej mitologii) pożądanego przez nią rezultatu osiągnąć się nie da. Wyraża bowiem ta metoda również prawdziwy, a „wieprzowaty” stan ducha tej klasy, która życiowy ideał krowy czy świni: nażreć się paszy, a potem wylegiwać w sianie, nie tylko przypisuje (skądinąd trafnie) „suwerennej” tłuszczy wyborczej, ale również sama go wyznaje — z tą tylko różnicą, że czując się predestynowana do smakowania „paszy” lepszego sortu. Dodatkową, a szczególnie zasmucającą okolicznością jest wciągnięcie do tego agitpropu niektórych księży, a nawet hierarchów Kościoła: widok JE bpa T. Pieronka, jako swoistego dublera indywiduów pokroju p. Wołoszańskiego, który ucieka się do metody szantażu moralno-politycznego („albo Unia — albo Władywostok”), skłania do refleksji nad tym, jak dalece w naszych czasach Kościół uzależnił się od niechrześcijańskiej ex definitione władzy świeckiej, od czego ponoć chciał się uwolnić wypowiadając ongiś „sojusz Ołtarza z Tronem” — jak by nie było katolickim.

Z drugiej strony obserwujemy nieporównanie słabszy, pozbawiony dostępu do mass-mediów, a wręcz w nich bezpardonowo ośmieszany, obóz „eurosceptyczny”. Zasadniczo skupia on środowiska autodefiniujące się jako prawicowe (nie będziemy tu wchodzić w kwestię zasadności tego samopoczucia), lecz nie wyłącznie, bo przecież tego typu nastawienie pojawia się i w ochlokratycznej Samoobronie i w „antyglobalistycznych” ugrupowaniach ultralewicowych — co jest zresztą ogólnoeuropejską prawidłowością.

Prawica „realna” jest jednak w tej kwestii głęboko podzielona. Z grubsza rzecz biorąc można wyróżnić trzy stanowiska. Zdecydowane „nie” dla Unii Europejskiej głoszą: narodowo-katolicka Liga Polskich Rodzin, wegetujące resztówki dawnego obozu narodowego, „romantyczni” niepodległościowcy z formacji narodowo-rewolucyjnej (Narodowe Odrodzenie Polski), nie posiadające w ogóle swojej reprezentacji politycznej środowiska tradycjonalistyczno-katolickie, grupy (a na dobrą sprawę jednostki) „neopogańskie” oraz wyznające niechrześcijański „tradycjonalizm integralny”, wreszcie libertariańska Unia Polityki Realnej. Równie zdecydowane „tak” głoszą demoliberalni konserwatyści z SKL, czysto liberalna Platforma Obywatelska, „rusofobi” z „Gazety Polskiej”, a także — acz posługujące się krańcowo odmienną argumentacją — „postkonserwatywne” środowisko „Stańczyka”. Z kolei główna w latach 90., a obecnie przeżywająca, jak się zdaje, nieprzezwyciężalny już kryzys, formacja konserwatywno-narodowa — ZChN, jak również — najbardziej chyba obecnie atrakcyjne politycznie również i dla naszego środowiska — Prawo i Sprawiedliwość, zajmują stanowisko, świadomie zapewne, niezbyt klarowne, które w uzasadnionym uproszczeniu można sprowadzić do formuły „tak, ale”.

Temu ideowemu zróżnicowaniu towarzyszy również rozmaitość motywacji powodujących „eurosceptykami”. Można je także sprowadzić do trzech zasadniczych powodów: 1/ motywacji patriotycznej (sprzeciw wobec ograniczenia, a w dalszej perspektywie być może zupełnej anihilacji suwerenności narodowo-państwowej); 2/ motywacji religijno-etycznej (obawa przed nasileniem się procesów dechrystianizacyjnych, dokonanych już w krajach UE, jak również przed narzuceniem nam zasadniczo sprzecznego z prawem moralnym ustawodawstwa); 3/ motywacji ekonomicznej, na gruncie której zresztą wysuwane argumenty jaskrawo się krzyżują: o ile bowiem np. UPR odrzuca „eurosocjalizm”, o tyle LPR czy ugrupowania wprost lewicowe widzą raczej zagrożenie „ultraliberalizmem”.

***

Powiedzmy od razu, że dwie pierwsze linie sprzeciwu wobec „integracji” są nam generalnie bliskie. To, że akcesja do UE jest co najmniej ograniczeniem suwerenności, stanowi bezdyskusyjny pewnik. Można spierać się o to, czy cesja części suwerennych prerogatyw państwa może być z pewnych powodów, lub w pewnych okolicznościach, korzystna dla interesu danej wspólnoty narodowej, ale próbować dowodzić, że fakt ten w omawianej sytuacji nie zachodzi, znaczy uprawiać niegodne kuglarstwo, lub po prostu kłamać. Równie oczywisty jest z gruntu niechrześcijański charakter UE w jej obecnym kształcie i głęboko niemoralny kształt jej ustawodawstwa. Niczego tu nie zmienia również tak emocjonująca wielu batalia o invocatio Dei w europejskiej „konstytucji”, bo w istniejących realiach — jak słusznie zauważył pewien nietuzinkowy kapłan polskiego Kościoła — jeśli (co bardziej prawdopodobne) owa inwokacja się nie znajdzie, będzie to grzech przeciwko Pierwszemu Przykazaniu, a jeśli jednak zostanie włączona, to zgrzeszy przeciwko Drugiemu Przykazaniu.

Z drugiej strony, równie jasno powinniśmy dawać do zrozumienia, że z nie każdym rodzajem „eurosceptycyzmu” jest nam po drodze. Dotyczy to w pierwszym rzędzie owych „narodowych w formie, a socjalistycznych w treści” księżycowych „ekonomistów”, którzy chcieliby bronić Huty Katowice i innych PRL-owskich mamutów, „jak niepodległości”, ale również uciekających się do łechtania atawizmów demosu, spadkobierców zawsze cokolwiek partykularnej, a dziś zupełnie anachronicznej postaci geopolityki obsesyjnie skupionej na „zagrożeniu niemieckim”.

Rozpatrując rzeczy w szerszej, niż tylko doraźna, perspektywie, a nawet w fenomenologicznej epoché od sprawy akcesji do UE, musimy stwierdzić, że sama idea unii pomiędzy narodami i państwami nie tylko, że nie jest nam obca i niemiła, ale wręcz stanowi ona nasze najcenniejsze i najpiękniejsze doświadczenie historyczne — zwłaszcza w postaci Unii Polsko-Litewskiej. Epoka, w której pod berłem Jagiellonów znalazły się Polska, Litwa, Czechy, Węgry i jeszcze kilka innych pomniejszych krain, była przecież czasem tworzenia naszego własnego Imperium. Jego wspomnienie pozostało trwałym składnikiem najśmielszej, najwyżej szybującej polskiej myśli politycznej, która — mówiąc słowami Wyspiańskiego — nigdy nie zaprzestała myśleć o tym, aby na Wawelu „zgromadzić mnogie ludy na wiec”. Można wręcz powiedzieć, że „unionizm” jest swoiście polską doktryną ustrojową, której rozmaite warianty (idea federalistyczna Piłsudskiego, „polska idea imperialna” neokonserwatystów z „Buntu Młodych”, „Wielka Polska” Doboszyńskiego, „Imperium Słowiańskie” Konfederacji Narodu) snute były w każdej prawdziwie polskiej szkole politycznej. Idzie jednak o to, że unia może być pożądana i trwała tylko, jeśli budowana jest na fundamencie realnych, historycznych wspólnot narodowo-państwowych, a nie przez ich zniszczenia w kosmopolitycznym tyglu, oraz — co równie ważne — pomiędzy kulturami narodowymi należącymi do tej samej cywilizacji, tj. wyznającymi tę samą metodę życia zbiorowego. Czym wobec tego może być Unia Europejska, i co znaczy wówczas słowo „Europa”, jeśli serio rozważa się chociażby przyjęcie do niej Turcji lub Izraela, należących do zupełnie innych cywilizacji?

Również w abstrakcji od spraw bieżących, i równie dobitnie, powinniśmy stwierdzić, że nie bylibyśmy przeciwnikami integracji międzypaństwowej, gdyby sprowadzała się ona li tylko do zniknięcia pewnego typu „państwa narodowego”. Chcemy być jednak dobrze zrozumiani: nie chodzi nam o „państwo narodowe” w ogóle, ale o pewien typ i pewne — lecz jednak dominujące w naszych czasach — pojmowania tego, czym jest „państwo narodowe”. Idzie nam o takie państwo, które jest wytworem Rewolucji Francuskiej i jej jakobińskiej ideologii quasi-narodowej, którą bliscy nam nacjonaliści tradycjonalistyczni (na czele z Karolem Maurrasem) nazywali słusznie „nacjonalitaryzmem”. Jego produktem jest bowiem państwo demokratyczno-centralistyczne, oparte na „dogmatach” typowo nowożytnej herezji politycznej: 1/ teorii suwerenności ludu/narodu jako prawowitego źródła władzy; 2/ pojmowania narodu tylko przez pryzmat biologicznej etni i języka, więc w konsekwencji prowadzącego do tępienia wszelkiego regionalizmu (także językowego) i zniszczenia autonomii prowincjonalnej, do scentralizowanego państwa rządzonego przez klasę biurokratów wprowadzających powszechny glajchszaltung; 3/ identyfikacji „narodu” z ujednoliconą w prawach i obowiązkach masą jednostek, w logicznej konsekwencji zrównaną także w prawach wyborczych, a pozbawioną zakorzenienia i tożsamości w zhierarchizowanych stanach i korporacjach, posiadających właściwe sobie i tylko sobie obowiązki i przywileje; 4/ całkowitej sekularyzacji polityki, skoro władza nie pochodzi już „z góry” (od Boga), tylko „z dołu” (od ludu). Takie państwo „narodowe”, czyli naprawdę „nacjonalitarno-demokratyczne”, jest niczym innym, jak produktem egalitarnej pasji niwelacji, manifestacją plebeizmu. Gdyby zatem rzecz sprowadzała się dzisiaj wyłącznie do demontażu takiego typu państwa, ale na rzecz wspólnoty bardziej transcendentalnej, powracającej do duchowego universum „supranarodowej” Christianitas przedrewolucyjnej, w obrębie której współistniały monarchie narodowe w tym sensie, że ich narodowi dynaści byli „federatorami” różnorodnych szczepów, stanów, prowincjonalnych i miejskich „republik”, to takie „państwo narodowe” pożegnaliśmy bez najmniejszego żalu. Ale nie na tym przecież integracja dzisiejsza polega: przeciwnie — jest ona niczym innym, jak przeniesieniem na poziom kontynentalny jakobińskiego modelu zarazem atomistycznego i totalitarnego państwa-Lewiatana.

Ostatnią kwestią, którą należy rozważyć najpierw in abstracto, jest nasz stosunek do Europy i idei jedności europejskiej. Tu również nie powinno być żadnych wątpliwości: tak, jesteśmy „za” Europą, bo za czymże innym mielibyśmy być? Europa od tysiąca lat była, jest i będzie naszą „większą ojczyzną” cywilizacyjną, czemuż zatem nie miałaby być w końcu także „większą ojczyzną” polityczną. To przecież ideał, o którym marzyli zawsze najwięksi Europejczycy: Karol Wielki, Otton III, Dante, cesarz rzymski i król Hiszpanii Karol V, Novalis, Napoleon, Hoene Wroński, Pessoa, Evola i tylu innych. Jesteśmy za jednością Europy również dlatego, że nie możemy nie płakać, jak Żydzi nad brzegami Babilonu, nad upadkiem Europy w następstwie bratobójczych agonów o beznadziejne próby narzucenia jedności siłą przez jeden naród i jedno państwo, i nad jej współczesną degradacją do poziomu prowincjonalnej guberni Imperium Amerykańskiego. Przypomniana ostatnio — bo przecież nie wymyślona — przez autorów „Stańczyka” wizja Imperium Europejskiego, jako wyższej, polityczno-duchowej, transcendentalnej jedności, jest naprawdę porywająca i godna tego, by poświęcić jej serca i umysły, bo tylko połączenie sił istotnie przywrócić może skarlałej Europie należne jej, z racji najwyższego poziomu sił duchowych, jakie ktokolwiek i kiedykolwiek wytworzył, panowanie nad światem, odeprzeć nowy napór Orientu na Zachód i zdetronizować dzisiejszych hegemonów — jankeskich „heretyków” europeizmu. Jednak nieprzekraczalne są dwa warunki przesądzające o naturze Imperium Europaeum: 1/ musi być ono całkowicie współistotne z ortodoksyjnym, rzymskim chrześcijaństwem (Jedno Imperium — Jeden Cesarz, więc i Jeden Kościół — Jeden Papież), albowiem — jak pisze Ludwik Sorel — „nie ma Miasta bez Sacrum”; 2/ jedność imperialna nie może być budowana kosztem poniżenia narodów i ich historycznych państwowości, lecz musi stanowić „jedność w różnorodności” i wyższą formę „supranacjonalizmu” europejskiego, który nie rozwodni poczucia narodowego w kosmopolityzmie, lecz raczej pogłębi je dzięki usunięciu z jednej strony lęku o własne istnienie każdego narodu, z drugiej zaś — szowinistycznego wyabsolutnienia tego, co jest częścią większej całości.

Pozytywnie, choć tylko, rzecz jasna, w grubych zarysach, konkretyzując ten porządek (który winien opierać się na zasadzie prawdziwej, a nie deklaratywnej subsydiarności) należałoby wskazać trzy dopełniające się poziomy integracji, z których każdy posiadałby właściwy mu typ suwerenności (która wbrew temu, co się czasem twierdzi, jest stopniowalna).

Pierwszy to samorządna prowincja w zdecentralizowanym państwie narodowym, zaspokajająca wszystkie słuszne potrzeby i aspiracje wspólnot lokalnych, w tym narodowości i szczepów, które (jak Bretończycy, Walijczycy czy Baskowie) mają własną tradycję kulturalną, i często nawet państwową, lecz historia dawno już złączyła je z pokrewnymi szczepami w jedną narodowo-państwową wspólnotę przeznaczenia. Wszystkim prowincjom winna zatem przysługiwać suwerenność społeczna, a w wypadku prowincji wyraźnie narodowościowych — suwerenność narodowa.

Drugi szczebel to państwo narodowe. Koniecznym warunkiem zachowania jego niepodległości jest całkowita swoboda wyboru swojego ustroju wewnętrznego oraz suwerenność prawodawcza. Wykluczone są tedy jakiekolwiek „standardowe uregulowania”, narzucone przez władzę unijną, i odrzucona być musi zasada nadrzędności prawa unijnego nad państwowym. Państwo narodowe zachowuje zatem suwerenność polityczną wewnętrzną oraz tę część suwerenności politycznej zewnętrznej, które nie scedowała — z niezbywalnym prawem do jej wycofania — na rzecz władzy „imperialnej”.

Poziom najwyższy to Imperium będące konfederacją państw europejskich, reprezentowanych przez Kongres suwerenów wszystkich monarchii i republik, wybierających — jako Kolegium Elektorów Świętego Cesarstwa — dożywotniego imperatora Europy, koronowanego przez papieża. Każdy kolejny imperator nie może być wybrany z tej samej dynastii lub z tego samego państwa, co jego poprzednik, a jeśli w chwili elekcji jest królem lub prezydentem któregoś z państw, musi zrezygnować z tego urzędu. Prerogatywami zastrzeżonymi imperatora są wyłącznie kwestie polityki imperialnej. Jest on zatem piastunem najwyższej suwerenności politycznej, tak jak papież — najwyższej suwerenności duchowej i moralnej. Papież jest także rozjemcą w sporach pomiędzy państwami i posiada „władzę zwalniającą” od posłuszeństwa imperatorowi, lecz jedynie w razie popadnięcia tegoż w apostazję. Pod zwierzchnictwem imperatora pozostaje armia europejska, lecz nominacja jej naczelnego wodza musi być kontrasygnowana przez Kongres suwerenów. Szefowie rządów, marszałkowie izb parlamentów państwowych, prezesi Sądów Najwyższych, naczelni wodzowie korpusów narodowych oraz prezesi Akademii Sztuk i Nauk tworzą — wraz z prymasami Kościołów partykularnych jako parami duchownymi — Święty Senat Imperium, jako organ konsultacyjny cesarza Europy. „Izba niższa” parlamentu na poziomie imperialnym jest zbędna, ponieważ siłą rzeczy dążyłaby do obejmowania swoją działalnością legislacyjną państw, a zatem naruszałaby ich suwerenność wewnętrzną.

Zarysowany tu trójszczeblowy ustrój imperium byłby zatem także pewną formą klasycznego „rządu mieszanego” (regimen commixtum): „demokracji” na poziomie prowincji, „arystokracji” na poziomie państwa i „monarchii” na poziomie imperium.

***

Czy istniejąca w obecnym kształcie instytucjonalnym i w wymiarze duchowym oraz cywilizacyjnym „brukselska” Unia Europejska może być — jak chcą niektórzy — choćby jakimś punktem wyjścia do budowy rzeczywistego Imperium Europaeum? Naszym zdaniem, jest to nie tylko mało prawdopodobne, ale wręcz wykluczone. Na każdym punkcie bowiem UE reprezentuje zasadę dokładnie przeciwną idei Świętego Imperium.

Na planie duchowym jest ona nie tylko laicka i sekularna, ale fundamentalnie przeciwna Społecznemu Królestwu Chrystusa; stanowi wprost najważniejszy instrument zaprowadzania tego, co Norwid nazwał wymownie „cywilizacją przeciw-chrześcijańską”. Szczególnie żenujący w tym kontekście jest demagogiczny argument, którym lubią żonglować chętni do kolaboracji z Brukselą purpuraci: że apostołowie nie bali się „wchodzić” do pogańskiego imperium rzymskiego. Przecież nie wchodzili oni tam po to, by prowadzić „dialog” międzyreligijny, „pluralizm” i „pokój”. Gdyby takie były ich zamiary, nie napotkaliby żadnego sprzeciwu: Rzym był bowiem bardzo „tolerancyjny” i bez najmniejszych oporów przyjąłby jeszcze jednego Boga do swego Panteonu, w zamian wymagając „tylko” jednego: uznania państwowej theologia civilis — wtedy kultu cezarów, którego odpowiednikiem dziś jest w UE „religia praw człowieka”.

Na planie politycznym narody i państwa nie są dla Brukseli „filarami nośnymi” wspólnoty, lecz wrogiem, którego należy obezwładnić i zniszczyć: przez skrępowanie odgórnym ustawodawstwem, wnikającym drobiazgowo we wszystkie sfery życia społecznego, przez uzależnienie ekonomiczne systemem dotacji i subsydiów, przez podsycanie antypaństwowych separatyzmów, wreszcie przez stymulowanie nieprzerwanego potoku imigracji ludów innych ras i cywilizacji, a w rzeczy samej pokojowej kolonizacji Europy, która poprzez wymieszanie się nomadów z autochtonami doprowadzić ma do zupełnego zaniku tożsamości kulturowej starych narodów europejskich, zastąpionej melanżem prymitywnej, identycznej wszędzie pop-kultury.

Na planie imperialnym wreszcie nie ma żadnych wiarygodnych oznak, iżby konstruktorzy Europy „brukselskiej” mieli jakiekolwiek intencje przyczyniania się do budowy „Europy europejskiej”, zdolnej podjąć rywalizację z Imperium Americanum. W samym tym pomyśle jest zresztą sprzeczność wewnętrzna, skoro „prounijni” zwolennicy Imperium sami przyznają, że „brukselczycy” są jedynie prowincjonalnymi mandatariuszami hegemona amerykańskiego.

Tylko złudne nadzieje może także budzić argument o faktycznym oddemokratyzowaniu procedur decyzyjnych w UE. To prawda: „demokracja” jako ustrój jest już tylko fasadą, skrywającą rzeczywiste rządy demooligarchii. Ale ideologia demokratyczna — groźniejsza niż sama demokratyczna technika wyborcza — jest wciąż „religią panującą”, i nic nie wskazuje na to, by miała ona stracić rychło swoją przydatność dla rządzących. Nie może być dla nas także rzeczą obojętną typ i jakość elity, która mogłaby być arystokracją imperialną. Ta bowiem, która jest sytuacyjnie elitą UE, składa się z ludzi mentalnie i charakterologicznie skażonych wszystkimi herezjami nowożytności, na czele z konstruktywizmem, oraz hedonistycznej; z tego typu nie da się ukształtować zastępu „rycerzy św. Graala” i urzeczywistnić ideę przepojonej etosem ascetycznym hierarchii społecznej.

O czymkolwiek zatem zamyślają proimperialni zwolennicy Unii — o zrzuceniu demoliberalnych masek przez konstruktorów UE, o przechwyceniu władzy drogą procedur formalnie istniejących, czy też o „przewrocie” — w każdym wypadku jest to mrzonką lub „pobożnym życzeniem”. Ocenę realistyczną odnajdujemy raczej w stwierdzeniu, iż „obecnie nie może zaistnieć żadna forma europejskiej jedności”, ponieważ „system polityczny Europy jest przegniły od środka” i „każda próba konsolidacji niesie ze sobą ryzyko przedłużenia życia tego systemu” (Arnaud Guyot-Jeannin).

***

Konkluzja musi tedy być jednoznaczna. Nasza manifestacja sprzeciwu wobec akcesji do UE jest nie tylko sprawą honoru, „rejtanowskiego” gestu w obronie niepodległości, ale również wierności idei prawdziwej Europy i prawdziwego Imperium.

Oczywiście, pozostaje pytanie, co dalej, skoro jest nieomal pewne, że establishment zrobi wszystko, aby referendum się „udało”. Na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi, acz wcale z tego nie wynika zachęta do uprawiania „polityki beznadziei”. Nasza sytuacja po akcesji będzie trudna, lecz nie trudniejsza niż tych narodów, które już mają swoje baraki w brukselskim kołchozie. Pod jednym względem nawet nieco się poprawi, albowiem stan obecny, kiedy już faktycznie straciliśmy suwerenność, wypełniając posłusznie wszystkie zachcianki unijnych komisarzy i żebrząc o przyjęcie, nie mamy nawet tych formalnych uprawnień, które wynikają z członkostwa.

Zasadniczo nadziei należy upatrywać w czymś, co na pierwszy rzut oka może wydawać się scenariuszem katastroficznym. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują bowiem, że brukselska Wieża Babel runie z większym hukiem niż wieże WTC i szybciej niż się spodziewamy, z powodu swojej najważniejszej sprzeczności wewnętrznej. Jest nią nie co innego, jak utopia wielokulturowości, która umożliwia podbój Europy przez masy reprezentantów cywilizacji mających za nic „prawa człowieka”, czy „tolerancję”. Kiedy ta masa krytyczna wybuchnie, zamiast demoliberalnych mydłków, pouczających nas o „prawach kobiet” czy dzieci, ujrzymy raczej walkę na śmierć i życie pomiędzy „fundamentalistyczną” Islamską Republiką Francuską a laicką Turecką Republiką Niemiecką. Powie ktoś, że jest obojętne, czy barbarzyńcy będą podrzynali nam gardła, widząc w nas dekadenckich „nowocześniaków”, czy też imperialnych tradycjonalistów. Z jednostkowego punktu widzenia jest to rzeczywiście różnica nieistotna. Lecz z uniwersalnego jest zasadnicza, albowiem w godzinie próby pojawiają się także bohaterowie. Trzeba było kiedyś podboju całej Hiszpanii, żeby garstka Wizygotów mogła rozpocząć swoją rekonkwistę pod Cavadongą. Również i dla nas może nadejść taki dzień, w którym czysto duchowe dziś „Tradycjonalistyczne Strefy Wyzwolone” staną się realnością. Imperium rzymskie też zaczęło się od kawałka Lacjum.

Autor jest Przewodniczącym Straży KZM

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.