Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Adam Raszewski: Clementia et bonitas. Wspomnienie JKM Ludwika XVI w 219. rocznicę królobójstwa

Clementia et bonitas. Wspomnienie JKM Ludwika XVI w 219. rocznicę królobójstwa

Adam Raszewski

Jan Baszkiewicz w swej biografii Ludwika XVI pisze: Dopiero 18 marca 1793 roku urzędnik stanu cywilnego Le Grand wypełnił formularz aktu zgonu: <<Ludwik Kapet, zawód: ostatni król Francuzów, wiek: 39 lat, urodzony w Wersalu, parafia Notre Dame, zamieszkały: w Paryżu, wieża Temple, mąż Marii Antoniny Austriackiej>>. Jest jeszcze protokół Komuny Paryskiej z 30 września 1793 roku o spaleniu zabranej z Temple garderoby Ludwika Kapeta na placu przed Ratuszem1. Tak oto lud Paryża potraktował dobrego i łagodnego króla, który przez lata był mu ojcem i przyrodzonym panem. Hydra Rewolucji, której Ludwik w stosownym momencie nie zdecydował się uśmierzyć mieczem, chcąc zapobiec rozlewowi bratniej krwi chrześcijańskiej, jego samego ostatecznie przywiodła na szafot. Do licznych zbrodni okresu 1789-1799 naród francuski dołożył jeszcze występek najgorszy – zbrodnię królobójstwa.

Rewolucyjna propaganda nie oszczędzała osoby króla. Powszechne były oskarżenia władcy o spiskowanie z obcymi mocarstwami i despotyczne skłonności, jego osobę przedstawiano w kontekście licznych zbrodni i okrucieństw. Tymczasem prof. Grzegorz Kucharczyk, niejako odkłamując narosłe po upadku ancien régime’u mity, tak oto przedstawia wizję monarchy, do którego dążył król: W rzeczywistości jednak można o królu Ludwiku XVI powiedzieć coś zupełnie odwrotnego: dramat Ludwika XVI jako króla polegał na tym, że swoje posłannictwo królewskie pojmował przede wszystkim jako wypełnianie roli dobrotliwego ojca dla swoich poddanych. Tak zawsze zresztą pojmowano rolę królów — Bożych pomazańców, mających czerpać wzór postępowania wobec powierzonych im ludzi od samego Boga Ojca. Tragizm losów Ludwika XVI leżał właśnie w zapoznaniu przez króla prawdy, że dobry ojciec nie może być tylko ojcem dobrotliwym. Gdy trzeba, musi wymierzać karę. Ludwik XVI bardzo zaś wystrzegał się podejmowania surowych środków dla zapobieżenia narastającym we Francji (i często sterowanym) niepokojom tuż przed 1789 rokiem2. Był zatem burboński władca na wskroś typem chrześcijańskiego monarchy, dobrotliwego i łaskawego, na wzór Baranka cichego i cierpliwego, pragnącego łagodzić niepokoje i pokojowymi metodami szerzyć autorytet Tronu. Zbliżał się w swym działaniu do ideału chrześcijan – świadomych ciążącego na nich obowiązku misyjnego, lecz czyniących to roztropnie i z poszanowaniem cnoty umiarkowania. Podobnie Ludwik XVI, którego życiowa droga stanowiła analogon postawy chrześcijanina, odzwierciedlającej się w wyborach monarchy zdającego sobie sprawę z niedoskonałości swych poddanych, lecz wzbraniających się przed surowym czynieniem sprawiedliwości w imię jedności Królestwa i publicznego pokoju.

Ludwik XVI

Królewska niechęć do stosowania represji względem poddanych, którzy dopuszczali się haniebnych czynów w stosunku do osoby panującego, momentami przekraczała granice nawet chrześcijańskiego wyobrażenia roli władzy, mającej w pierwszym rzędzie na celu realizację – wynikającego z teologii politycznej – postulatu zapewnienia ładu publicznego w oparciu o kategorię bonum commune. Cechujące Ludwika XVI umiarkowanie w karaniu postrzegano jako słabość i niekonsekwencję monarchy. Gdy w 1787 roku ujawniony został antykrólewski spisek z udziałem Parlamentu i księcia Orleanu (który, nota bene, w sześć lat później zagłosuje w Konwencie Narodowym za wyrokiem śmierci dla prawowitego suwerena Francji), władca początkowo wygnał Parlament do Troyes, a swego kuzyna odesłał ze stolicy, jednak po dwóch miesiącach zmienił zdanie, puszczając w niepamięć czyny przeciwko majestatowi Tronu i darując winę spiskowcom.

Hrabia d’Hézecques nakreślił taki oto portret króla Francji i Navarry: Siedząc na tronie Ludwik XVI wcale nie był pozbawiony okazałości. To prawda, że jego wadą było nieprzyjemne kołysanie się, gdy chodził: cała jego rodzina z nim to dzieliła… Ludwik XVI miał piękne, choć bardzo mocne nogi. Twarz przyjemna, ale zęby nierówne, co pozbawiało wdzięku jego uśmiech. Jego oczy, których żaden malarz nigdy nie umiał oddać prawdziwie, mimo jasnego koloru miały wyraz łagodności i dobroci, którego nie dostrzegało się od razu, gdyż krótki wzrok nie pozwalał mu spoglądać pewnie3. Częstokroć uważa się, iż aparycja człowieka odzwierciedla jego cechy charakteru i właściwości mentalne. W powyższym opisie odnajdujemy obraz władcy jako człowieka o gołębim sercu i nieskorej do gniewu naturze. Jest w niej tajemniczość, francuska melancholia, a jednocześnie świadomość własnego posłannictwa i roli, jaką z Bożej łaski pełnił jako król Francji i Navarry. Majestat monarchy nie przejawia się w tym przypadku wzniosłością osoby czy wyrazistością temperamentu, lecz cichością serca, zdolnością do wybaczania i puszczania w niepamięć uraz. Człowieka tego, tak okrutnie potraktowanego przez swych wrogów, którym sam przecież wybaczył wiele, korona uczyniła nie tylko Bożym pomazańcem, lecz także przewodnikiem chrześcijańskiego ludu, wzorcem władcy zatroskanego o przyszłość swych poddanych i powierzonej mu przez Pana pieczy nad civitas terrena.

Tak oto tłumaczył Ludwik XVI przyczyny swej niechęci względem radykalnych metod w polityce: Niebo, które ustanowiło mnie na tronie, dało mi czułe serce, uczucia dobrego ojca. Wszyscy Francuzi są moimi dziećmi; jestem wspólnym ojcem wielkiej rodziny mi powierzonej… Dałbym sygnał do rzezi i tysiące Francuzów zostałoby zgładzonych… Spełniłem swój obowiązek i — podczas kiedy mordercą targają wyrzuty sumienia — ja, ze swej strony, mogę otwarcie oświadczyć, że nie jestem winny krwi rozlanej, nie dałem rozkazu zgładzenia, uratowałem Francuzów, uratowałem moją rodzinę, moich przyjaciół i cały mój lud. Mam głębokie przeświadczenie, że uczyniłem dobrze; moi przyjaciele uciekają się zaś do zbrodni4. Serce Ludwika XVI nie zamykało się na przebaczenie, skłaniając się raczej ku nadziei na pokojowe zażegnanie wewnętrznego konfliktu w państwie niż chęci eskalacji przemocy, która w obliczu załamania gospodarczego, sporów politycznych i niepewnej sytuacji międzynarodowej prowadziłaby do osłabienia państwa. Dostrzegamy w postawie tej zdolność przewidywania mądrego polityka, który ufał, iż uda się uniknąć podziałów wśród poddanych, gdyż zadaniem króla winno być spajanie całości imperium, nie zaś wywoływanie antagonizmów i podsycanie partykularyzmów (którą to sztukę do perfekcji opanowała ideologia demokratyzmu).

Tragiczny wymiar osoby Ludwika XVI wynikał z faktu sprawowania przezeń władzy – ostatecznie sądzony i skazany był właśnie za sam fakt bycia królem. Dla siejącej zniszczenie Rewolucji osoba władcy jako taka nie miała znaczenia, istniała tylko w kontekście utożsamiania jej ze starym porządkiem i tradycyjnymi instytucjami. Monarchia we Francji stanowiła najtrwalszy fundament, rdzeń konstrukcji państwa jako uświęcony papieskim błogosławieństwem twór wielowiekowej Tradycji, stanowiący zręb tożsamości duchowych następców Karola Wielkiego. Król stanowił emanację dawnych praw, przywilejów, obyczajów, które chciano zniszczyć za wszelką cenę i bez względu na polityczną postawę panującego. Został obwołany krwawym tyranem, a w publicznym wyobrażeniu nie wahano się przypisywać mu najbardziej niecnotliwych intencji. Tak zohydzony portret królewski dominuje niestety nadal, gdyż wciąż o charakterze naukowego dyskursu decydują siły odwołujące się do dziedzictwa Rewolucji.

Wielkość Ludwika XVI ujawniła się w momencie próby, gdy pozostał wierny sprawie najważniejszej – kwestii sumienia. Jako porucznik Boga zobowiązany był bronić wiary i misji tej dopełnił, odmówiwszy podpisania Konstytucji Cywilnej Kleru. Sankcjonowała ona – poprzez wymuszenie na duchowieństwie złożenia przysięgi na wierność państwu – faktyczną secesję francuskiego Kościoła względem Stolicy Apostolskiej. Uczynił to dopiero pod presją rewolucjonistów, choć w sercu do końca nie mógł pogodzić się z zamachem dokonanym na wolności religii panującej.

I choć w tych tragicznych dniach 1793 roku nad Sekwaną nie był to już ów średniowieczny lud szukający oparcia pod skrzydłami monarchii, wierny prawom Ewangelii i boskiemu prawu królów, uformowany duchowo balsamem religii i moralności, ale podbechtany żądzą mordu i zniszczenia, zrewolucjonizowany motłoch, monarcha wciąż ufał w możliwość zawarcia kompromisu, w świętość i nietykalność swej osoby jako Pomazańca Chrystusa. W liście do hrabiego d’Estaing pisał: Chcesz, mój kuzynie, abym ogłosił, że znajduję się w niebezpieczeństwie lub, abym sięgnął do środków gwałtownych w mojej prawowitej obronie lub też, abym oddalił się z Wersalu… Jaka jednak by nie była zuchwałość moich nieprzyjaciół, nie powiedzie im się. Francuz nie jest zdolny do królobójstwa5. Historia pokazała, jak bardzo się mylił.


1 J. Baszkiewicz, Ludwik XVI, Wrocław 1983, s. 272.

2 Za: http://www.piotrskarga.pl/ps,2938,3,0,1,I,informacje.html [21 I 2012].

3 Za: J. Baszkiewicz, ibidem, ss. 124-125.

4 H. Robert, Le cahaire de Louis XVI, Paris 1933, s. 37, za: http://www.piotrskarga.pl/ps,2938,3,0,1,I,informacje.html [21 I 2012].

5 Ibidem.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.