Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » „Wujaszek Abe” i konserwatywne Południe

„Wujaszek Abe” i konserwatywne Południe

Jacek Bartyzel

W powodzi „moralnego oburzenia” sejmową wypowiedzią Posła Artura Górskiego, która zalała wszystkie media tradycyjne i elektroniczne, zwraca uwagę jeden, wielce symptomatyczny, wątek. Chodzi o ten fragment oświadczenia, w którym Poseł zauważył, że w gabinecie senatora Obamy wisiał między innymi portret prezydenta Abrahama Lincolna, który „zgniótł konserwatywne Południe i zniósł w Ameryce niewolnictwo”. Każdy „mędrzec”, któremu najbardziej egalitarna forma komunikacji, jaką jest Internet, daje możność dzielenia się swoimi „głębokimi przemyśleniami”, czuje się przeto w obowiązku triumfalnie szydzić z „nieuka” i „potwora”, mającego czelność sympatyzować z Południem i bluźniącego publicznemu kultowi Wielkiego Dobroczyńcy Czarnych.

Trzeba przyznać, że Poseł Górski sam sobie jest po trosze winien, formułując na tyle niezręcznie swoją myśl, że będąc uprzedzonym można z niej wyciągnąć wniosek, iż Lincolnowi za złe ma właśnie zniesienie niewolnictwa. Nie zmienia to faktu, że szyderstwa jego napastników ujawniają po raz kolejny potworną ignorancję nieszczęsnych ofiar przymusu szkolnego i propagandy zlewaczałych mediów odnośnie do wojny secesyjnej w Ameryce i jej aktorów (tak samo jak na przykład odnośnie do wojny domowej w Hiszpanii, przedstawianej jako „walka demokracji z faszyzmem”).

W rzeczywistości, powielany nieustannie mit o wojnie abolicjonistycznej Północy i jej szlachetnego prezydenta o wyzwolenie niewolników z rasistowskiej opresji na Południu ma tyle wspólnego z prawdą historyczną, co twierdzenia w podręcznikach Iłowajskiego, obowiązujących w epoce Apuchtinowskiej, że rozbiory Polski dokonane zostały w humanitarnym celu ulżenia doli wyzyskiwanych przez polską szlachtę chłopów oraz obrony dysydentów religijnych. Problem niewolnictwa w ogóle nie odgrywał żadnej roli ani przy wybuchu wojny, ani przez pierwszy okres jej trwania. Został wysunięty dla celów propagandowych oraz dywersyjnych względem czarnej ludności Południa dopiero w trzecim roku, kiedy szala zwycięstwa wciąż się wahała. Hipokryzję Lincolna demaskowali autentyczni abolicjoniści, jak William Lloyd Garrison czy Lysander Spooner. Abraham Lincoln osobiście miał właśnie to, co nazywa się „uprzedzeniami rasowymi”: delegacji Murzynów, którą przyjął w Białym Domu, powiedział, że jest „oczywiste”, iż Biali i Czarni nie mogą żyć razem ze sobą i sugerował masowy powrót amerykańskich Murzynów do Afryki. Jeśli mielibyśmy wielbić Lincolna jako wyzwoliciela Murzynów, to konsekwentnie powinniśmy stawiać pomniki carowi Aleksandrowi II, jako „wyzwolicielowi” polskich chłopów oraz polakożercy Milutinowi, jako inspiratorowi tego makiawelicznego posunięcia, mającego na celu związanie polskiego ludu z caratem oraz wbicie klina pomiędzy nim a polską szlachtą.

Wojna secesyjna była niczym innym, jak drugą wojną o niepodległość – tym razem Skonfederowanych Stanów Południa, które walczyły o zachowanie swojej suwerenności, zgodnie zresztą z pierwotnym kształtem Unii, która była umową suwerennych państw (State w języku angielskim oznacza przecież i państwo, i stan, stąd łatwo o nieporozumienie; ale na przykład pokój paryski z 1783 roku, kończący wojnę z Wielką Brytanią, podpisywali delegaci wszystkich trzynastu stanów) cedujących dobrowolnie część swoich kompetencji na rzecz urzędów federalnych (to, nawiasem mówiąc, wymowne memento dla też formalnie jeszcze suwerennych krajów członkowskich Unii Europejskiej). Przytłaczająca większość żołnierzy Konfederacji nie tylko, że nie miała żadnych niewolników, ale składała się ze zwykłych farmerów, ciężko pracujących na utrzymanie swoje i swoich rodzin, lecz dla których wartością prymarną, w imię której chwycili za broń przeciwko Jankesom, było to samo, co dla ich dziadków walczących przeciwko Brytyjczykom: WOLNOŚĆ. Największy bohater Konfederacji, generał Robert E. Lee (nie tylko on zresztą), był zdecydowanym przeciwnikiem niewolnictwa, czego dowiódł wyzwalając wszystkich Murzynów, których był z mocy prawa właścicielem.

Dobrotliwy „wujaszek Abe” był natomiast orędownikiem scentralizowanego państwa formalnie tylko federalnego; „amerykańskim Robespierre’em”, dla którego ideał i cel stanowiła „republika jedna i niepodzielna”; przy okazji zaś także eksponentem interesów właścicieli hut i fabryk z Północy, którym przeszkadzał wolny handel, sprzyjający rolniczemu Południu. Ten „wyzwoliciel”, jako pierwszy prezydent Stanów Zjednoczonych podeptał Habeas Corpus Act, internując w obozach koncentracyjnych ponad dwadzieścia tysięcy przeciwników bratobójczego rozlewu krwi (drugim był inny idol lewicy – „amerykański Lenin”, Franklin D. Roosevelt, który w czasie II wojny światowej internował setki tysięcy Amerykanów o żółtym kolorze skóry, a wcześniej obrabował miliony rodaków z ich oszczędności). Przy pomocy takich rzeźników, jak „Osama bin Sherman” (określenie historyka Thomasa DiLorenzo), prowadził pierwszą w dziejach „demokratyczną wojnę totalną” przeciwko ludziom, bydłu, ziemi, uprawom, lasom, narzędziom i domostwom, która przyniosła śmierć 600 000 jego rodaków. Po tej zaś wojnie nastąpiła trwająca 30 lat regularna okupacja (nazywana w typowo demokratycznej nowomowie „rekonstrukcją”), podczas której niszczono metodycznie to, czego nie zdołano zniszczyć w czasie wojny.

To prawda: konserwatyści mają naturalną inklinację do stawania – dziś już czysto symbolicznego – po stronie Południa. Są sympatykami Southern Tradition, ponieważ była to w anglosaskiej Ameryce tradycja najbliższa, z powodu swojego ziemiańskiego oblicza socjokulturowego, kontynentalnej tradycji europejskiej. Są obrońcami pamięci o Konfederacji, ponieważ zawsze budzi ich sympatię walka ludzi o niepodległość własnej Ojczyzny, o zachowanie własnego dziedzictwa, o swój tradycyjny sposób życia. Także z powodów ideowych lokują swoje sympatie po stronie tych, którzy cenią jedność w różnorodności, a nie centralistycznego Lewiatana, jak również wolną przedsiębiorczość i wolny handel, a nie etatyzm i protekcjonizm, w interesie oligarchii kapitałowej, zawdzięczającej swoje sukcesy sprzężeniu z aparatem państwa. Koniec końców, konserwatyści sympatyzują z Południem dla tych samych powodów, dla których po jego stronie byli między innymi: papież bł. Pius IX, francuscy legitymiści, hiszpańscy karliści, królowa Wiktoria i taki dziwny socjalista Pierre-Joseph Proudhon, który w prawie każdej konkretnej kwestii myślał tak samo, jak tradycjonaliści; i również z tych samych powodów, dla których entuzjastami Abe Lincolna byli wszyscy zwolennicy glajchszaltung: Karol Marks, Otto von Bismarck, Giuseppe Garibaldi i książęta Orleańscy, a post fatum – Włodzimierz Lenin i Adolf Hitler. A konserwatyści polscy mają jeszcze ten szczególny powód, że sama idea Konfederacji zaczerpnięta została między innymi z polskiej tradycji szlachecko-republikańskiej, której wielkim znawcą i admiratorem był (nieżyjący już w czasie wojny secesyjnej, lecz zapładniający swą myślą twórców Konfederacji) największy myśliciel Południa John C. Calhoun.

Lecz trzeba również powiedzieć jasno, że sympatia dla Południa z wyżej wymienionych powodów nie oznacza przyjmowania z całym dobrodziejstwem inwentarza jego społecznej rzeczywistości, więc przede wszystkim oczywiście instytucji niewolnictwa. To oczywiste, że była ona czymś, czego rzymski katolik i konserwatysta zaakceptować i usprawiedliwić nie może. W aspekcie praktycznym był to jednak problem taki sam, jak w wypadku pańszczyzny w Polsce: jak znieść tę instytucję, aby jednocześnie nie zniszczyć struktury społeczno-ekonomicznej ziemiańskiego folwarku i całego dorobku kultury z nim związanej? Dlatego, roztropność nakazywała w obu tych przypadkach drogę ewolucyjną, umożliwiającą wszystkim warstwom przystosowanie się do nowych warunków. Tak postępowali przecież chrześcijanie w starożytności, idąc za nauką św. Pawła. Nigdy natomiast żaden teolog katolicki nie splamił się podawaniem pseudoreligijnych uzasadnień niewolnictwa czy choćby segregacji rasowej, w przeciwieństwie do nader licznych w tym względzie kaznodziejów i pisarzy protestanckich. Sympatia dla Południa nie może zatem też przesłaniać istnienia tam autentycznego rasizmu (zazwyczaj zresztą połączonego, jak w wypadku Ku-Klux-Klanu, z antykatolicyzmem) ani postaci budzących najwyższą odrazę, jak choćby współtwórca tej organizacji i jednocześnie mason 33. stopnia, gen. Albert Pike.

Sprawa ma zresztą szerszy, powszechny wręcz wymiar. My, konserwatyści, bronimy wielu celowo przeinaczanych i zohydzanych spraw, wcale jednocześnie nie przymykając oczu na rzeczy niegodne, które dokonywane były również pod ich sztandarami, a które biorą się z tego, że ludzie są zazwyczaj mniejsi niż sprawy, w imię których walczą, że są – wszyscy – grzesznikami po prostu. Bronimy i bronić będziemy zawsze szlachetnej i wzniosłej idei Krucjat oraz heroizmu krzyżowców (zwłaszcza tak oszkalowanych templariuszy), lecz nie z powodu, tylko pomimo tak odrażających czynów, jak rzeź Jerozolimy czy splądrowanie Konstantynopola. Bronimy i bronić będziemy zawsze wandejczyków, sanfedystów, hiszpańskich gerylasów i karlistów, neapolitańskich briggantinich, meksykańskich cristeros, frankistów, konfederatów barskich, „wyklętych żołnierzy” z AK, NSZ i całego antykomunistycznego podziemia, także pomimo czynów niegodnych, które i oni niekiedy popełniali; dlatego natomiast, że sprawy, których bronili były czyste, dobre i słuszne. Dlatego także nie zgodzimy się nigdy, aby te czyny – najczęściej popełnione w odwecie – stawiać na jednej szali z okrucieństwem sprawców – inicjatorów wszystkich rewolucji, wojen domowych czy czystek etnicznych, tak jak to czynią na przykład ci, którzy akcje odwetowe polskiego podziemia na Wołyniu chcieliby podle zrównywać z nie mającym wręcz precedensu bestialstwem rezunów z UPA.

Na koniec, krótka anegdota, dotycząca rasizmu w Ameryce. Rzecz dzieje się w okresie międzywojennym, gdzieś na jankeskiej, deklaratywnie antyrasistowskiej i nie znającej niewolnictwa, Północy. Do wypełnionej tłumnie samymi Białymi poczekalni dworca kolejowego wchodzi Murzyn i siada na ławce. W ciągu kilku minut poczekalnia prawie całkowicie się wyludnia. Zostaje tylko Murzyn i jeden Biały. Ten podchodzi do pierwszego i pyta go: „Skąd jesteś?” – „Z Tennessee”, odpowiada Czarny. – „Ja też”, mówi Biały. – „A z jakiego hrabstwa?” – „Z takiego a takiego”. – „Ja też” – ucieszył się Biały. Podaje mu rękę, siada obok niego i zaczynają wspólnie wspominać swoje rodzinne strony.

Post scriptum

Aby postawić „kropkę nad i” do mojego wczorajszego oświadczenia, trzeba jeszcze powiedzieć, że „cywilizacja białego człowieka” nie była i nie jest (jedyną wartą obrony za wszelką cenę) cywilizacją katolicką, także i z następującego powodu. Cywilizacja katolicka budowała w Nowym Świecie kościoły, w których sprawowano Ofiarę miłą Bogu i ku zbawieniu ludzi wszystkich ras, oraz sanktuaria w miejscach, gdzie Matka Boża objawiała nieskończone miłosierdzie swojego Syna, zaproszonym do Jego wieczystej uczty na równi z Białymi Indianom, Afrykanom czy Azjatom. „Cywilizacja białego człowieka” natomiast zakładała w tych krajach loże masońskie, domy publiczne i komórki wywrotowych partii, na czele z komunistyczną, a dzisiaj ma im do zaoferowania głównie prezerwatywy. Jeżeli dziś (konieczny) opór przeciwko „obamizacji” Ameryki miałby się dokonywać pod sztandarami tej „cywilizacji”, to można się obawiać iście apokaliptycznego scenariusza jakichś lokalnych rebelii czy prób secesji przez fanatyków White Power, tłumionych z kolei z całą bezwzględnością przez dysponujących miażdżącą przewagą ludzką i materiałową „federalnych”.

„Rasy – pisał Charles Maurras – nie są ani nerwem, ani kluczem do historii. Ani historia ani nauka nie mogą zgodzić się w niczym z rasizmem, który jest tezą wyjątkowo głupią”. Dla konserwatystów problemem nie jest to, że prezydent-elekt Obama jest Czarny, lecz to, że jest on Czerwony; zwłaszcza, że jest przedstawicielem aborcyjno-eugenicznej cywilizacji śmierci (choć najprzedniejszy humorysta polskiej publicystyki, p. Cezary Michalski zapewnia, że jest on „obyczajowym umiarkowanym konserwatystą”; w rzeczy samej, bardzo umiarkowany – przecież nie powiedział, że wyabortowanym dzieciom trzeba roztrzaskiwać główki na miazgę). Konserwatysta z zadowoleniem przyjąłby wybór na prezydenta Stanów Zjednoczonych kogoś o poglądach czarnoskórego ekonomisty Thomasa Sowella czy Hindusa z pochodzenia, Dinesha D’Souzy – nawet jeśli ten ostatni też broni Lincolna; poza tym jednak to dobry, konserwatywny fighter. Tak samo jak czterdzieści cztery lata temu cała konserwatywna (i katolicka) Ameryka była za potomkiem żydowskiego krawca z Białegostoku, Barry’m Goldwaterem.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.