Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Wywiad z Olgierdem Sroczyńskim

Wywiad z Olgierdem Sroczyńskim

Rozmawiał Adam Tomasz Witczak

Wywiad z Olgierdem Sroczyńskim, przedstawicielem Instytutu Misesa

Wolnorynkowcy twierdzą, że przyczyną bezrobocia są zbyt wysokie podatki, państwowe regulacje rynku, zasiłki dla bezrobotnych (które mają zniechęcać do pracy) oraz płaca minimalna (która ma uniemożliwiać pracę osobom początkującym i słabo wykwalifikowanym). O ile z pierwszymi dwoma punktami łatwo się zgodzić, o tyle zarówno zasiłki, jak i pensja minimalna w ogóle nie dotyczą lwiej części współczesnych bezrobotnych – zwłaszcza młodych – którzy i tak coraz częściej zatrudniani są na umowy-zlecenie i umowy o dzieło. Jak byś się do tego odniósł?

Procesy zachodzące na rynku są zależne od niezliczonej ilości zmiennych, więc twierdzeń – takich jak te przytoczone – nie można absolutyzować, ale rozpatrywać je caeteris paribus, a więc przy pozostałych warunkach niezmienionych. Fakt, że płaca minimalna ustalona powyżej poziomu rynkowego spowoduje spadek popytu na pracę, wynika z praw popytu i podaży, czyli najbardziej podstawowych zasad obserwowalnych wśród ludzi na rynku – działa ten sam proces, z którym spotkalibyśmy się w momencie, gdyby rząd ustalił np. na czekoladę cenę minimalną powyżej poziomu rynkowego. Jednocześnie nie oznacza to, że każdy spadek popytu na pracę będzie powodowany ustaleniem płacy minimalnej na takim, a nie innym poziomie, tak jak nie każdy spadek popytu na czekoladę jest spowodowany ceną minimalną.

W chwili obecnej mamy rzeczywiście do czynienia ze wzrostem popularności umów cywilnoprawnych jako substytutu stosunku pracy, między innymi właśnie dlatego, że nie dotyczą ich regulacje i obciążenia, którym podlegają umowy o pracę, i stanowią one dzięki temu dla pracodawcy wyjście w obliczu płacy minimalnej. Dlaczego więc, mimo istnienia takiego wyjścia, mamy nadal do czynienia z bezrobociem, dlaczego bezrobotni nie podejmują pracy nawet w ramach umów cywilnoprawnych? I tutaj musimy rozpatrywać kolejne zmienne. Obserwacja rynku nie prowadzi wcale do wniosku, że nie ma pracy; wręcz przeciwnie, niektóre ogłoszenia pojawiają się z każdą aktualizacją baz danych największych portali z ofertami zatrudnienia. W ostatnio przeprowadzonym przez Rzetelną Firmę badaniu przedsiębiorców aż 60% z nich zadeklarowało, że ma problem ze znalezieniem właściwego pracownika. Skoro mamy zarówno dużą liczbę ofert pracy, jak i dużą liczbę bezrobotnych, to wyjścia są dwa – albo kandydaci nie spełniają wymogów pracodawców, albo oferty pracy nie są dla kandydatów atrakcyjne. I w gruncie rzeczy obie te rzeczy obecnie są tego przyczyną.

Co jest złego, a co dobrego w tak obecnie dyskutowanych „umowach śmieciowych”? Czy hipotetyczne „wyjście wolnorynkowe” (tj. w zasadzie dowolne umowy, na jakie tylko dobrowolnie godzą się obie strony) doprowadziłoby do poprawy sytuacji na rynku pracy – czy do katastrofy?

Wizerunek umów cywilnoprawnych, którego elementem jest funkcjonowanie w obiegu pojęcia „umowy śmieciowe”, jest kształtowany przez optykę gospodarki przemysłowej i to jeszcze z XIX wieku. Uznawano wówczas pracę najemną jako relację szczególnego rodzaju, gdzie asymetria informacji przeważała na korzyść fabrykanta, dysponującego nie tylko wiedzą, ale również zaoszczędzonym kapitałem. Byt niewykwalifikowanych robotników fabrycznych, którzy przyjeżdżali do pracy w przemyśle ze wsi i nie dysponowali na starcie niczym, w dużej mierze zależał od pracodawcy. Taka sytuacja pod względem etycznym stawiała przed pracodawcą obowiązki wobec pracownika, co podkreślali m.in. papieże w swoich encyklikach społecznych.

To podejście ewoluowało i nabrało wraz z narodzinami socjaldemokracji wydźwięku roszczeniowego. Pracowników interesuje obecnie to, aby mieć pewność zatrudnienia i wszystkie przywileje zapewnione w prawie pracy, a pracodawca jest od tego, żeby im to zapewnić. Skrajny przykład tego podejścia to niedawny pomysł francuskiego prezydenta-elekta, aby sprawdzić, czy przedsiębiorstwa dokonują cięć etatów potrzebnie, czy też może „niepotrzebnie”. To podejście zakłada, że obowiązkiem pracodawcy jest zapewnianie pracy, niezależnie od tego, jak on sam widzi sytuację własnej firmy.

Nikt nie myśli o tym, że pracodawca – właściciel firmy – nie ma zapewnionego „świętego spokoju” niezależnie od tego, co robi, stałego przychodu, umowy na czas nieokreślony i trzymiesięcznego wypowiedzenia. Nikt nie ma obowiązku go zatrudniać. Zamiast tego jest uwikłany w koszta stałe związane z prowadzeniem firmy, w tym składki ZUS, które nie są uzależnione od tego, czy w ogóle zarabia. Umowa o pracę to dla niego kolejne długoterminowe zobowiązanie, nie powinno więc nas dziwić, że podchodzi do tego ostrożnie i woli proponować pracownikowi umowy cywilnoprawne.

Umowy te są umowami pomiędzy dwoma równorzędnymi partnerami, kodeks cywilny nie traktuje jednej ze stron umowy szczególnie, a wszystko zawarte jest w treści umowy. Nazywanie ich „umowami śmieciowymi” ma wykreować wrażenie, że są czymś gorszym niż stosunek pracy. Rzeczywiście, nie gwarantują one stałości zatrudnienia, pracodawca może po skończonym miesiącu po prostu nie przedłużyć umowy, nie podając żadnego uzasadnienia. Nie ma mowy w ich przypadku o wzięciu kredytu na mieszkanie czy samochód, co jest ich zdecydowanym minusem. Jednak nie powinniśmy mieć pretensji do pracodawców, że taką formę zatrudnienia proponują, ale do państwa, że zmusza ich do tego takimi, a nie innymi obciążeniami stosunku pracy.

Dużo mówi się o tym, że nasze szkolnictwo nie przyucza do „konkretnego zawodu”, nie wyrabia w uczniach i studentach „praktycznych umiejętności” itd. W szczególności tyczy się to tzw. „kierunków humanistycznych”. Czy rzeczywiście tak jest? Czy przypadkiem dążenie do uczenia się tylko „tego, co się przyda w pracy” nie doprowadzi do powstania pokolenia ludzi wyzbytych głębszej kultury, szerszych horyzontów, ogólnej wiedzy o świecie?

Przyuczanie do konkretnego zawodu nie jest i nigdy nie było zadaniem uniwersytetów, a wiedza humanistyczna z założenia nie była praktyczna. Dlatego problemem nie jest fakt braku umiejętności praktycznych m.in. właśnie u humanistów, ale fakt braku ludzi z umiejętnościami praktycznymi i nadwyżką osób z wykształceniem ogólnym. Co to znaczy? Znaczy to, że większość ludzi w wieku gimnazjalnym zamiast wybrać szkołę zawodową bądź technikum, idzie kształcić się do liceum ogólnokształcącego, zdaje maturę i wybiera studia humanistyczne, co przekłada się na deficyt w zawodach, które obecnie są pożądane, a nadwyżkę w tych, na które nie ma zapotrzebowania.

Wzrost odsetka ludzi z wyższym wykształceniem – w tym przede wszystkim humanistycznym – jest pokłosiem reformy ministra Handkego z 1997 roku, która właściwie doprowadziła do śmierci szkolnictwa zawodowego i wzrostu popularności liceów ogólnokształcących. A zatem duża część osób, która przed reformą wybrałaby kształcenie rzemieślnicze czy też zawód technika, poszła na studia humanistyczne bądź społeczne. To spowodowało nie tylko spadek wartości rynkowej takiego wykształcenia, ale również obniżenie jego jakości. Wykształcenie techniczne i ścisłe poddało się temu procesowi w mniejszym stopniu, ponieważ aby zostać inżynierem czy fizykiem, należy opanować matematykę, co stanowi do pewnego stopnia barierę selekcyjną, której studia humanistyczne czy społeczne nie posiadają.

Dlatego „bycie humanistą” oznacza dzisiaj – w przeważającej mierze – tego, kto przestał się uczyć matematyki i nauk ścisłych. Tymczasem wykształcenie humanistyczne powinno oznaczać kształtowanie myślenia i obejmowanie szerokiego spektrum ludzkiego poznania. W przypadku humanistów mamy dlatego problem nie z tym, że nie posiadają umiejętności czy wiedzy praktycznej, ale z tym, że nie kształtuje się u nich umysłu, bo do skończenia studiów potrzebna jest prawie wyłącznie umiejętność czytania i pisania. To należałoby zmienić w pierwszej kolejności. Tymczasem podejście rządu czy władz uczelnianych jest właśnie niestety odwrotne – ich odpowiedzią jest dalsza specjalizacja i „upraktycznianie” humanistów kosztem wiedzy teoretycznej, wiedzy ogólnej i umiejętności myślenia. A to oznacza pogłębianie sytuacji istnienia tak dużej liczby „wykształconych bezrobotnych”.

Absolwenci studiów napotykają w wielu firmach na ciężki paradoks: otóż pracodawcy poszukują kandydatów młodych, ambitnych… i do tego mających za sobą „trzy lata doświadczenia na podobnym stanowisku”, „minimum cztery lata pracy w renomowanej firmie”, nie mówiąc już o fachowej obsłudze kilku programów komputerowych i „praktycznej wiedzy” z danej branży. Tworzy się obustronna frustracja: z jednej strony młodzi ludzie mają żal do pracodawców („jak zdobyć doświadczenie, skoro wszędzie trzeba je mieć?”), z drugiej – pracodawcy narzekają na brak wykwalifikowanych pracowników. Jak temu zaradzić?

Problem polega na tym, że wykształcenie nie mówi pracodawcy niczego o kandydacie na pracownika. Jak mówiliśmy, wykształcenie wyższe – czy raczej dyplom magisterski – można zdobyć bardzo łatwo, nie świadczy on ani o wiedzy, ani o niczym innym. Dlatego z ofert pracy już powoli znika „wykształcenie wyższe” w rubryce wymagań wobec kandydata. Doświadczenie zawodowe natomiast już świadczy o nabyciu jakichś umiejętności niezbędnych lub przydatnych w pracy i dlatego zastępuje wykształcenie.

Wdrożenie pracownika w firmę jest zawsze kosztem, nawet jeżeli mówimy o bezpłatnej praktyce czy stażu. Absolwenta studiów bez doświadczenia trzeba wdrażać we wszystko od początku, nawet jeżeli studiował stosunkowo bardziej praktyczny kierunek, jak zarządzanie czy rachunkowość. Wielu młodych ludzi ma błędną wizję wiedzy, którą zdobyli na studiach i – co za tym idzie – błędne mniemanie o swojej wartości dla pracodawcy. Ich wiedza (zakładając, że ją posiadają) jest jedynie wiedzą teoretyczną, która w konfrontacji z rzeczywistością okazuje się często nieaktualna i nieprzydatna. Czas wdrożenia kandydata z doświadczeniem jest nieporównywalnie krótszy i można go stosunkowo szybko „rzucić na głęboką wodę”, bo radził sobie już w podobnych sytuacjach, jest samodzielny – a więc również zapłacić mu więcej. Pracownik bez doświadczenia o wszystko musi pytać, upewniać się, żeby nie popełnić błędu. Ktoś musi się nim zająć, wyszkolić go i wdrożyć. Jest to czas, za który płaci pracodawca.

Problemem jest więc w tej frustracji absolwentów to, że zbyt późno zdecydowali się na podjęcie pracy. Nie jest bowiem tak, że w każdej pracy wymaga się doświadczenia. Istnieje cała masa ofert pracy, którą mogą wykonywać osoby po maturze i w ten sposób stawiać pierwsze kroki na rynku. Ale jest różnica pomiędzy stawianiem pierwszych kroków w wieku 19 lat, kiedy otrzymuje się jednocześnie pieniądze od rodziców czy stypendium uczelniane, a stawianiem tych samych kroków w wieku lat 24, kiedy zaczynamy dążyć do własnej stabilizacji, chcielibyśmy kupić samochód, mieszkanie i założyć rodzinę. Wówczas pieniądze, które na studiach zapewniłyby nam utrzymanie na przyzwoitym poziomie, okazują się dalece niewystarczające.

Czy ludziom szukającym pracy – zwłaszcza młodym – można doradzić cokolwiek na tyle ogólnego, by przydało się wszystkim, a zarazem wystarczająco konkretnego, by nie sprowadzało się do oczywistych banałów?

Wyjście z problemu jest stosunkowo proste, jeżeli tylko młodzi ludzie uświadomią sobie jego przyczyny: należy wcześnie zacząć swoją drogę zawodową. Nawet osoby szczególnie uzdolnione w jakiejś dziedzinie, które nie idą na studia tylko ze względu na modę czy panujący zwyczaj, powinny mieć świadomość tego, że pięć lat to dość długi okres przy obecnym rozwoju rynku i po ich upływie mogą nie znaleźć pracy w zawodzie.

Pamiętam sytuację sprzed kilku lat, gdzie do jednej z firm, z którymi współpracowałem, aplikowała kobieta ze stopniem doktora biologii. Problem w tym, że rekrutacja dotyczyła stanowiska telemarketera, telefonicznego sprzedawcy powierzchni reklamowej. Po zrobieniu doktoratu, kiedy okazało się, że nie ma miejsca na uczelni, musiała dopiero zacząć szukać pracy. A przy braku praktycznego doświadczenia wysokie wykształcenie nie tylko nie jest atutem, ale wręcz przeszkodą, jeżeli aplikuje się na stanowisko szeregowe. Jest to najbardziej skrajny przypadek, jaki znam, ale nie jest odosobniony – co jakiś czas w prasie można przeczytać reportaże o młodych ludziach poszukujących pracy, które zawierają relację: „mam doktorat albo dwa fakultety, a proponują mi pensję 1500 złotych netto”.

W takich sytuacjach trzeba wczuć się w rolę pracodawcy – po co ma mnie zatrudniać? Jaką ma z tego korzyść? Jeżeli studiowaliśmy przez pięć lat politologię, socjologię, filozofię czy nawet ekonomię, to możemy świetnie znać systemy polityczne, politykę gospodarczą czy historię intelektualną Europy XX wieku, ale do czego przyda się to pracodawcy, który potrzebuje sprzedawać swój produkt i na tym zarabiać? Absolwenci często w aplikacjach piszą, że są osobami kreatywnymi. Ale skąd to wiadomo? Gdzie tę kreatywność spożytkowali? To praktyka weryfikuje kreatywność i innowacyjność, nie papier z uczelni. I tę praktykę trzeba zdobywać.

Jakie są perspektywy dla Polski i UE na najbliższe lata, jeśli chodzi o poziom bezrobocia i warunki zatrudnienia?

Trudno w tej chwili wyrokować z całą pewnością, ponieważ w dużej mierze zależy to od kierunku polityki, jaki obejmie UE i poszczególne państwa, aby rozwiązać kwestię rosnącego zadłużenia. W tej chwili żyjemy na rosnącej bańce i pęknięcie bańki jest tyleż nieuniknione, co konieczne dla oczyszczenia rynku. Przetrwanie wielu firm obecnie funkcjonujących, a więc i zatrudniających pracowników, jest uzależnione od tej bańki, na przykład poprzez system dotacji unijnych. Aby daleko nie szukać: rozwój branży szkoleniowej czy internetowej w dużej mierze jest napędzany pieniędzmi unijnymi, dotacjami z Europejskiego Funduszu Społecznego czy programu Innowacyjna Gospodarka. Jeżeli ten strumień pieniędzy zostałby odcięty, wiele firm stanęłoby w obliczu braku źródła przychodu, bo za pracę nie płacą im w tej chwili klienci, tylko podatnicy pod przymusem. A to tylko niewielka część problemu.

Dlatego pęknięcie bańki i kryzysowe oczyszczenie rynku na pewno spowoduje czasowy wzrost bezrobocia. Jak będzie wyglądała sytuacja później? Tego też nie wiemy. Teoria ekonomiczna mówi, że rynek będzie powracał do równowagi, to znaczy kapitał i praca z sektorów, które okazały się przeinwestowane, przesunie się do innych. W praktyce jednak możemy stanąć w obliczu powtórki z lat dwudziestych i trzydziestych, masowych protestów – takich jak obecnie w Grecji – i dojścia do głosu sił politycznych głoszących radykalny socjalizm i etatyzm. Frustracja bezrobociem i niskimi zarobkami popycha ludzi, zwłaszcza młodych, w stronę tych, którzy obiecają im więcej państwowej pomocy. Panuje tendencja do tego, żeby za bezrobocie obwiniać „kapitalistów” i gloryfikować rząd. W greckim parlamencie już znalazła się zresztą partia narodowo-socjalistyczna – Złoty Świt. Również zwycięstwo w wyborach prezydenckich we Francji radykalnego etatysty Hollande’a jest sygnałem mówiącym o nastrojach społecznych.

Jedynym wyjściem dla Europy jest wprowadzenie polityki oszczędności i drastycznych cięć po stronie wydatków, ale także po stronie podatków i obciążeń przedsiębiorczości, przede wszystkim opodatkowania pracy. Taką drastyczną drogą – chociaż może „drastyczną” to zbyt mocne słowo w tym przypadku – poszła niedawno Szwecja, uważana do tej pory za bastion państwa opiekuńczego. Jeżeli politykę cięć budżetowych przyjmą pozostałe kraje europejskie, przede wszystkim Polska, to rynek szybciej wróci do równowagi i kryzys będzie mniej bolesny.

Olgierd Sroczyński (ur. 1985) – magister filozofii, publicysta i pedagog, stały współpracownik Instytutu Ludwiga von Misesa. Zajmuje się historią myśli politycznej oraz etyką w biznesie. Fan Howarda P. Lovecrafta, Jacka Dukaja i serialu South Park.

Pierwodruk: „Słowo Wrocławian“ nr 06 (42)/2012, str. 13.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2024 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.