Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Te zacietrzewione oszołomy

Te zacietrzewione oszołomy

Adam Danek

Już kilka lat temu zwróciłem uwagę na fakt, iż politycy przedstawiani przez media jako liderzy prawicy (parlamentarnej) sami raczej nie lubią nazywać się tym słowem. Zdecydowanie preferowali określenie „centroprawica”, dając do zrozumienia, że prawicowi, owszem, są, ale nie nadmiernie, nie za mocno, żeby przypadkiem nie przekroczyć ogólnie przyjętych norm… czego? I kto owe normy wyznacza? Wówczas nie znałem odpowiedzi na te pytania, choć samo zjawisko mnie dziwiło. Obecnie na każdym kroku potykam się o ludzi, którzy zapewniają, że co prawda są prawicowcami, ALE („I powtórzę trzy razy to ‘ale’: ale, ale, ale…” – jak brzmiał pijacki bełkot pewnego „powszechnie szanowanego autorytetu moralnego”) umiarkowanymi, rozsądnymi, poważnymi etc. A zatem najwyraźniej istnieją również prawicowcy (zbyt) radykalni, utopijni, niepoważni. Którzy to? O tym wyrokuje koteria, która od lat posiada oficjalnie usankcjonowany monopol na produkcję i dystrybucję poglądów, jakie człowiek światły i nowoczesny powinien deklarować w danym tygodniu (główny organ owego areopagu ukazuje się, jak wiadomo, jako dziennik, lecz wspierają go wiernie zaprzyjaźnione tygodniki). Zwana przez prof. Jacka Bartyzela „klasą polityczno-medialną”, doczekała się ostatnimi czasy szeregu barwnych przydomków, m.in. stała się znana jako Salon (dzięki książkom p. Waldemara Łysiaka) i michnikowszczyzna (dzięki p. Rafałowi Ziemkiewiczowi). Przodowników sprawy, której patronuje umieszcza w panteonie Republiki Okrągłego Stołu (kanonizacja ma tu postać pasowania na „autorytet moralny” lub „męża stanu”). Jednocześnie posiada wyłączność na wskazywanie wroga publicznego: „faszystów”, „oszołomów”, osób bądź formacji „chorych z nienawiści”, tzn. stwarzających domniemane lub rzeczywiste zagrożenie dla chronionej przez nią politycznej konstelacji. Wrogie elementy poddaje się wówczas nagonce, prowadzone przez prawomyślne media, powolne wobec rodzimej Policji Myśli.

Do tego momentu wyliczałem truizmy. Zwróćmy jednak uwagę na następujące zjawisko: anatemy salonowego Prop-Agitu padają na całe spektrum luźno pojmowanej prawicy, lecz w określonych okolicznościach niektórzy jej przedstawiciele – wspomniani na początku centroprawicowcy – przyłączają się do ataków na innych, pozbawionych przedrostka „centro-”, sami zaś przestają być ich obiektem. Na przykład rolę dyżurnego straszaka odgrywa w wypowiedziach różowo-czerwonej geruzji p. Roman Giertych. Mimo swego jawnie wrogiego stosunku do jego osoby, raz czy dwa oddała mu głos na swych łamach sama „Gazeta Wyborcza”. P. Giertych tłumaczył na nich, że aż takim „oszołomem” to jednak nie jest, a piętno to zwalił m.in. na Narodowe Odrodzenie Polski, przypisując temu ruchowi „rasizm” i „neonazizm” – etykietki stosowane z zasady przez siły postępu. Szeroko pojęta polska prawica dzieli się zatem na część cieszącą się – przynajmniej od czasu do czasu – warunkową akceptacją Policji Myśli oraz na żywioły pozbawione jej w sposób absolutny. Spróbujmy nieco oświetlić genezę tego podziału.

Rok 1989 uważa się powszechnie za początek III Rzeczypospolitej. Nie znajduję powodu do kwestionowania owej cezury – wszak to wtedy odbyły się oficjalne rozmowy przy okrągłym stole i właściwa „transakcja stulecia” w willi komunistycznego MSW w Magdalence. Fundamenty pod nową rzeczywistość zostały położone, lecz walka o jej kształt miała trwać kilka następnych lat. Kamaryle pp. Michnika, Kuronia, Geremka i Wałęsy wytargowały przy wódce w Magdalence podstawowe instrumenty władzy, ale ta wymagała zabezpieczenia – po prawej stronie nie brakowało środowisk nie tylko kontestujących nowy układ, ale głoszących expressis verbis potrzebę wysadzenia jego fundamentów, kładzionych przez gerontów Salonu podczas rozmaitych podejrzanych spotkań ze stroną rządową w latach 1984-1989. Niejednorodna, policentryczna prawica w „latach rozstrzygnięć” usiłowała naprędce wypracować organizacyjną i medialną strukturę, która umożliwiłaby jej skuteczną walkę z przeciwnikiem. Na próżno – Policja Myśli, nie bez wsparcia swego odpowiednika sprzed 1989 r., zaszachowała ją w kilku ruchach. W 1992 r. obaliła antykomunistyczny gabinet Jana Olszewskiego i zablokowała proces lustracyjny dzięki efektywnej konsolidacji jego przeciwników. Jednocześnie przeprowadziła antyklerykalną kampanię wymierzoną w Kościół, w wyniku czego dostał On nauczkę za poparcie prawicy (z powodu jej postulatów antyaborcyjnych), a przestrzeń publiczna została oczyszczona z żywiołów podejrzanych o „klerykalizm” czy „klerofaszyzm”. W ostatniej fazie operacji elementy nieprawomyślne zostały poszatkowane w ramach akcji „inwigilacji i dezintegracji prawicy”, zgodnie z wypróbowaną jeszcze w PRL „taktyką salami”. Okres walki o koryto oraz – przede wszystkim – rząd dusz w Polsce dobiegł końca, a jego beneficjenci mogli odetchnąć z ulgą.

Cześć prawicowców wyciągnęła ze wspomnianych wydarzeń poprawne (politycznie) wnioski – zrozumiała, co chciał jej przekazać Salon i jego jurgieltnicy. Zwątpiła w sens dalszej walki z wiatrakami i postanowiła pójść do Canossy. Tak oto milcząco zawarty został drugi, mniej spektakularny od tego z 1989 r., kompromis założycielski Republiki Okrągłego Stołu. Jego istotę streścić można następująco: wy nam nie będziecie podskakiwać za bardzo, a my wam w zamian nie zrobimy zbytniej krzywdy – ale niech no się który spróbuje zagalopować… W ten sposób wytyczono linię podziału prawicy na – ogólnie rzecz biorąc – dwa typy.

Reprezentant typu pierwszego przemyślał pewne sprawy i nawet jeżeli niegdyś przeżywał ukąszenie radykalizmu, to od tamtych dni na szczęście zdążył zmądrzeć. Uważa się człowieka rozsądnego i zależy mu, by za takiego uważali go inni. Posiada ugruntowane poglądy i jeśli już zostanie zmuszony, gotów jest ich bronić w każdej sytuacji, no, chyba że mogłoby to wpłynąć ujemnie na jego karierę polityczną lub zawodową. Nigdy go nie ma, kiedy trzeba powstrzymać jakąś lewacką akcję. Wykręca się i mamrocze coś w stylu: „Wie pan, osobiście jestem przeciwko temu, ale przecież w demokratycznym państwie nie można zabronić …”. Często używa słowa „kompromis”; nie lubi, gdy zakłóca mu się dobre samopoczucie i sam nie lubi psuć go innym, toteż jeśli się wypowiada, to w kwestiach „mało kontrowersyjnych”, głównie gospodarczych. Ale nawet na tej płaszczyźnie szybko ujawnia swą prawdziwą twarz – dość rzucić przy nim hasło, powiedzmy, zniesienia VAT czy akcyzy, a natychmiast zaczyna kręcić głową: „No nie, bez przesady, przecież tak nie jest w żadnym kraju w Europie…”. Jak wskazuje końcówka cytowanej formułki, popiera członkostwo Polski w Euro-Sojuzie; żeby było zabawniej, niekiedy gardłuje o obronie suwerenności państwa polskiego i wcale nie widzi tu sprzeczności. Bez zastrzeżeń akceptuje natomiast reżim demokratyczny, będąc sympatykiem bądź członkiem jednej z partii parlamentarnych (z innymi wiążą się tylko ludzie niepoważni), i bulwersuje się, jeśli ktoś w rozmowie z nim zakwestionuje demokrację. Zwłaszcza że – jak się okazuje – sam nie bardzo wie, dlaczego właściwie powinna być tak demokracja; przyciśnięty w dyskusji, po nerwowym namyśle burczy: „Musi być demokracja, bo… bo inaczej byłoby niedemokratycznie” albo „A co, pan jest za totalitaryzmem?”. Mimo deklarowanej werbalnie prawicowości panicznie boi się oskarżenia o „faszyzm” przez wiadome dobre towarzystwo, więc przed symbolami prawicy tzw. skrajnej – celtykiem, falangą czy konfederatką – pierzcha jak diabeł przed święconą wodą. Tak z grubsza wygląda jego portret psychologiczny; nie ma potrzeby znęcać się dalej nad tymi podtatusiałymi (niezależnie od wieku) oportunistami. W aspekcie organizacyjnym prawica – że ją tak szumnie nazwę – tego rodzaju przybiera postać „nowoczesnych” stronnictw liberalnych, populistycznych bądź chadeckich, zwących się czasem – o zgrozo! – konserwatywnymi (wariant ów prezentował kiedyś w Polsce p. Aleksander Hall ze swym, jak go określił prof. Antoni Dudek, „salonowym konserwatyzmem”). Wzorują się one chętnie na centroprawicy zachodnioeuropejskiej, ta zaś – jak pisze prof. Bartyzel – kompletnie skapitulowała przed wszechwładną lewicą na płaszczyźnie aksjologicznej oraz ustrojowej i różni się od niej wyłącznie tym, że (jeszcze) nieśmiało protestuje przeciw dalszej rozbudowie tzw. sfery socjalnej (vide tchórzliwa i niegodna swej nazwy brytyjska Partia Konserwatywna). Jak same twierdzą, od rozważań ideologicznych wolą się skupić na „rozwiązywaniu konkretnych problemów” – czytaj załatwianiu bieżących partyjnych interesów – przyznając się w ten niezbyt zawoalowany sposób do bezideowości. Ewolucję ugrupowań politycznych w opisanym kierunku obserwowali Polacy już nieraz. Konfederacja Polski Niepodległej w 1989 r. urządzała na ulicach zadymy przeciw „zdradzie okrągłego stołu”, by już w 1992 r. wespół z całym okrągłym stołem obalać rząd Olszewskiego. Podobną zmianę skóry wyraźnie przeszło Prawo i Sprawiedliwość. W dniach, gdy obejmowało rządy, klasa polityczno-medialna robiła pod siebie ze strachu (a przynajmniej takie stwarzał pozory), a jej pismaki biły na trwogę, że „rewolucja moralna z nożem w zębach” (określenie z „Gazety Wyborczej”) nadchodzi, by rozprawić się bez litości ze wszystkimi „powszechnie szanowanymi” filarami Republiki Okrągłego Stołu. Gdyby te słowa okazały się prorocze, prezes PiS zasłużyłby na monumentalny pomnik. Ale podniosły nastrój prysł błyskawicznie: wkrótce po elekcji brat prezesa publicznie fraternizował się z Aleksandrem Kwaśniewskim, personifikującym jednocześnie czerwoną postkomunę i różowy Salon. Dobry początek. Końca ewolucji na razie nie widać, niemniej zachowanie rządzącego ugrupowania w sprawie ochrony życia dzieci nienarodzonych należy uznać za znaczący symptom. Każda zmiana spowoduje zniszczenie kompromisu zawartego w tej sprawie w 1993 r. – oznajmił p. Jarosław Kaczyński. No tak. Jesteśmy buńczuczni i bezkompromisowi, ale wicie-rozumicie, czasem trzeba pójść na kompromis… „Psieje świat – czy może właśnie psieją oni,/Psiocząc na to, co ich dziełem w takim stopniu ?/Z siebie samych szydzą, gdy im się przypomni,/Jacy byli kiedyś pięknie nieroztropni.” – szydzi zza grobu cień Jacka Kaczmarskiego.

Dosyć już na temat polityków, którzy się „ucywilizowali, czyli sk…ili”, by sięgnąć po bon mot p. Janusza Korwin-Mikkego. Teraz znacznie krócej o drugim typie prawicy – bo znacznie mniej można jej zarzucić. Ujmując rzecz lapidarnie, stanowi ona przeciwieństwo typu pierwszego. Jej działaczy interesuje to, co słuszne, a nie to, co demokratyczne i rozsądne. Nie boją się konfrontacji z zastaną rzeczywistością, lecz uważają ją za swój obowiązek. Od działalności partyjnej wolą inne formy aktywności, a jeżeli nawet należą do partii, to zazwyczaj pozaparlamentarnych, ponieważ nie rozumują w kategoriach sondaży, kartek wyborczych i progu finansowania. Niezależnie do wieku (bardzo różnego) pozostają – proszę mi wybaczyć ten wyświechtany frazes – młodzi duchem, w przeciwieństwie do sportretowanych powyżej „dobrze-myślących” zdechlaków. Ci ostatni oskarżają ich o brak realizmu, o to, że nie chcą się „dostosować do faktów”, przy czym za nierealistyczną uchodzi wśród nich każda postawa odrzucająca akceptację status quo. Zarzucają im też, iż swym nonkonformizmem szkodzą prawicy, bo zrażają do niej ludzi. Cóż, każdy się denerwuje, kiedy mu zepsuć samozadowolenie, zwłaszcza, jeśli kryje się pod nim kapitulanctwo…

Do prawicowych ośrodków, które uzyskały zdjęcie klątwy w warszawskiej Canossie należy tygodnik „Wprost”, dobrze żyjący z każdą kolejną ekipą rządową. Kiedy do władzy dochodziła obecna, p. Leszek Miller oświadczył na jego łamach: „PiS nie ma mandatu na odejście od liberalnej demokracji”. Jak widać, PiS bynajmniej nie zamierza od niej odchodzić, ale samo stwierdzenie zasługuje na uwagę. Parafrazując czołowego teoretyka decyzjonizmu prof. Karola Schmitta (1888-1985), mandat na odejście od bezhołowia liberalnej demokracji ma każdy, kto jest zdolny je zrealizować. Zwolennicy takiego odejścia lokują się wyłącznie w drugim z opisanych tu typów prawicy. Wyrastają z różnorodnych tradycji ideowo-politycznych, ale – jak sądzę – zgadzają się co do przynajmniej trzech dezyderatów: I. poddania życia politycznego rygorom rzymskiego katolicyzmu, II. likwidacji reżimu demokratycznego, III. likwidacji etatyzmu i interwencjonizmu państwa. Gdy się to uda, nie ma większego znaczenia, czy nazwiemy to Kontrrewolucją, Rewolucją Konserwatywną, Narodową Rewolucją czy Przełomem. Podkreślam: uprawniony do realizacji owego minimum programowego jest każdy – ktokolwiek, kto byłby gotów się na to porwać. I jeśli taki sztandar podniesie, dajmy na to, Lepper (chyba w wyniku bezpośredniej Boskiej interwencji!), powinni przy nim stanąć wszyscy ideowi wrogowie Republiki Okrągłego Stołu. To właśnie stosunek do, by się posłużyć terminem ukutym we Francji, „republiki koleżków” – albo „republiki-dziwki”, jak nazywał III Republikę (nomen omen) wódz francuskich rojalistów Karol Maurras (1868-1952) odróżnia od siebie kunktatorską, ugodową wobec klasy polityczno-medialnej centroprawicę od tak zwanych przez nich wspólnie „oszołomów” i ma dowodzić „zacietrzewienia” tych ostatnich. I to właśnie te zacietrzewione oszołomy budzą lęk michnikowszczyzny, nie prawicowcy salonowi. Oby ich szeregi rosły…

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.