Jesteś tutaj: Publicystyka » Adrian Nikiel » Zamach?

Zamach?

Adrian Nikiel

Między partiami rządzącą i opozycyjną nie ma zasadniczych różnic. Są różnice psychologiczne między poszczególnymi ludźmi, jest rywalizacja, ale to nie są poważne spory ideowe.

prof. Bronisław Łagowski

Od wielu lat uważam p. Grzegorza Brauna za jedną z najważniejszych postaci autentycznej Prawicy w Polsce. Nieskrywane zaangażowanie na rzecz monarchii, znakomite wykłady o sprawach – jak się okazuje – tak naprawdę nieznanych współczesnym pokoleniom Polaków, ważne filmy – to wszystko sprawia, że ze zdaniem Pana Grzegorza trzeba się liczyć. Dlatego też publiczne opowiedzenie się postaci tego formatu za kandydaturą p. Jarosława Kaczyńskiego w przedterminowych wyborach prezydenckich, która to kandydatura z Prawicą nie ma wiele wspólnego, musi budzić — i rzeczywiście wzbudziło — poruszenie.

W ciągu minionych dwóch dekad zawsze buntowałem się przeciwko dziejowemu przymusowi wyboru „mniejszego zła”, głosowania przeciwko komuś, a nie za kimś. Jeżeli już decydowałem się na partycypację w demokracji, która jest przecież tylko mniej lub bardziej elegancką maską anarchii, czyniłem to z nikłą nadzieją, że zostanie zachowany jakiś elementarny porządek, który jeszcze przez pewien czas będzie tamą dla anarchii jawnej. Dlatego też oddawałem głos wyłącznie na tych kandydatów, których poznałem osobiście i miałem podstawy, by sądzić, że przynajmniej w części podzielają moje stanowisko w kwestiach dotyczących państwa i społeczeństwa. W nadchodzących wyborach nie poprę p. Kaczyńskiego, lecz kandydata, który deklaruje się jako monarchista (choć, niestety, nie jest legitymistą). Poparcie dla p. Kaczyńskiego uważam za błędne, gdyż oparte na błędnych przesłankach. Zdecydowałem się wypowiedzieć publicznie, gdyż wybór dokonany przez p. Brauna grozi konsekwencjami wyrażanymi przez zdanie „Wybitni ludzie popełniają wielkie błędy”…

Pan Grzegorz jest mi znany jako orędownik świadomości antyromantycznej, człowiek, który zawsze wzywa do zachowania zimnej krwi i okiełznania emocyj. Jako erudyta i wyśmienity znawca polskiej literatury i historii okresu romantyzmu, któremu bliższe jest mędrca „szkiełko i oko”, wie, jakie są konsekwencje politycznego rozedrgania, szerzenia teoryj spiskowych i patriotycznej frenezji. Tym razem Jego artykuł wydaje się być świadectwem ulegania tym nastrojom, którym wielokrotnie sprzeciwiał się w swoich publicznych wystąpieniach, szczególnie wykładach.

Fundamentem artykułu „Po zamach smoleńskim – spostrzeżeń kilka” („Opcja na Prawo” nr 5/101 z maja 2010 r.) jest założenie sine qua non, iż 96 ofiar katastrofy pod Smoleńskiem zginęło w wyniku ataku terrorystycznego. Jeżeli aktu terroru nie było, wówczas główne tezy artykułu i wnioski polityczne wiszą w próżni. Zarówno p. Braun, jak i niżej podpisany, wiedzę czerpią z mediów – żaden z nas nie jest expertem od spraw lotnictwa, ani cywilnego, ani wojskowego. Analizujemy wyłącznie te dane, które dostępne są laikom.

Twierdzę, że głoszenie z całą „dwustuprocentową” pewnością, iż nastąpił zamach, jest błędem. Na tym etapie śledztwa wciąż bardziej prawdopodobny jest scenariusz wydarzeń uwzględniający niesprzyjające warunki pogodowe, błąd obsługi naziemnej lub pilota, albo awarię. Punktem odniesienia może być w tym kontekście analogiczna katastrofa, jaka miała miejsce w 1996 r. podczas podchodzenia amerykańskiego samolotu do lądowania w Dubrowniku. Możemy sobie tylko życzyć, aby tragedia smoleńska została wyjaśniona równie skrupulatnie, to jednak wymaga czasu i rozwagi, gdyż 7000 stron raportu nie pisze się w ciągu miesiąca. I oczywiście musi być wola polityczna, aby taki raport powstał – czy jednak przekonałby tych domorosłych expertów, którzy tylko bezkrytycznie excytują się filmami na youtube? Czy pogłoska o zamachu nie utrzymywałaby się nawet wtedy, gdyby anioł zstąpił do nas z wiadomością, iż zamachu nie było, że to po prostu zwykły wypadek, jakich kilkanaście zdarza się co roku? Uleganie wpływom formacji umysłowej znanej jako „Bardziej nienawidzą Rosji niż kochają Polskę” jest niszczące dla życia politycznego w naszej Ojczyznie. Owszem, być może nastąpił zamach, ale niech świadczą o tym dowody, a nie spekulacje. Co ciekawe, argumentów na rzecz tezy o wypadku dostarczają publikacje dziennika „Rzeczpospolita”, tak często oskarżanego o przechył „propisowski”.

Z założenia, że dokonano antypolskiego aktu terroru, a Polska znalazła się w stanie swoiście „niewidzialnej wojny”, wynikają błędne oceny, które uważam za podyktowane emocjami. Polityka realna wymaga jasnego desygnowania, kto wrogiem, kto przeciwnikiem, kto sprzymierzeńcem. Z informacji, że jesteśmy w stanie wojny, ale nie wiemy z kim, nic nie wynika.

Pan Grzegorz napisał „NIE MA PAŃSTWA” – owszem, nie ma, ale nie ze względu na to, że spikerzy i że kanclerz Merkel, lecz dlatego, że w 2009 r. podpis p. Lecha Kaczyńskiego zamknął historię Polski niepodległej. W wyniku stopniowego, wieloletniego procesu „aksamitnego anszlusu” państwo polskie przestało istnieć, a my jesteśmy obywatelami Unii Europejskiej, gdzie stopień uzależnienia obecnej prowincji polskiej od władz imperialnych jest znacznie większy niż uzależnienie formalnie niepodległej PRL od sowieckich uzurpatorów. Jak zauważył p. dr Artur Ławniczak, jeden z najbardziej przenikliwych analityków „kultu kartki papieru”: przed 1989 r. Polacy nie musieli wybierać posłów do Rady Najwyższej Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich.

Polski nie ma, ale państwo wymazano z mapy Europy również w wyniku decyzyj politycznych podejmowanych przez panów Kaczyńskich i ich formację polityczną, Prawo i Sprawiedliwość. Jeżeli odrzucimy puste hasła, pseudopatriotyczne zadęcie, szermierkę słowną (a może raczej – okładanie się sztachetami z płotu) z Platformą Obywatelską, zobaczymy, że w kluczowych sprawach PiS i PO były zgodne. POPiS jest faktem, nawet jeżeli frakcje skaczą sobie rytualnie do gardeł. Bo to przecież jest tylko rytuał na użytek frenetycznego tłumu. Prawdziwa władza jest gdzieś między Berlinem, Bruxelą i Strasburgiem, w Warszawie pozostała jedynie administracja, dla której jedynym punktem odniesienia jest „Unia Europejska od nas wymaga…”.

Wydarzenia 10 kwietnia nie zmieniają negatywnej oceny prezydentury Lecha Kaczyńskiego i rządów Prawa i Sprawiedliwości. Śmierć nie unieważnia wszystkich argumentów, które formułowaliśmy wcześniej. Nie zmieniłbym nawet kropki w moich krytycznych wypowiedziach i dziwi mnie, że p. Braun chciałby oddać aż trzy głosy na kontynuację tej fatalnej prezydentury, którą zapowiada „wykonawca testamentu”, p. Jarosław Kaczyński. W tym miejscu trzeba zadać pytanie, na które odpowiedź może sfalsyfikować argumenty p. Brauna: czy poparłby p. Jarosława, gdyby Lech Kaczyński 10 kwietnia zmarł we własnym łóżku śmiercią naturalną, zginął wypadku samochodowym między Krakowskim Przedmieściem a ul. Wiejską lub padł ofiarą „zwykłej” katastrofy samolotowej (np. w Szwecji podczas – wyobraźmy sobie – obchodów rocznicy Potopu)? Czy stanowisko p. Brauna w odniesieniu do wymuszonej takimi okolicznościami kampanii prezydenckiej byłoby identyczne, jak obecne? Czy panowie Kaczyńscy, jeden z nich pośmiertnie, przestali z dnia na dzień być „żoliborskimi socjalistami”, a PiS patriotyczną, ale jednak Lewicą? Podczas swojej ostatniej wizyty w Wilnie Lech Kaczyński stwierdził, iż trzeba dążyć do przekształcenia Unii Europejskiej, jako – jego zdaniem – republiki arystokratycznej, w republikę demokratyczną – czy to był język polityka Prawicy?

Jeżeli dobrze zrozumiałem poglądy p. Brauna, którym dawał wyraz po 10 kwietnia, można je streścić w zdaniu „Jarosław Kaczyński – tak, PiS – nie”. Pana Kaczyńskiego nie da się jednak oddzielić od jego zaplecza politycznego, nie można oczekiwać, że jako prezydent odciąłby się od PiS i funkcjonował bez zaplecza, w politycznej próżni. To niemożliwe, gdyż jest on władcą absolutnym i personifikacją tej partii. Prezydentura p. Kaczyńskiego oznaczałaby powrót do władzy postaci, które zarówno p. Braun, jak i niżej podpisany, ocenialiśmy negatywnie. Oprócz tego, iż trzeba drobiazgowo wyjaśnić katastrofę smoleńską, chciałbym, aby również drobiazgowo wyjaśniono, kto stoi za śmiercią Barbary Blidy…

Kandydaturę p. Kaczyńskiego można bez emocyj oceniać tylko według jednego kryterium – programu wyborczego i poglądów, jakie wyrażał jako poseł i premier. Należy też rozważyć, czy jego działania pokrywały się z deklaracjami.

To, co najważniejsze: przyzwolenie na mordowanie dzieci. Wiemy z pamiętników p. Marka Jurka, że p. Jarosław Kaczyński storpedował podejmowane przed kilkoma laty próby objęcia dzieci w łonach matek pełną ochroną prawną. Dodatkowo dał wyraz swojego osobistego stosunku do takich inicjatyw i osób je wspierających, wyzywając p. Jurka od „wariatów” i „agentów”. W tym miejscu mógłbym już stwierdzić: dziękuję, nie mam więcej pytań. Ale zapytam: czy pamiętamy, aby głos w sprawie zabierali przedstawiciele PiS, gdy przy zgodnej współpracy minister Kopacz i „Gazety Wybiórczej” mordowano dziecko „czternastoletniej Agaty”? Czy p. Kaczyński protestował przeciwko zbrodni?

Analogicznie w przypadku projektu ustawy o zapłodnieniu in vitro: czy projekt PiS był zgodny z nauczaniem Kościoła, do którego działacze tej partii się przyznają?

Jak głosowali parlamentarzyści PiS podczas ostatniej próby przywrócenia kary śmierci w Polsce?

Zagadnienia ekonomiczne: podczas spotkania, którego byłem uczestnikiem przed kilkoma miesiącami, inna z ofiar katastrofy, posłanka Aleksandra Natalli-Świat, jednoznacznie stwierdziła, iż po powrocie do władzy PiS będzie kierowało się wskazaniami keynesizmu, a metodą wyjścia z kryzysu jest dalsze powiększanie długu publicznego. Czy najbliższa współpracownica p. Jarosława składałaby tego typu deklaracje bez jego akceptacji? W wywiadzie udzielonym Salonowi24.pl kandydat na prezydenta opowiedział się za utrzymaniem „socjalu” – a zatem żadnych marzeń o wolnym rynku.

Z kolei najlepszym komentarzem do wcześniejszych działań p. Kaczyńskiego w roli premiera są słowa p. Marka Migalskiego, który obalił legendę IV RP o tym, jak źli koalicjanci z LPR i Samoobrony uniemożliwiali rządzenie przedstawicielom PiS, stwierdzając otwartym textem, iż koalicjanci otrzymali „zabawki” i pozory władzy. A prawdziwa władza należała do wiceministrów z PiS.

Pytanie, czy koalicja PiS i Sojuszu Lewicy Demokratycznej w telewizji publicznej byłaby możliwa bez akceptacji p. Kaczyńskiego, w świetle całej dostępnej wiedzy o tym polityku uważam za retoryczne.

Pan Jarosław Kaczyński, jako polityk „głównego nurtu”, nie jest alternatywą, która mogłaby ocalić niepodległość zaprzepaszczoną przez jego brata. Bez względu na to, czy prezydent Lech Kaczyński zginął w zamachu, czy w wypadku, ewentualne rządy „wykonawcy testamentu” nie staną się żadnym przełomem, nakazy UE będą wykonywane. Zapewne będzie wokół nich trochę przepychanek i awantur, ale ważny ostateczny efekt. Jako demokrata, p. Jarosław na pewno nie przyczyni się do restaurowania monarchii w Polsce. W tym kontekście trzeba dopowiedzieć: pogrzeb na Wawelu nie był – co istotne w kontekście oczekiwań p. Brauna – wyrazem nastrojów monarchistycznych, gdyż z pewnością takie same tłumy towarzyszyłyby pogrzebowi pary prezydenckiej w każdym innym miejscu w Polsce. I właśnie – nigdy dość przypominania – na Wawelu pochowany został człowiek, który wynegocjował i podpisał traktat zamykający historię Polski jako niepodległego państwa. Czy zatem powinniśmy zrewidować też negatywne oceny Stanisława Augusta?

Nawet jeżeli przyjmiemy, że prezydent padł ofiarą zamachu, w ocenie jego prezydentury to niczego nie zmienia.

*****

Na koniec pozwolę sobie na niewesołą obserwację natury obyczajowej. Po katastrofie pod Smoleńskiem w Brazylii ogłoszona została żałoba narodowa. Natomiast, kiedy w 2009 r. w równie dramatycznej katastrofie lotniczej nad Atlantykiem zginął xiążę Piotr Ludwik de Orléans-Bragança e Ligne z Cesarskiego Domu Brazylii, w Polsce skwitowano to kilkoma wzmiankami w mediach… Honor Polski ratowały kondolencje Klubu Konserwatywnego w Łodzi.

Pierwodruk: „Opcja na Prawo” nr 6/102, czerwiec 2010 roku.

www.opcjanaprawo.pl

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.