Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Zamach stanu – mroczne widmo

Zamach stanu – mroczne widmo

Adam Danek

„Dzisiaj natomiast ludzie wygrażają nie tylko nieśmiertelnemu, ale i śmiertelnemu Bogu, płaszcząc się jednocześnie przed partyjnym politrukiem, dziennikarzyną, związkowym bossem czy finansowym spekulantem. I dziwią się przy tym szczerze, że moralność i duch obywatelski upada”

Jarosław Zadencki (ur. 1958)

Jak twierdzą Michnik et consortes, widmo krąży nad Polską. Widmo zamachu stanu. Chór lewicowych publicystów i wyświechtanych „autorytetów moralnych” pod batutą Wielkiego Redaktora Gazety niestrudzenie pieje o państwie policyjnym, sfałszowanych wyborach, faszyzmie, Berezie Kartuskiej i tym podobnych wizjach, które – jak zapewniają – nie pozwalają im spać spokojnie.

Mimo ich najlepszych wysiłków publiczność reaguje głównie znużeniem. Trudno jej się dziwić – trupa Wielkiego Redaktora odgrywa ten sam repertuar od dwóch lat (na co nie pozwoliłby sobie żaden inny kabaret). Od ośmiu kwartałów z siedzib redakcji „dobrze-myślących” mediów i zarządów „dobrze-myślących” partii dobywa się bez przerwy mantra wykształciuchów, hymn bojowników III RP – monotonny lament: „Aj-waj! Rządy PiS zagrażają demokracji!” Ileż nadziei niosłyby ich zawodzenia, gdyby mieli rację…

Apologeci Republiki Okrągłego Stołu od wielu miesięcy biją na trwogę: PiS zawłaszcza państwowe służby, aparat administracyjny, prokuraturę, sądy, państwowe media etc. Skoro rządzące stronnictwo konsekwentnie koncentruje w swych rękach wszelkie instrumenty nacisku, mogłoby z nich zrobić użytek raz a dobrze. Polityczno-medialni wrogowie oskarżają ekipę p. Kaczyńskiego o bezwzględność w umacnianiu i obronie własnej władzy – niech da jej dowody. Jakiś czas temu jeden z wice-Michników, p. Jarosław Kurski, komentując rekonstrukcję gabinetu p. Kaczyńskiego, przekroczył nawet standardy „Wyborczej”. Insynuował coś o przygotowywanym po cichu coup d’etat, o obozach internowania budowanych dla przeciwników przyszłego dyktatora, o szwadronach śmierci, które wkrótce wyruszą, by na nich polować itp. – oczywiście między wierszami, bo wprost nie wolno się posuwać do podobnych bredni chyba nawet w tubie Michnika. Jaka szkoda, iż komiczne proroctwa znanego dziennikarza Salonu nie mają szans na spełnienie! Przestrzeń publiczna od razu stałaby się czystsza. Niektórzy kamraci p. Kurskiego przechwalają się, że pewnie niedługo przyjdzie po nich w nocy ABW. Dlaczego nie? Dobrze by im zrobiła ścieżka zdrowia według wzorów z Berezy Kartuskiej. Albo Brześcia.

Wzmiankowani publicyści i politycy, a także adorujący ich telewidzowie i czytelnicy lubią w kółko powtarzać: „Mam już tego dosyć!” Ja również mam dosyć duchoty, jaka panuje w Polsce od początku zmierzchającej kadencji parlamentarnej. Precyzując, mam powyżej uszu słuchania, jak granda cynicznych pismaków, partyjnych macherów i parlamentarnych krzykaczy zarabia na swój parszywy jurgielt i broni swoich przywilejów, codziennie wycierając sobie gębę polskim państwem i rządem, a czasem i szczując na nie osobistości bądź instytucje z państw trzecich. I jeszcze bezczelnie drapuje się przy tym w płaszcz Katona! Nie ma się co łudzić: liderzy rządzącego ugrupowania pozostają współodpowiedzialni za tę „atmosferę bagna”, jak by się wyraził nieodżałowanej pamięci Ernest Jünger (1895-1998). „Układ” partii, mediów i wielkiego biznesu, z którym proklamowali walkę, sami pomagali budować od schyłku lat osiemdziesiątych. Tworzą jedną z egoistycznych frakcji w łonie tej samej klasy politycznej. Gdyby jednak znaleźli w sobie wolę, by teraz zrobić porządek z całą resztą owej klasy, bez dwóch zdań zasłużyliby na absolucję dawniejszych win i zaniedbań. Sądząc po poglądach pp. Kaczyńskich, w takim wypadku należałoby się spodziewać dyktatury populistycznej, solidarystycznej i antykomunistycznej – trochę w stylu południowoamerykańskim, ale bez krwawej porywczości Latynosów. Miałaby ona swoje poważne wady, lecz byłaby dla nieszczęsnego kraju lepszym losem od brudnych gierek i wzajemnego obszczekiwania poszczególnych koterii „republiki koleżków”.

Demokracja to ustrój, który neguje prawowitość władzy (legitimité) jako taką, z czego prof. Karol Schmitt (1888-1985) wyprowadził prosty wniosek, iż władzę prawowitą zyska w niej każdy, kto będzie miał siłę, by ją sobie wziąć i wyegzekwować. Władza „musi być wzięta, a nie otrzymana”, jak rzekł zapomniany przedwojenny reakcjonista Jan Kanty Kochanowski. Więc może w końcu ktoś by ją wziął? Inaczej butne zapowiedzi „rewolucji moralnej” ostatecznie okażą się wciskaniem kitu.

Pewien gorliwy demokrata wyznał mi niedawno, że obserwując ostatnie wydarzenia na scenie politycznej, wreszcie zrozumiał dwa momenty historyczne: działanie Piłsudskiego w 1926 r. oraz… rozbiory. Co by o tej opinii nie sądzić, jeśli któryś z nich miałby się powtórzyć, to lepiej pierwszy niż drugi. Pod koniec poprzedniej kadencji parlamentarnej p. Joanna Senyszyn alarmowała z mównicy sejmowej: „Nadchodzi kaczyzm!” Niech zatem nadejdzie, a z nim zmierzch bogów Republiki Okrągłego Stołu. Lepsza kaczystowska dyktatura, niż małpi gaj demokracji III RP.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.