Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Witold Kwaśnicki: Zapomniany podatnik

Zapomniany podatnik

Witold Kwaśnicki

Przygotowując się do wykładu pt. Czy podatki mogą sprzyjać rozwojowi gospodarczemu i wzrostowi dobrobytu narodów?, który wygłosiłem na zaproszenie ZPP (tutaj i tutaj, prezentacja tutaj), przypomniałem sobie o swoich dwóch starych tekstach. Okazało się, że jeden, Z historii podatku dochodowego, opublikowałem w zeszłym roku na blogu, ale tego o Zapomnianym podatniku jeszcze nie, co niniejszym czynię. Artykuł o Zapomnianym podatniku napisałem z inspiracji śp. Janka Winieckiego i zamieszczony on został w książce pod jego redakcją (Gospodarka bez ekonoma. Którędy do dobrobytu, red. Jan Winiecki, ABC Dom Wydawniczy, Warszawa 2006).

W napisanym w 1883 roku eseju William Graham Sumner rozważa sytuację czterech osób, które nazwał A, B, C oraz X. Często A, człowiek wrażliwy, społecznik, filantrop, polityk, parlamentarzysta, zauważa coś, co wydaje mu się złe, a od czego cierpi X, tzw. zwykły, szary obywatel. Rozmawia o tej sprawie ze swoim kolegą B. Najczęściej po tej rozmowie A i B proponują wprowadzenie prawa, które usunie zło i pomoże X. Prawo to zawsze określa, co dla X powinna zrobić czwarta z rozważanych osób, obywatel C, a w lepszym przypadku, co dla X powinni zrobić A, B i C. Jeśli chodzi o A i B, którzy ustanawiają prawo odnoszące się do X w dobrej dla niego intencji, to warto powiedzieć jedynie to, że byłoby lepiej, gdyby pomogli mu bez ustanawiania jakiegokolwiek prawa. Sumner nazywa C Zapomnianym Człowiekiem. Najczęściej jest to „prosty, uczciwy pracownik” gotowy do ciężkiej i wytrwałej pracy po to, by godziwie żyć. Często nie zauważamy go, bo swym zachowaniem nie zwraca na siebie uwagi. Jest niezależny, dbający o siebie i swoją rodzinę i nigdy nie prosi o wsparcie. Jego podstawowym celem jest wywiązywanie się z obowiązków, ku zadowoleniu swojego pracodawcy. Swoją pracą przyczynia się do powiększenia własnego dobrobytu, ale też i kapitału zgromadzonego w społeczeństwie, którego jest członkiem. Jednakże jego dostatnie życie zależy także od sumy kapitału zgromadzonego w społeczeństwie i im większy jest dobrobyt społeczeństwa, tym lepiej i jemu się żyje. Każda część kapitału społecznego, która jest przekazana leniwym, niezaradnym, chciwym, niezdarnym, jest wzięta z kapitału służącego do zapłaty temu niezależnemu, produktywnemu zapomnianemu człowiekowi. Zwykle jednak nie pamiętamy o nim, bo nie robi on wrzawy wokół siebie, spokojnie pracuje, realizując swoje osobiste cele. To właśnie Zapomniany Człowiek „pracuje, głosuje i modli się”, ale przede wszystkim płaci, i to płaci ponad miarę.

Obecnie w większości krajów rozwiniętych gospodarczo należących do OECD (Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, Polska należy do tego „klubu” trzydziestu krajów od 1996 roku) obywatele, „zapomniani podatnicy”, oddają państwu-rządowi (poprawniej powinniśmy powiedzieć: „jest im zabierane”) średnio 40% tego, co wypracują [tj. 40% Produktu Krajowego Brutto (PKB) – wartość ta dobrze również pokazuje rozmiar rządu, czyli stopień ingerencji państwa w życie jego obywateli]. Żeby zobrazować tę liczbę, pomyślmy o Polaku w roku 2004, który oddaje państwu 48% tego, co wypracuje. W dniu wypłaty dostaje „na rękę”, czyli netto, 1000 zł, ale gdyby przyjrzał się wszystkim innym obciążeniom swojej pracy, to zauważyłby, że wypracowana przez niego pensja (tzw. brutto) wyniosła 1900 zł. Zatem 900 zł oddaje państwu. „Zapomniani podatnicy” płacą w większości nieświadomie, w różnej formie: podatków bezpośrednich, pośrednich, na przyszłą emeryturę i rentę, opłat na fundusze zdrowia, aktywizacji zawodowej i na inne „niedorzeczności” (niedorzeczności, bo w istocie większość tych obciążeń to niedorzeczności – płacimy jednocześnie na rentę i emeryturę, ale ilu z tych, co płacą, idzie na rentę i emeryturę jednocześnie?; płacimy na fundusz aktywizacji zawodowej, a mamy prawie dwudziestoprocentowe bezrobocie, płacimy na tzw. ochronę zdrowia, ale po to, by się wyleczyć, trzeba w istocie pójść prywatnie do lekarza i zapłacić za tę usługę ekstra itd.).

Obciążenia obywateli krajów OECD są zróżnicowane, wspominane 40% jest wartością średnią. Obywatele pięciu krajów o najwyższych obciążeniach podatkowych (Belgia, Dania, Francja, Norwegia i Szwecja) płacą ok. 50% PKB, natomiast obywatele pięciu krajów o najniższych obciążeniach (Australia, Japonia, Korea, Meksyk i USA) płacą ok. 28% PKB.

Dobrą ilustracją wielkości obciążeń podatkowych obywateli jest tzw. Dzień Wolności Podatkowej. Jeśli zrobilibyśmy eksperyment myślowy, w którym obywatele, uznając państwo za najważniejszą instytucję, najpierw oddawaliby mu wszystko, co zarobią, aż do momentu, w którym to państwo-rząd powiedziałoby łaskawie „wystarczy”, tak że od tego momentu to, co zarobiliby, mogliby zostawiać sobie, to taki dzień, w którym rząd powiedziałby „wystarczy”, nazwalibyśmy dniem wolności podatkowej. W Polsce w ostatnich latach dzień ten wypada w drugiej połowie czerwca (w 2004 roku był to 28 czerwca). W USA w ostatnich latach jest to początek kwietnia (w 2004 roku – 11 kwietnia).

Warto powiedzieć, że społeczeństwo może całkiem dobrze funkcjonować z tzw. małym rządem. Jeszcze w XIX i na początku XX wieku w większości krajów obecnie uznawanych za rozwinięte gospodarczo, obciążenia fiskalne nie przekraczały kilku procent, a dzień wolności podatkowej wypadał w styczniu i w lutym – przykładowo w USA w roku 1900 na potrzeby państwa wystarczyło pracować do 21 stycznia (obciążenia podatkowe wynosiły 5,9%).

Jest chyba coś patologicznego w tym, że obciążenia podatkowe obywateli przewyższają łączne wydatki na to, co jest najpotrzebniejsze każdemu człowiekowi, tzn. na żywność, ubranie i mieszkanie. W 1999 roku przeciętny Amerykanin zapłacił 10 298 dolarów podatku, natomiast na żywność wydał 2693 dolarów, na ubranie 1404, a na mieszkanie 5833 dolary. Jeszcze gorsze proporcje są w większości krajów OECD, w tym w Polsce.

W 1904 roku Oliver Wendell Holmes Jr wypowiedział sławne zdanie: Podatki są ceną, jaką płacimy za rozwój cywilizacyjny (Taxation is the price we pay for civilization). Wynika z tego, że od początku XX wieku bardzo się ucywilizowaliśmy.

Prawdą jest, że nikt nie lubi płacić podatków, tak było zawsze i tak z pewnością będzie. Mogą być jednak różne postawy. Kiedy obywatel widzi, że płacone przez niego podatki nie są marnowane, to nawet godzi się je płacić, uznając to za swój święty obowiązek (tak było jeszcze kilkadziesiąt lat temu w USA). Kiedy jednak widać ogromne marnotrawstwo tych pieniędzy, obywatele zaczynają oszukiwać na podatkach (i staje się to często początkiem erozji społecznej i kryzysu państwa).

Zakończmy te nasze rozważania o „zapomnianym podatniku” nadzieją, że w niedalekiej przyszłości społeczeństwo będzie miało odwagę i mądrość Lady Godivy, a rząd, politycy i parlamentarzyści będą godni Leofrica i będą na tyle honorowi i słowni, że dotrzymają oczekiwanych i obiecanych deklaracji.

Lady Godiva była żoną Leofrica, earla Mercji (królestwa w centralnej Anglii). Leofric około 1040 roku nałożył ogromne podatki na mieszkańców swojego księstwa. Jego żona prosiła go, by zmniejszył te podatki. Zgodził się, ale pod warunkiem, że ona przejedzie nago na koniu ulicami Coventry. Lady Godiva zgodziła się na to i uczyniła zadość żądaniu męża, przejeżdżając na koniu bez ubrania. Choć jej ciało osłonięte było jej długimi włosami, wcześniej jednak poprosiła obywateli księstwa, by w czasie jazdy pozostali w domach za zasłoniętymi oknami. Jak można było oczekiwać, nie wszyscy posłuchali prośby, lokalny krawiec podglądał jej przejazd, ale, jak głosi legenda, podglądając, stracił wzrok i do końca życia pozostał ślepcem.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.