Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Złudzenie narodowej lewicy

Złudzenie narodowej lewicy

Adam Danek

Żaden prawicowiec nie darzy lewicy sympatią. Niektórzy z nich ulegają jednak od czasu do czasu specyficznemu złudzeniu. Być może znużeni wszędobylstwem i wielokształtnością lewicowców, dochodzą w końcu do niechętnej konstatacji, że jakaś lewica istnieć musi. A jeśli musi już być jakaś lewica, niech przynajmniej będzie to lewica narodowa, czy też patriotyczna. I rzeczywiście, w ciągu dwóch ostatnich wieków da się wyróżnić szereg lewicowych środowisk bądź ruchów o takiej właśnie orientacji.

Rozumowanie rzeczników unarodowienia lewicy odznacza się pozornie logiką. Zdają sobie oni sprawę, iż lewica to zlep sił nihilistycznych i dezintegrujących, oddanych sprawie zniszczenia wszystkiego, na czym opiera się dobry porządek cywilizacyjny: religii, tradycji, moralności, zwyczaju, rodziny, autorytetu, własności etc. Jeżeli wszakże niektóre jej odłamy określają się same jako lewica narodowa, to znaczy, że w każdym razie odnoszą się afirmatywnie do wspólnoty narodowej. A skoro tak, istnieje przynajmniej jeden poziom ładu cywilizacyjnego, i to obszerny, jaki ów rodzaj lewicy respektuje – w przeciwieństwie do nienarodowej lewicy internacjonalistycznej. Zidentyfikowana zatem zostaje skromna płaszczyzna potencjalnego porozumienia. Zakładając, iż wszelka lewica jest szkodliwa, powinno się wybrać taką, która niszczy mniej. Narodową lewicę, zainteresowaną losem własnego narodu i państwa, wypada ocenić wyżej – może i znacznie wyżej – od innych odmian lewicy, pragnących zmielić je w trybach rewolucji razem z całą resztą porządku społecznego. Narodowa lewica zasługuje jeżeli nie na akceptację, to przynajmniej na tolerancję ze strony prawicy – oczywiście tolerancję pojmowaną klasycznie (jako warunkowe znoszenie błędu w pewnych granicach), a nie w nowoczesnym, zideologizowanym sensie.

Nie dziwi fakt, że podobne opinie spotyka się wśród osób mieniących się narodowcami. Za narodowca uważa się (i jest uważany) w dzisiejszej Polsce byle kto, komu często wystarcza dopisanie przymiotnika „narodowy” do czegokolwiek (na przykład do demokracji), aby uczynić z tego obiekt patriotycznych uniesień. Zdarzały się one również wśród konserwatystów, nie tylko w erze współczesnego pomieszania języków, ale i w czasach znacznie bardziej prostolinijnych. Podzielał je m.in. zachowawca tej miary, co „ostatni Stańczyk” prof. Michał Bobrzyński (1849-1935). W 1916 r. opublikował on broszurę „Dialog o zasadach i kompromisach”, gdzie w formie dyskusji dwóch rozmówców wyjaśniał linię polityczną krakowskich konserwatystów. Jeden z fikcyjnych dyskutantów zarzuca im pójście na współpracę z niepodległościowymi socjalistami. Drugi odpiera zarzut słowami:

„A gdyby tak wezbrana rzeka groziła zalewem wielkiej przestrzeni kraju i gdyby szło o podtrzymanie wałów, chroniących ziemię i ludność od zupełnego zniszczenia, czy byś Pan mając w tej okolicy posiadłość ziemską, zawahał się wezwać robotników sąsiedniej fabryki do pomocy dlatego, że to są socjaliści, lub że jeden lub drugi z nich brał udział w terrorystycznych zamachach? (…)

A czy taka powódź wezbranej rzeki jest rzeczą groźniejszą niż ta powódź, która całemu narodowi naszemu zagroziła ze strony Rosji? Czy byś Pan wolał, żeby w tym dziejowym momencie socjaliści stali nadal poza narodem i prowadzili dalej dzieło strajków i zamachów z r. 1905 i następnych? Czy Pan jako chrześcijanin i Polak nie cieszysz się, iż tego zaprzestali? Czy przypowieść o synu marnotrawnym nie ma zastosowania w życiu publicznym?”

Lepsi socjaliści, którzy szanują naród, niż socjaliści, którzy go nie szanują. Na pozór. Zwolennicy unarodowienia lewicy zazwyczaj nie zadają sobie bowiem trudu sprawdzenia, co socjaliści rozumieją przez naród. A ci za naród uważają zglajchszaltowaną, egalitarną masę wykorzenionych indywiduów mówiących jedynie tym samym językiem. Naród broniony przez konserwatystów oraz chrześcijańskich nacjonalistów oraz naród według socjalistów to dwie zupełnie różne sprawy. Dla socjalistów słowo naród oznacza mechanistyczny, roszczeniowy kolektyw. Żaden prawicowiec nie życzy chyba swemu narodowi, by stał się taką zbieraniną. Pal diabli socjalizm; rzecznicy tezy o mniejszej szkodliwości lewicy narodowej potrafią się posunąć znacznie dalej: nierzadko doszukują się dobrych stron w niektórych wersjach komunizmu – oczywiście tych narodowych. We współczesnej Polsce nietrudno natknąć się na publicystyczne wywody poświęcone relatywnej wyższości (mniejszemu złu) narodowego komunizmu Stalina nad mniej narodowym komunizmem Lenina albo zapewnienia o patriotyzmie moczarowców. Nie należy zresztą przypisywać ich autorom złej woli; oni najwyraźniej szczerze wierzą w walory endokomuny porównanej do żydokomuny itd. Ale mylą się, sądząc, iż komunizm można osłabić czy choćby ograniczyć, zamykając go w narodowym opakowaniu. We wszystkich przypadkach, gdzie komunizm udrapował siebie samego w narodowe przebranie, uczynił to wyłącznie w poszukiwaniu lepszej formuły propagandowej i mobilizacyjnej dla swej rewolucyjnej ideologii, wieszczącej zagładę dotychczasowego świata. Stalin nie ograniczył komunizmu przez przypięcie mu narodowej etykietki, podobnie jak Lenin nie ograniczył komunizmu, wprowadzając NEP – obaj dokonali jedynie taktycznych wybiegów dla umocnienia czerwonego systemu. Nie da się przemienić patologicznego, złowrogiego zjawiska w coś choć trochę pozytywnego przez proste umieszczenie go w kontekście narodowym. Inaczej moglibyśmy powiedzieć: skoro już musi być feminizm, niech będzie to feminizm ojczyźniany i patriotyczny. Albo: jeśli już funkcjonują stowarzyszenia homoseksualistów, trzeba popierać tworzenie narodowych stowarzyszeń homoseksualistów. Lub wygłosić jeszcze inny absurd oparty na tym schemacie. Swoją drogą, ciekawe, dlaczego żaden ze zwolenników unarodowienia lewicy nie wypalił jeszcze: całe szczęście, że w latach 1933-1945 w Niemczech rządziła narodowa lewica, bo co by się stało, gdyby rządziła lewica internacjonalistyczna? Przecież zgodnie z zaprezentowanym powyżej rozumowaniem Hitler i towarzysze wyrządzili światu z pewnością mniejsze szkody, niż wyrządziłby Thälmann, gdyby to on zdobył władzę w republice weimarskiej w pierwszej połowie lat trzydziestych.

Pozycja narodowej lewicy pozostaje w najwyższym stopniu problematyczna także gdy ogląda się ją z przeciwnej strony barykady. Mówiąc jaśniej, orientacja narodowa jest nie do przyjęcia dla całej właściwie dzisiejszej lewicy. Tu i ówdzie trafiają się wyjątki, jak francuscy lewicowi suwereniści bądź rosyjscy nazi-bole (narodowi bolszewicy), niemniej działają one na marginesie codziennego życia politycznego, na spółkę z tzw. skrajną prawicą. Natomiast ogromna większość lewicowców – kosmopolitów hołdujących ideologii multikulturalizmu –postrzega wszelki nacjonalizm, a nawet patriotyzm, jako nieakceptowany relikt zabobonnej przeszłości (dość przypomnieć głośne artykuły „Patriotyzm jest jak rasizm” i „Świat bez patriotyzmu”, opublikowane na łamach „Gazety Wyborczej”). W obrębie współczesnej lewicy nie mogłyby z pewnością funkcjonować ugrupowania podobne do przedwojennych polskich ruchów narodowo-socjalistycznych: Partii Narodowych Socjalistów, Polskiej Partii Narodowo-Socjalistycznej czy Narodowo-Socjalistycznej Partii Robotniczej. Proszę nie dać się zwieść ich nazwom. Wspomniane ruchy nie miały nic wspólnego z nazizmem, który odrzucały na równi z faszyzmem i komunizmem; same wywodziły się z PPS, chadeckiej Narodowej Partii Robotniczej, endecji oraz obozu legionowego. Łączyły umiarkowany socjalizm gospodarczy z nacjonalizmem. Cechowały się także głębokim przywiązaniem do wiary katolickiej: otwarciu nowego lokalu partyjnego towarzyszyło jego poświęcenie przez kapłana, porządek spotkań obejmował wspólną modlitwę, zaś w razie śmierci któregoś z działaczy jego koledzy w mundurach ruchu gromadzili się na Mszy pogrzebowej. Najoryginalniejszy z przedstawicieli polskiego narodowego socjalizmu, wódz Radykalnego Ruchu Uzdrowienia Józef Kowal-Lipiński (1901-?), postulował nawet przekształcenie Państwa Polskiego w monarchię parlamentarną. Proszę sobie odpowiedzieć na pytanie, czy dziś dałoby się nakłonić jakichkolwiek lewicowców do stanięcia na zbliżonych pozycjach.

Odpowiadając na retoryczne pytanie prof. Bobrzyńskiego, przypowieść o synu marnotrawnym jak najbardziej ma zastosowanie w życiu publicznym. Niemniej człowiek lewicy idzie za przykładem tej biblijnej paraboli nie wtedy, gdy przechodzi do lewicy narodowej, lecz wtedy, gdy zrywa z lewicą w ogóle i wyraża wolę ekspiacji. Prawica będzie mogła uznać swą misję za zakończoną dopiero kiedy wszelka lewica zniknie z tego świata. Wcześniej nie wolno jej odwiesić broni na kołek.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.