Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Eseje i artykuły naukowe » Krzysztof Tyszka-Drozdowski, „Żuawi nicości” (Teologia Polityczna, Warszawa 2019, str. 274)

Krzysztof Tyszka-Drozdowski, „Żuawi nicości” (Teologia Polityczna, Warszawa 2019, str. 274)

Jacek Bartyzel

Książkę Krzysztofa Tyszki-Drozdowskiego Żuawi nicości przeczytałem z czymś więcej niż z zainteresowaniem: czytałem ją ze wzruszeniem i pasją, wzbierającymi z każdą stroną tej lektury. Z pewnością bierze się to po części z tego, że przedmiot narracji autora pokrywa się w jakimś stopniu z obszarem, który sam eksplorowałem kiedyś badawczo, więc budzi on moje szczególne i niegasnące upodobanie, ale przecież ta zbieżność wcale niekoniecznie musi nastrajać do stosowania jakiejś taryfy ulgowej: przeciwnie, wyostrza w punkcie wyjścia krytycyzm i podejrzliwość. A jednak autor tą swoją książką „podbił” mnie niemal zupełnie i tylko w bardzo nielicznych momentach (jak na przykład, gdy ferwor ponosi go ku tak przesadnej krytyce romantyzmu, że już niesprawiedliwej, albo gdy też niesłusznie, moim zdaniem, oskarża Jagiellonów o zakłócenie polskiego stylu myślenia politycznego) się z nim nie zgadzałem; poza tym muszę uznać, że jego wizja esprit classique, zwłaszcza francuskiego, jego eksploracja latyńskiej „genealogii jaźni”, jest głęboko przemyślana, zinterioryzowana i poruszająca. Chciałoby się aż napisać, tak samo jak pisał przywoływany również w tym kontekście Maurras, że Żuawi nicości to „książka katolicka”, czyli po prostu dobra, mądra i klarowna, w przeciwieństwie do rozpychających się po półkach księgarskich „książek protestanckich”, czyli złych, głupich i mętnych.

Wspomnijmy naprzód o walorach artystycznych tej książki. Żuawi nicości to esej filozoficzno-literacki, a zatem forma gatunkowa wbrew pozorom szczególnie trudna, skutkująca żenującymi katastrofami, kiedy ci, którzy się na nią porywają, nie mają ani smaku, ani intelektualnej dyscypliny, ani erudycji wystarczająco rozległej, a jednocześnie nieprzytłoczonej belferską pedanterią i na tyle lekkiej, aby móc pocwałować ku szczytom Helikonu. Krzysztof Tyszka-Drozdowski posiada jednak wszystkie przeciwieństwa tych wad: jego idiomem literackim można się wręcz delektować, a znajomość literatury (nie tylko francuskiej) imponuje. Jego książka kontynuuje czy też wskrzesza najlepsze tradycje polskiego eseju i godna jest stanąć obok choćby Podróży do piekieł Bolesława Micińskiego, z którą zresztą wiele ją łączy wprost. Jest znakomicie skomponowana zarówno artystycznie, jak i myślowo, czego najlepszym przejawem jest rozpoczęcie narracji opowieścią o El Greco i jego Toledo, a zamknięcie jej „Lekcją tauromachii”. W ten sposób autor, który obrał sobie za bohaterów swojej opowieści zasadniczo trzech pisarzy francuskich (Henry’ego de Montherlanta, Maurice’a Barrèsa i Charlesa Maurrasa), z których zwłaszcza dwaj pierwsi nieustannie inspirowali się kulturą i obyczajem Hiszpanii, ukazał wybornie, jak l’âme française, będąca esencją ducha latyńskiego i klasycznego, odbija się w zwierciadle bliźniaczej, a jednak innej, acz równie bogatej, la alma española: „Przyjęło się mówić, że Hiszpanie są nieobliczalni. Niestali, niespodziewanie wpadają z jednej krańcowości w drugą, mówi się o nich «niezrównoważeni» (przynajmniej tak było w czasach Barrèsa, na początku minionego wieku, gdy narody miały naprawdę odrębne charaktery). To dlatego, że rozpalili każdy swój nerw do czerwoności, każdą namiętność doprowadzili do zenitu. Zróżnicowanie hiszpańskiej duszy jest zaskakujące; jej szeroki rejestr wykracza poza spektrum ludzi północy. To kraj dla myślicieli, pisze Barrès, których znudziło wszystko, oprócz energii. (…) Podobno w ostatnich słowach św. Teresa stwierdza, że wszystko wydaje się jej nicością i snem. Bo gdy dusza rozpina w sobie cały łuk namiętności, jakich doznał człowiek przez wieki, dochodzi do zobojętnienia. No importa, zawołanie Hiszpanów, tego generała z powieści Malraux, który na wieść, że zaraz go powieszą mówi: nieważne, to dewiza tego narodu. To kraj don Juana, który miał w ramionach tyle kochanek, by dźwigać później ciała wisielców; rozpustnicy stają się tutaj ludźmi pobożnymi, a królowie mnichami. (…) Tak dla Barrèsa, jak i dla de Montherlanta, Hiszpania stanowi odmładzającą kąpiel. Po wyjściu z niej nie można się jednak oprzeć zobojętnieniu na bieg świata”.

Myśl przewodnia autora książki również jest od początku do końca jasna. Książka Tyszki-Drozdowskiego jest „genealogią jaźni” – jaźni latyńskiej, a więc wszystkich tych, którzy duchowo wywodzą się z cywilizacji klasycznej, zapoczątkowanej przez Greków, rozpowszechnionej przez Rzymian, a czułą troską otoczonej przez Kościół. Najstarsza z rodzeństwa narodów łacińskich jest Francja, więc jej należy przyznawać pierwszeństwo, bo jej historia jest krystaliczną formą latynizmu. Fizyczne granice latynizmu pokrywają się z granicami podbojów Imperium Romanum, ale duchowo Latynami są wszyscy ci, którzy wprawdzie przyjęli z Italii renesans, ale odrzucili, nieraz po zmaganiach, protestantyzm i pozostali przy katolicyzmie. Mroczna i słabiej schrystianizowana Północ, a zwłaszcza Niemcy i Rosja, to obszary, do których Rzym nie dotarł, albo dotarł zbyt powierzchownie. Dlatego Latynami są także, wsunięci pomiędzy te dwie antyrzymskie potęgi jako rzymski cypel, Polacy. Źródło Polski bije w Rzymie, w latinitas.

Ta zasadnicza odmienność Południa i Północy przejawiła się także w reakcji na obwieszczenie przez nowożytnych „proroków” śmierci Boga. Na Północy wiadomość (przeczuwaną i przygotowywaną od dawna), że Bóg umarł, przyjęto wręcz z entuzjazmem, a przynajmniej z ulgą, bo dostrzeżono w tym szansę na rozwinięcie skrzydeł w dziele przeobrażenia świata i człowieka. Bóg i historia zostały odrzucone radośnie jak zbędny balast krępujący marsz ku świetlanej przyszłości człowieka. U kresu tej drogi może być cokolwiek, bo nihilizm północny puste miejsce po Bogu zagospodarowuje czymkolwiek i cokolwiek może ubóstwić: germańską blond bestię, proletariat albo – jak współczesny liberalizm, zakładający Kościół Jednostki – indywiduum, którego każda zachcianka jest święta. Nihilizm północny jest rewolucyjny, bo nie chce oglądać się na cokolwiek i nie interesuje go ten typ ludzki, który został cierpliwie wyżłobiony przez wieki doświadczeń i subtelne oddziaływanie katolicyzmu.

Nihilizm Południa, nihilizm śródziemnomorski, jest zupełnie inny. Wiadomość o śmierci Boga zasiała tu obawę i niepokój, nawet u tych, którzy wiarę utracili, albowiem to religia katolicka ukształtowała ich sposób życia, zasady i formy, ich wrażliwość. Kiedy runął fundament metafizyczny tych form i zasad, śródziemnomorscy nihiliści nie rzucili się w niebezpieczną przygodę zmieniania ludzkiej natury, tylko – zorientowawszy się, że historyczny ład jest zawsze kruchy, i rozumiejąc, że na opuszczonych ołtarzach gnieżdżą się demony (Ernst Jünger) – zaczęli gromadzić się wokół pustego miejsca, wyczekując powrotu Boga, „który przywitamy łkaniem”. Przemienili świątynie w fortece po to, aby je ocalić i aby w przyszłości z tych fortec na powrót wyrosły świątynie.

Tyszka-Drozdowski nie ukrywa, że swoją książką spłaca emocjonalno-intelektualny dług wdzięczności, jaki zaciągnął wobec tych śródziemnomorskich pisarzy, których nazywa „reakcyjnymi nihilistami”. Dali mu oni, jak pisze, do ręki sztylet w walce z – plugawą, egalitarną, barbarzyńską – współczesnością; wprowadzili go na drogę życia szlachetnego. Tak samo jak oni, wyznaje, nie ma łaski wiary, zdolny jest jedynie ze czcią uklęknąć przed ołtarzem, ale już nie modlić się, lecz tym mocniej chwyta się kurczowo katolicyzmu i cywilizacji katolicko-łacińskiej, jako opoki człowieczeństwa i zapory przed zbydlęceniem. Dlatego właśnie tak przekonująca i przejmująca zarazem, bo głęboko empatyczna i wchłonięta do wnętrza własnej duszy i własnej wrażliwości, jest jego interpretacja nihilizmu Latynów.

Bez wątpienia też dlatego autor wznosi się na wyżyny zwłaszcza w tych partiach swego eseju, kiedy pisze o tym, dlaczego to katolicyzm jest naszą (jak mówił inny „duch latyński”, acz niewspominany w tej książce, Nicolás Gómez Dávila) ojczyzną. Dzieje się tak, ponieważ narody żyją, jeśli jeszcze w ogóle żyją – zasadami, które wszczepił im Kościół. Tylko katolicyzm daje metafizyczny fundament tym zasadom moralnym, które na piedestał wynosił de Montherlant: qualité, odnoszącej się do tworzywa, z którego zbudowany jest człowiek, dzięki czemu może on okazać się de bonne qualité, oraz lucidité, będącej szczególnie powinnością tych, którzy tworzą elitę narodu, jak pisarze. Rozumieją to – i bronią katolicyzmu tak, jak potrafią – „katolicy-ateiści”, jak Maurras czy Barrés, dla których Kościół jest tylko (i aż) l’Église de l’Ordre, po prostu dlatego, że prawdziwa inteligencja mówi tym samym językiem co wiara. Bez katolicyzmu los człowieczeństwa budzi niepokój – to przekonanie żywił Barrès, powtarzając zresztą pogląd apostaty Renana, co przypomina Tyszka-Drozdowski. Aby wiara żyła i nie ulotniła się jak zapach z wazonu – katolicyzmowi potrzeba świętych. Wzorem katolika – już w pełni nawróconego i niemal świętego – był dla Barrèsa, i nie tylko dla niego, wnuk Renana Ernest Psichari, który do 25 roku życia nie znał nawet katechizmu i najprostszych modlitw, bo nie był ochrzczony. „W jednym ze swoich zeszytów Barrès zapisze, że słuszności katolicyzmu nie dowodzi historia, ale pojedyncza dusza. Katolicyzm stanowi rusztowanie wnętrza. To on wydrążył w zwierzęciu duszę, przeistaczając je w człowieka. Każde uczucie, namiętność i myśl zdobywają dzięki niemu niuans, pewną subtelność. (…) Wiara to wysiłek panowania nad swoją wolą, praca nad organizowaniem uczuć. Barrès powołuje się gdzieś na słowa marszałka Focha, że rzadko człowiek rodzi się wierzący, tak jak nie rodzi się wykształcony albo z wyrobioną muskulaturą. Wiarę trzeba wywalczyć”.

Maurras z kolei w jednym z listów pisze, że „to w pierwszym rzędzie piękno katolicyzmu, a nie jego dobroć, powstrzymywało go zawsze od tego, aby się od Kościoła odwrócić. Teologowie będą pewnie zgodni, że uroda katolicyzmu nie powinna stanowić najważniejszej podpory wiary, albo surowiej – że powinna być tylko tłem i ozdobą. Jego piękno może jednak posłużyć za wprowadzenie do niej”. Jednakowoż, dalej zauważa Maurras, „zawsze sądziłem, że katolicyzm ocalił rodzaj ludzki”. Krytycy reakcyjnych nihilistów podnoszą zazwyczaj argument, że to zwykła słabość do autorytaryzmu stanowi powód ich szacunku do chrześcijaństwa. „Maurras odsuwa te zarzuty. To, co go przyciąga do katolicyzmu, co nas do niego przyciąga i wywołuje wdzięczność, to ład. Katolicyzm oznacza ład, w głębokim, moralnym i metafizycznym sensie. Francuski monarchista porównuje katolicyzm do artysty. Jego delikatna, lecz pewna dłoń prowadzi życie moralne, przechwytuje je u samych źródeł i wyznacza tor, z którego zbacza się tylko na własną szkodę. To podpora myśli i każdej twórczej namiętności, które, gdyby nie ona, rozprysłyby się w nieskoordynowanych poszukiwaniach albo uschły w jałowym roztrząsaniu. (…). Katolicyzm ze swoimi dogmatami, z tomistycznym rygorem, łacińską składnią, wznosi się pośrodku tej intelektualnej anarchii jak reduta ładu. Maurras powie, że wszystkie precyzyjne umysły, nawet niewierzące, lgną do niego. Ład katolicki tłumi te skłonności, które dla każdej wspólnoty są najbardziej szkodliwe”.

Henry de Montherlant opiewał poezję katolickiej szkoły, w której „wnętrza nastrojone na najwyższe rejestry stają się plastyczne i księża dokonują subtelnej operacji moralnej: tworzą uczniom duszę”. Katolicyzm olśnił go też, gdy powrócił ze swojej śródziemnomorskiej tułaczki: „Od siedmiu lat nie był we Francji. Wraca i udaje się na mszę do Notre-Dame. Wystarczy przekroczyć próg katedry, pisze, aby «wejść w szlachetne życie». W nawie, między ławami, skupione twarze – twarze z innego świata, tak jaskrawo różne od motłochu paryskiej ulicy. Od hołoty odróżnia je ta sama skromność w rysach, która w Muzeum Kapitolińskim odróżnia pierwszych chrześcijańskich cesarzy od ich poprzedników. Ołtarz główny znika w obłoku dymu, jak ołtarz homerycki, zauważa de Montherlant. Francuz czuje się oczarowany harmonią tego miejsca, pięknym porządkiem mszy, arystokracją gestów i uczuć, która wypełnia tę ostoję ładu. Czuje wdzięczność, że taki świat nadal istnieje, gdzie «ludzie umieją jeszcze klękać»”.

Książka Tyszki-Drozdowskiego może szczególnie zaskoczyć tych, którzy dali się omamić sprymitywizowaną (przede wszystkim przez mainstreamową propagandę, ale również przez prostaków udających nacjonalistów) werbalizacją słowa „nacjonalizm”. Autora jednak nie interesują pokraczne niziny, ale wierzchołki tej przygody ducha, którą we Francji rozpoczął Barrès, do doktrynalnej perfekcji doprowadził Maurras, a w specyficznej i właściwie niepolitycznej postaci kontynuował de Montherlant. Nacjonalizm (słowo wymyślone, jak wiadomo, przez Barrèsa) nie powstaje jako prymitywny, plebejski ruch, na zasadzie „kto nie z nami, ten przeciw nam”, lecz ze świadomości dekadencji i pragnienia jej przezwyciężenia. „Patriotyzm to włosiennica nieprzestająca zadawać nam bólu”. Nacjonalizm Maurrasa czy Barrèsa to wręcz elitarny „zakon rycerski”, założony do obrony cywilizacji łacińsko-chrześcijańskiej przed nowoczesnym barbarzyństwem, to „rozbłysk świadomości, że człowieczeństwo i jego formy doskonałości trwają w wąskiej elicie”. Dla de Montherlanta „naród żyje i odtwarza się w elicie rycerskiej. Arystokracja duchowa wyczuwa w pewnej chwili, że brakuje jej gruntu pod nogami w postaci narodu będącego warunkiem równowagi wewnętrznej, reguły higieny duchowej”. Nacjonalizm zatem to ćwiczenie duchowe, „pewna odmiana uprawy naszej jaźni celem wyhodowania jednostki pełnej, dobrze zbudowanej psychicznie, stabilnej antropologicznie. Utrzymać jednostkę ponad rwącym nurtem instynktów mogą: pamięć historyczna i groby przodków, ponieważ dają jej zaczepienie. Jeżeli te pierwiastki zanikną, rozwój historyczny danego narodu i danej cywilizacji zamiera i zaczyna się rozkład, jak przed upadkiem Rzymu, gdzie aparat biurokratyczny, sterowany przez wyzwoleńców, jeszcze chodził, ale cesarstwo było już martwe”.

Szczególna rola w tym uzdrowicielskim przewodnictwie przypada pisarzom. Pisarz musi służyć narodowi, bo los jego dzieła związany jest z losem jego ojczyzny, ale to nie znaczy, że powinien przyjmować na siebie rolę propagandysty. Szkoda może, że autor, często dokonujący ekskursów również do literatury polskiej, nie przywołał tu naszej analogicznej tradycji rozróżniania tych dwu funkcji od Norwida do chociażby poetów „Sztuki i Narodu” (artysta jako organizator wyobraźni narodowej), choć bardzo celnie podał przykład negatywny, czyli Gombrowicza, jako złego wychowawcy, świadomie występującego ze wspólnoty, i to dlatego, że przeżywała ona jedno z najcięższych doświadczeń swych dziejów.

Żuawi nicości eksplorują jeszcze wiele interesujących wątków, jak na przykład odkrycie reakcyjnego waloru dandyzmu i związana z tym obrona „życia próżniaczego”. Rozkoszowanie się nimi pragnę jednak pozostawić już czytelnikom, aby mogli smakować już sami dania z intelektualno-estetycznej uczty, jaką dostarcza Krzysztof Tyszka-Drozdowski.

Pierwodruk w: „Myśl Polityczna/Political Thought”, nr 1(7)/2021, ss. 281-284.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2021 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.