Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Zwyczajna demokracja

Zwyczajna demokracja, czyli Dulcynea z Silna

Temperatura polityczna, i tak już bardzo wysoka od chwili wylania towarzysza Kleona z posady wicepremiera, zdaje się osiągać stan wrzenia po opublikowaniu podsłuchanej przez dziennikarzy z TVN rozmowy ministra Adama Lipińskiego z posłanką Renatą Beger. Najbardziej zabawne w tej farsie – nazwanej słusznie przez prof. Andrzeja Zybertowicza „nawałnicą medialną” – jest oczywiście samo określenie „taśmy prawdy”, tak jak by w demokracji kiedykolwiek szło o jakąkolwiek prawdę. Ileż to razy przecież słyszeliśmy z ust najwymowniejszych nowoczesnych sofistów, że żadnej prawdy nie ma, a jeśli nawet jest, to nie sposób jej poznać, że prawda jest niebezpieczna i prowadzi do zniewolenia, że prawda to „zwyczajny faszyzm”, wszystko zatem trzeba oprzeć na konsensusie, na ucieraniu stanowisk i uzgadnianiu interesów, a tu proszę: nagle okazuje się, że takie ucieranie i uzgadnianie to skandal i polityczna korupcja. Jednego wszakże przy okazji się dowiedzieliśmy, tego mianowicie, co jest wykwitem tzw. dziennikarskiego śledztwa z ramienia „niezależnych” mediów: nawiązywanie współpracy i instruowanie parlamentarzystki z jednej partii, jak nagrać i skompromitować polityka z innej partii, „przypadkowo” akurat rządzącej. Bardzo też pouczające jest słyszeć, że na najwyższe piętra moralnego oburzenia wspinają się akurat ci medialni gęgacze, którzy na pewno podnieśliby znowu wrzask z powodu szkalowania, gdyby ktoś przypomniał jakim wykwintnym językiem, godnym handełesa z przedwojennych Nalewek czy Gęsiej, negocjował ongiś z Rywinem Adam Michnik.

Esteci i moraliści z diabelskim ogonkiem, wystającym spod kubraczków, najbardziej rzecz jasna troszczą się o demokrację, w której „takie rzeczy” są ponoć niedopuszczalne, tudzież z nią sprzeczne. Oto najbardziej wierutny fałsz apologetów tłumowładztwa! W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie: „takie rzeczy”, jak kaptowanie zwolenników przez obiecywanie im posad lub innych korzyści możliwe, a nawet nieuniknione jest przede wszystkim w demokracji; można rzecz, że stanowi zasadę tego systemu. Nie twierdzę, że inne, bardziej naturalne i zgodne z zdrowym rozsądkiem, ustroje są pozbawione jakichkolwiek wad, ale akurat ta jest praktycznie niemożliwa, bo zbędna, w monarchii czy dyktaturze. Czy można sobie wyobrazić Ludwika XIV czy Filipa II, przymilających się do jakiejś Dulcynei z Silna – pardon! Dulcynei z Toboso – i obiecujących jej cokolwiek w zamian za wsparcie ich tronu? A po cóż mieliby to robić? Przecież Dulcynee siedziały wówczas nie w sejmie, lecz tam, gdzie ich miejsce: w oborze, a stabilność bądź chwiejność tronu w najmniejszym stopniu nie zależała od zaspokojenia ich politycznych aspiracji. Już jednak tam, gdzie morbus democraticus choćby po trosze i tylko w obrębie jednego stanu zatruł całkiem tradycjonalistyczny skądinąd organizm polityczny – jak w dawnej Polsce, gdzie tron stał się elekcyjny – „takie rzeczy”, jak kupowanie „kresek” ciemnych łbów elektorskich „panów – braci”, i przez obcych i przez swoich, stało się nieuniknione. Tym środkiem musieli się posługiwać, dla przeprowadzenia jakichkolwiek planów politycznych, nawet już obrani władcy, i to najlepsi, jak Jan III Sobieski.

To nie „źli politycy”, psują „szlachetną” demokrację swoimi niecnymi gierkami, lecz zupełnie przeciwnie: to ten, może nie najgorszy (bo, jak uczyli klasycy, tyrania i oligarchia przewyższają złem demokrację), ale z pewnością najgłupszy i najbardziej „rozstrojony” ze wszystkich, ustrój nolens volens korumpuje również przyzwoitych i rozumnych ludzi, czego najnowszym przykładem jest właśnie obryzgany błotem minister Lipiński. Inaczej być nie może, skoro „kamieniem węgielnym” demokracji jest zasada, że głos bufetowej w GS-ie z pilskiego ma taką samą siłę i wartość, jak na przykład głos profesora Ryszarda Legutki. Bo demokracja jest niczym innym, jak cyfrokracją, rządem liczby, w którym posiadanie 225 mandatów w parlamencie czyni władzę bezsilną i zagrożoną upadkiem, a posiadanie 231 mandatów pozwala jej zrobić nieomal wszystko. Oto jedyne realne znaczenie demokracji, zaciemniane przez sztukmistrzów logomachii, nadających temu terminowi wszystkie możliwe znaczenia… poza prawdziwym.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.