Jesteś tutaj: Publicystyka » Adrian Nikiel » Zwyczajne życie

Zwyczajne życie

Adrian Nikiel

Czy Zdzisław Beksiński wiedział o życiu coś, czego nie wiedzą zwykli śmiertelnicy? Czy poznał jakąś Ciemną Stronę, która jest niedostępna innym artystom? Jeżeli przyjąć za punkt odniesienia fragmenty dzienników, opublikowane wraz z obszernym wywiadem przeprowadzonym przez redaktora Jarosława Mikołaja Skoczenia z panem Wiesławem Banachem, dyrektorem Muzeum Historycznego w Sanoku, codzienność ostatnich kilkunastu lat życia wybitnego malarza, grafika i fotografa nie odbiegała chyba od trybu życia innych przedstawicieli wolnych zawodów, którzy pracują we własnej pracowni, w swojej firmie, borykając się przy tym z kłopotami ze zdrowiem oraz zapewne nieuniknionymi problemami w kontaktach z klientami i współpracownikami. Jest to dziennik zmagań z sobą, wątpliwościami twórczymi, ograniczeniami technicznymi, niezrozumieniem ze strony otoczenia i fanów oraz zawsze brakującym czasem (im bowiem większa sława, tym mniej czasu na działalność artystyczną).

Oczywiście nie wiemy dokładnie, które fragmenty i według jakich kryteriów zostały usunięte z wyboru. Cała spuścizna zajęłaby kilka tomów. Z wypowiedzi p. Skoczenia podczas spotkania autorskiego we Wrocławiu można jedynie wnioskować, że z pewnością pominięto zapiski brutalnie szczere, bardzo surowe oceny ludzi do tej pory żyjących. Jeżeli zostaną ujawnione, to najwcześniej za kilkanaście lat. Czy jednak pominięto coś jeszcze – np. fragmenty, które mogłyby znacząco zmienić wizerunek artysty, interpretacje jego dzieł – to wie tylko pan Banach, lecz roztrząsanie domysłów nie ma specjalnego sensu. Trudno zresztą podejrzewać, aby człowiek pozostający w tak bliskich, wręcz wyjątkowych relacjach z tragicznie zmarłym twórcą mógł świadomie w jakiś sposób wpływać na recepcję jego dzieł, kierując uwagę miłośników artysty na fałszywe tory. Ten wybór z pewnością nie ma charakteru pośmiertnie skomponowanej laurki.

Nietypowa jest forma wydawnicza tej publikacji – złożona z dwóch części, które mogłyby także funkcjonować jako niezależne od siebie xiążki, jednak ciekawie się uzupełniających: rozmowa dwóch osób z kręgu znajomych Zdzisława Beksińskiego (w odniesieniu do p. Banacha można bez wahania użyć słowa „przyjaciel” – Wiesław Banach był dla niego gwarantem, że świat o nim nie zapomni…) i wybór codziennych notatek z lat 1993-2005. Ostatnie słowa pochodzą z dnia, kiedy do drzwi artysty zastukało Przeznaczenie – ten czynnik, który zapewnił mu miejsce nie tylko w panteonie najwybitniejszych malarzy w dziejach sztuki polskiej, lecz również w legendzie. Tragicznej, ale jednak legendzie o „zagładzie domu Beksińskich”. Czy przeczuwanej? Niewiele o tym świadczy, właściwie tylko krótka wzmianka o śmierci Piotra Jaroszewicza, którego pomimo wszystkich domowych zabezpieczeń przed włamaniem tylko raz zawiodła czujność…

Ze sporej części zapisków Beksińskiego więcej można dowiedzieć się o stanie pogody niż o pracy malarza (interesujące szczegóły na ten temat niesie za to rozmowa w części pierwszej), a także o trapiących go chorobach „trzeciego wieku”, znacznie częstszych niż nagłe olśnienia, wzloty ducha i umysłu, o kwestiach finansowych niż tajnikach warsztatu – ale właśnie w tej monotonii jest coś fascynującego: pozwala spojrzeć na rzeczywistość oczami geniusza, niejako stanąć obok niego, zobaczyć świat takim, jakim on go widział. Dzień po dniu kończącego się życia to kolejna xiążka (obok biografii podwójnej autorstwa pani Magdaleny Grzebałkowskiej) poświęcona Zdzisławowi Beksińskiemu i jego najbliższej rodzinie, podczas której lektury można chwilami zapomnieć, że wszyscy główni bohaterowie tej opowieści od dawna nie żyją. Wrażenie monotonii przełamują zresztą przemyślenia poświęcone słabości, przemijaniu, śmierci, samotności, wyrokom Opatrzności, ostatecznie decydującym o tym, kto w jakiej kolejności stanie przed sądem Bożym. I właśnie wtedy widać przewagę takiej codziennej rutyny nad pełnymi emocyj „wydarzeniami granicznymi”, po których niemożliwy jest powrót do wcześniejszej normy. Jakby dla zilustrowania powiedzenia: oby tylko nie było gorzej. Nawet te zdania zapisane przez Mistrza w dniach śmierci czy pogrzebów żony i syna są tak powściągliwe, że aż proszą się o przymiotniki „spartańskie” czy też „rzymskie”.

Wróćmy do pierwszej części, czyli „wywiadu rzeki” – pierwsze pytanie, co nieuniknione, nawiązuje do wydarzeń z wieczoru 21 lutego 2005 roku. Wbrew publicystycznym rozważaniom o zapowiedzianej śmierci zbrodnia jest banalna – o życiu i śmierci decydują bowiem przypadki i zbiegi okoliczności: nieprzemyślane słowa, nieodebrane połączenia telefoniczne, okrutna bezmyślność sprawcy. Jednak o wielkości, geniuszu i sławie nie przesądza przecież ostatni dzień życia: obszerne wspomnienia pana Wiesława Banacha o trwającej od 1973 r. znajomości z najsłynniejszym obywatelem Królewskiego Wolnego Miasta Sanoka są przede wszystkim próbą rewizji ciemnego mitu (zdecydowanie odrzucanego przez jego bohatera), próbą stworzenia pełniejszego obrazu osobowości twórcy, dodania wymiaru, którego brakuje w lakonicznych, krytycznych i samokrytycznych przemyśleniach Beksińskiego. Z tej części xiążki czytelnicy, zwłaszcza ci nieznający Beksińskich. Portretu podwójnego z 2014 r., dowiedzą się sporo m.in. o biografii i rodzinie Mistrza, ludziach mających wpływ na jego drogę artystyczną, skomplikowanej relacji z p. Piotrem Dmochowskim, prawdopodobnie dziedzicznej depresji, niezwykłej atmosferze nieistniejącego już, sanockiego domu Beksińskich – decydującej nawet o recepcji znajdujących się tam dzieł…

Co ciekawe, wspomniana mroczna, a ostatecznie również tragiczna legenda – a tej z pewnością wszelkie wyjaśnienia p. Banacha nie przełamią, niestety – funkcjonuje w oderwaniu od materiałów źródłowych, niesamowitej ilości dokumentów, jak w jednym z wywiadów zauważył współtwórca tomu, p. Jarosław Skoczeń: dostępnych na razie wąskiej grupie badaczy nagrań audio i video, zapisków, rysunków. Tak wykreowany Beksiński zostaje zredukowany do kilku dramatycznych wydarzeń i powierzchownej interpretacji niektórych obrazów – interpretacji z natury rzeczy niemogącej uwzględniać chociażby takiego czynnika, jak radykalna zmiana koncepcji twórczej w trakcie malowania. Jak dowodzi internetowa kwerenda, są też ludzie reagujący agresją na jakąkolwiek sugestię, że Beksiński w przeciwieństwie do swojego syna nie był ateistą, lecz raczej człowiekiem poszukującym, poruszającym się w obszarze cywilizacji łacińskiej, lecz odległym od tradycyjnego katolicyzmu.

Beksiński o śmierci rozmyślał niemalże od dziecka. Z jednej strony był wesołym, pogodnym człowiekiem, z drugiej nosił w sobie dramat przemijania, borykania się z sensem czy bezsensem życia, z niemożnością znalezienia odpowiedzi na to, co dalej. Beksiński wikłał się w rozważania na temat śmierci właściwie od początku. W jego sztuce ten motyw przewija się niemalże bez przerwy, począwszy od prac, które znalazły się w teczce złożonej na Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie (str. 24).

Jaki zatem był Zdzisław Beksiński? To pytanie musi zostać bez odpowiedzi – zainteresowani tematem z dostępnych im elementów składają bowiem mozaikę, która jest jeszcze daleka od ukończenia. Dziś z tej mozaiki wyłania się wzruszający wizerunek człowieka wrażliwego, perfekcjonisty dalekiego od pogoni za sławą, zadającego sobie pytania o wartość swoich dzieł i zafascynowanego rozwojem technicznym, życzliwego, lecz zdystansowanego i zamkniętego w sobie ironisty, świadomego bowiem, że skupienie się przede wszystkim na własnych sprawach jest nieusuwalną częścią ludzkiej natury (por. str. 21). Pokora wynikająca ze zrozumienia, że bycie światowej sławy artystą nie daje żadnych przywilejów. Miejsce w historii kultury nie przesądza o wysokości emerytury.

*****

Pewne zastrzeżenia trzeba zgłosić do opracowania całości. W zapisie rozmowy niekiedy szwankuje interpunkcja, a na liście autorskich podziękowań niektóre nazwiska pozostawione zostały w mianowniku. Z kolei jeżeli nawet przyjmiemy do wiadomości, że prace redakcyjne w odniesieniu do zapisków Mistrza zostały ograniczone do wyboru fragmentów przeznaczonych do druku, mimo wszystko bardzo brakuje przypisów objaśniających, kim są osoby wspominane na kartach xiążki. Są wśród nich postaci ukryte pod inicjałami – czy to oryginalny zapis, czy też jednak ingerencja redaktorów? Trzeba zgadywać. To wszystko warto poprawić i uzupełnić w kolejnym wydaniu.

Na rynku wydawniczym na półce z napisem „Beksiński” znajdziemy publikacje biograficzne, albumy z reprodukcjami, wybór korespondencji, a nawet mało znane próby literackie. Czas już chyba na biografię naukową – a obok niej opatrzoną aparatem krytycznym monografię mitu rodziny Beksińskich. A może np. w trzeciej dekadzie XXI wieku również dzienniki doczekają się edycji pełnej i naukowej? Myślę, że nie tylko we własnym imieniu napiszę: czekamy.

Jarosław Mikołaj Skoczeń, Wiesław Banach, Zdzisław Beksiński, Beksiński. Dzień po dniu kończącego się życia, wyd. Mawit Druk, Warszawa 2016, ss. 448.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.