Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Cesarz i stygmatyczka – obywatele Civitas Dei

Cesarz i stygmatyczka – obywatele Civitas Dei

Jacek Bartyzel

Straszliwa walka pomiędzy Herkulesem boskim i Herkulesem ludzkim, pomiędzy Bogiem a człowiekiem, rozpoczyna się na nowo. Wściekłość sług zła równa się bohaterskiej odwadze sług Boga. Koleje walki różne: teatr jej rozciąga się do wszystkich lądów, od bieguna do bieguna. Zwycięzca w Europie, zwyciężony w Azji, ginie w Afryce, triumfuje w Ameryce. I każdy człowiek, świadomie czy nieświadomie, służy i walczy w jednej z tych armii, i nie ma nikogo, kto by nie miał swego udziału w klęsce lub triumfie. Kajdaniarz i książę, ubogi i pan, zdrów i chory, mędrzec i prostak, dziecię i starzec, człowiek ucywilizowany i dziki, wszyscy walczą w tej samej walce. Każde słowo, jakie wypowiada człowiek, natchnione jest Bogiem, albo natchnione światem, i głosi koniecznie, czy to wprost, czy nie wprost, ale zawsze jasno, chwałę jednego lub triumf drugiego (Ensayo sobre el catolicismo, el liberalismo y el socialismo).

Te stanowcze, mocne słowa hiszpańskiego tradycjonalisty, Juana Donoso Cortésa, przychodzą na myśl w chwili, kiedy cały świat katolicki może radować się beatyfikacją pięciorga Sług Bożych, ogłoszoną 3 października przez Jego Świątobliwość papieża Jana Pawła II. Oczywiście, w oczach Boga wszyscy błogosławieni są sobie równi i każda beatyfikacja ma tę samą wartość. Nie powinno jednak chyba nikogo dziwić, że naszą szczególną uwagę przykuwają tym razem dwie postaci nowych błogosławionych, tworzące – mimo zupełnie odmiennych stanów, ról życiowych i charyzmatów powołania – przedziwnie dopełniającą się harmonię heroicznych osobowości sług Boga, sług „Herkulesa boskiego”: ostatniego władcy Monarchii Austro-Węgierskiej, cesarza austriackiego i apostolskiego króla Węgier, Karola Habsburga oraz niemieckiej stygmatyczki i wizjonerki, prostej zakonnicy – augustianki, Anny Katarzyny Emmerich.

Byłoby rzeczą niestosowną naświetlać wiernym czytelnikom „Pro Fide Rege et Lege” oraz członkom Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego losy życia i panowania cesarza Karola – tak kompetentnie zresztą przedstawione niedawno na tych łamach w eseju naszego znakomitego współpracownika, prof. Grzegorza Kucharczyka. Pragniemy jedynie przypomnieć i podkreślić dwie znaczące okoliczności. Pierwszą jest to, że dynastia Habsburgów nie była tylko po prostu suwerennym rodem panującym w kilku państwach Europy Środkowej, lecz także depozytariuszem uniwersalistycznej tradycji Świętego Cesarstwa Rzymskiego, będącego nie tworem terytorialno-politycznym, lecz najwyższą obok papiestwa instytucją Christianitas, inkarnacją duchowo-politycznego Logos, odwiecznego Słowa, które już w Starym Przymierzu objawiło ludom tę świętą – a wzgardzoną przez demokratycznych uzurpatorów i świętokradców – prawdę, iż „przez Mnie panują królowie” (per Me regnant reges). Drugą wymowną okolicznością jest to, że cesarz i król Karol to drugi już – po św. Jadwidze Andegaweńskiej, królowej Polski – monarcha wyniesiony na ołtarze przez obecnego papieża, a zarazem jedyny władca żyjący w czasach pośredniowiecznych, który dostąpił tej chwały. Nawet jeśli zauważyć, że pośród monarchów (de facto i de iure) ostatnich pięciu stuleci co najmniej kilku zasługuje na podobny wieniec (na przykład hiszpański Filip II czy francuski k.z.p. Henryk V, hrabia de Chambord), i, daj Boże, tak się jeszcze stanie, to i tak nasuwa to refleksję o ogólnej laicyzacji i obniżeniu standardów życia duchowego także nominalnych przynajmniej „pomazańców Bożych” w tych czasach, co tak jaskrawo kontrastuje ze Średniowieczem. Czy nie skłania to również do innej refleksji: że, mianowicie, nie najlepsza – mówiąc eufemistycznie – kondycja monarchii za naszych dni jest w pewnym sensie zasłużoną karą Bożą? Właśnie z tego powodu ze szczególną uwagą powinniśmy odczytywać uzasadnienie tej beatyfikacji podane w homilii podczas Mszy beatyfikacyjnej przez Ojca Świętego: Karol z Austrii pragnął zawsze służyć woli Bożej. Wiara stanowiła dla niego wykładnię dla odpowiedzialności jako władcy i ojca rodziny. (…) Pełnienie władzy pojmował jako służenie narodom. Wiedział, że powołaniem chrześcijanina jest dążenie do świętości, również w polityce. (…) Niech będzie przykładem dla wszystkich, którzy rządzą dziś Europą.

O Annie Katarzynie Emmerich być może nigdy świat by się w ogóle nie dowiedział, gdyby jej wstrząsającym wizjom Męki Pańskiej nie nadał formy literackiej romantyczny poeta Clemens Brentano, a i tak szerszym kręgom jej imię i dzieło stało się widome dopiero wówczas, kiedy dowiedziano się, że jej – podkreślmy to: zbadany i zaaprobowany przez władzę kościelną – wizjonerski opis Męki stał się drugą, po Ewangeliach, inspiracją Pasji według Mela Gibsona. O tej „mistyczce z Münsterlandu” i stygmatyczce, której jedynym pokarmem przez ostatnich dziewięć lat jej życia (1774-1824) była Komunia Święta, tak z kolei powiedział papież: W duchowej łączności z cierpieniami Zbawiciela wypełniła swoimi cierpieniami słowa Apostoła „dopełniając braki udręki Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (Kol 1,24).

Wieniec chwały świętych i błogosławionych Kościoła ma jednak tę niezbywalną właściwość, że jest zawsze formą Korony Cierniowej, uwitej z kolców przez wściekłość sług zła, sług „Herkulesa ludzkiego”. Do dnia beatyfikacji wiedzieliśmy, jakie cierpienia musieli znosić ci błogosławieni za swojego życia. Wiedzieliśmy o nienawiści, którą za pragnienie przerwania „wielkiej rzezi białych ludzi” do cesarza Karola (i jego niemniej dzielnej małżonki, cesarzowej Zyty z domu Burbon-Parma) żywili ci, którzy za cel główny wojny postawili sobie „zwycięstwo demokracji” i zburzenie ostatniej monarchii katolickiej świata: międzynarodowi masoni, francuscy neojakobini, prusko-protestanccy imperialiści oraz sprzymierzeni z nimi przedstawiciele wszystkich rozjuszonych, demokratycznych nacjonalizmów. Wiedzieliśmy też o cierpieniach duchowych i fizycznych doznawanych przez pozbawioną władz w członkach stygmatyczkę, która musiała znosić nawet rozliczne upokorzenia ze strony innych zakonnic. Ale od dzisiaj wiemy również, że te „pasje” – pasje dwojga Christomimetes: cesarza Karola i Anny Katarzyny Emmerich mają swój ciąg dalszy, mimo wieńca chwały.

Oto, świeżo objawieni krytycy beatyfikacji Karola Habsburga (których opinie przytacza w „Corriere della Sera” znany publicysta katolicki Wiktor Messori), twierdzą, że uwieńczenie świętym mitem cesarza, który nie potrzebuje ziemskich kryteriów, bo jego władza nie pochodzi z tego świata, to rzecz dość dziwna w XXI wieku (faktycznie „dziwna”, ale kto jest temu winien? – moglibyśmy zapytać), i już bez ogródek dodają, iż beatyfikacja Karola I dowodzi, że Kościół ma kłopoty ze zrozumieniem ducha współczesności (obyż tak było do końca z tymi „kłopotami”, dodajmy; my moglibyśmy tylko cieszyć się z tego, że nareszcie rzeczony „duch” nijak nie zatruwa Świątyni Pańskiej).

Takie same oskarżenia padają pod adresem beatyfikowanej wizjonerki. W tym wypadku idzie, rzecz jasna, o jedyny „grzech”, który uznaje wrogi chrześcijaństwu świat – domniemanego „antysemityzmu”. I może mniejsza o to, że odzywają się po raz kolejny niezawodni „antydefamatorzy” żydowscy, jak rabin Gary Bretton-Granatoor, który w oficjalnym oświadczeniu wydanym w imieniu Ligi Przeciw Zniesławieniu napisał, że oprócz wsparcia, jakie Emmerich dawała swoim współwyznawcom, jej wizje wzbudzały nienawiść i antysemityzm. Gorzej, że po raz kolejny – po tym, jak w sukurs tropicielom Gibsona z ADL szli liczni modni, „katoliccy” teologowie i publicyści – wsparcia tym atakom udzielają nawet niektórzy księża, jak profesor historii Kościoła z Massachusetts, ks. John O’Malley.

Jednak ani nas to nie dziwi, ani nawet nie gorszy – w głębszym wymiarze zgorszenia, niż to, którego faktycznie dopuszczają się niegodni swojego powołania kapłani. Pamiętamy przecież, że wszystkie obelgi i razy, które znosić muszą naśladowcy Chrystusa, są tylko drobną cząstką cierpień, które dobrowolnie przyjął na Siebie niewinny Baranek, a zatem przysparzać mogą one Jego wyznawcom tylko radości współuczestnictwa. Wiemy też, że Zły nie śpi i rozsyła swoich apostołów nienawiści wszędzie – nawet za bramy Kościoła. Dlatego każdy człowiek musi się określić w tej walce i wybrać, do którego z „Państw” chce należeć: do civitas Dei czy do civitas terrena, a każde cierpienie, tak samo, jak każdy triumf, ma swoje znaczenie w tej odwiecznej walce, o czym przenikliwie pisze Donoso Cortés, którego na zakończenie raz jeszcze zacytujmy:

Abel sprawiedliwy i Kain bratobójca są typami dwóch tych Miast, w których rządzą prawa przeciwne i panują nieprzyjaźni sobie panowie, a z których jedno nazywa się miastem Bożym, a drugie miastem światowym, i pomiędzy którymi jest wojna, nie dlatego, że w jednym przelewa się krew, a w drugim się nie przelewa, ale ponieważ w jednym przelewa ją miłość, a w drugim zemsta; ponieważ w jednym ofiarowaną jest ona człowiekowi dla nasycenia jego namiętności, a w drugim Bogu na ofiarę przebłagalną (Ensayo…).

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.