Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Miscellanea » Z mojego archiwum: Czy są kontrrewolucjoniści w USA? Rzecz o paleokonserwatystach

Ujawniający wątpliwości znak zapytania w tytule niniejszego szkicu nie dziwi zapewne wyrobionego czytelnika monarchistycznego periodyku. Sceptycyzm co do istnienia autentycznie konserwatywnej tradycji amerykańskiej wyrażali zresztą ongiś i piszący te słowa1, i inni autorzy „Pro Fide Rege et Lege”2. Argumenty przemawiające przeciwko temu są poważne i różnorakiej natury, zarówno historycznej, jak i ideowej. Ameryka to kraj, którego sama – i podwójna – geneza zdaje się zaprzeczać zakorzenieniu w tym, co zgodnie uważamy za sens konserwatywno-monarchistycznej tradycji, czyli w „sojuszu Ołtarza i Tronu”. Socjologicznie i kulturowo Ameryka to wytwór radykalno-dysydenckich wyrzutków z już i tak odszczepionej (anglikańskiej) gałęzi łacińskiego chrześcijaństwa, a politycznie – nowożytnego republikanizmu, dość wprawdzie u zarania konserwatywnego, lecz już nasączonego oświeceniowymi doktrynami kontraktualizmu i liberalizmu. Wyjąwszy Thomasa Jeffersona i szczególnie złowrogą postać ukrytego promotora rewolucji we Francji, „przebiegłego grubasa”3 Benjamina Franklina, ojcowie założyciele – zwłaszcza z partii Federalistów – nie byli wprawdzie jeszcze demokratami, a niektórzy z nich (Alexander Hamilton i w gruncie rzeczy także sam pierwszy prezydent USA, George Washington) to co najmniej kryptomonarchiści, cóż z tego jednak, skoro sama niepodległość amerykańska była owocem, może i usprawiedliwionej okolicznościami, niemniej rewolucji politycznej, a to prędzej czy później musi się zemścić – i zemściło się rychłą demokratyzacją republiki. W tej sytuacji można zasadnie twierdzić, że konserwatyzm w Ameryce skończył się, zanim powstały Stany Zjednoczone, razem z przeciwstawiającymi się rebelii tzw. lojalistami (Thomas Hutchinson, Jonathan Boucher, Daniel Leonard), wiernymi Koronie Brytyjskiej, a już na pewno wraz z klęską w wojnie secesyjnej 1861–1865 Skonfederowanych Stanów Południa, reprezentujących zbliżony do europejskiego etos ziemiański. Rezultat znamy aż nazbyt dobrze: w potocznym obiegu słowo „konserwatysta” oznacza w USA albo prokapitalistycznego „paleoliberała” (z Partii Republikańskiej), wierzącego też w amerykańską demokrację jako w największy polityczny cud świata, albo „nawiedzonego” kaznodzieję którejś z niezliczonych sekt „ewangelikalnego” protestantyzmu ze środkowo-południowego „pasa biblijnego” [Bible Belt], albo wreszcie reprezentującego „kapuściany konserwatyzm” wiejskiego lub małomiasteczkowego głuptaka [bobuus American].
Rzeczywistość atoli z zasady nie jest jednowymiarowa i także w tym wypadku istnieje druga strona medalu. Już sama ta okoliczność, że Ameryka Północna jako kraj „dziewiczy”, zamieszkały przed kolonizacją jedynie przez plemiona indiańskie, stała się wielkim zlewem, do którego spływały z Europy najrozmaitsze fale emigracyjne, wyklucza możliwość ukształtowania zupełnie jednolitej masy ludzkiej, nawet mając w pamięci dość długo sprawnie działający unifikacyjny „tygiel”. Już kolonizacja XVII-wieczna to przecież nie tylko ultraprotestanccy dysydenci, zwalczający i zwalczani przez anglikański High Church, ale również zasiedlający obie Karoliny i Wirginię jakobiccy legitymiści, broniący królów z prawowitej dynastii Stuartów, a więc kontrrewolucjoniści par excellence. Co więcej, część z nich – zwłaszcza Irlandczycy i Szkoci – była także rzymskimi katolikami. Nie wolno też zapominać, że stany głębokiego Południa były wcześniej skolonizowane przez monarchię francuską, co nadało cywilizacji Południa i odrębność, i ów charakterystyczny polor arystokratyczny, natomiast stany zachodnie – od Teksasu po Kalifornię – pozostawały przez wieki pod panowaniem arcykatolickiej Hiszpanii, co też nie mogło nie pozostawić żadnych śladów w psychice i mentalności ich mieszkańców4.
Wbrew zatem nazbyt daleko idącym generalizacjom prawdziwi – kontrrewolucyjni – konserwatyści bywali i są w Ameryce. Był kontrrewolucjonistą nieugięty wróg francuskich jakobinów, bostoński federalista Fisher Ames (1758–1808), i był nim (ekscentryczny) wzór dżentelmena z Południa – autor słynnego aforyzmu: jestem arystokratą: kocham wolność, nienawidzę równości – John Randolph of Roanoke (1773–1833). „Amerykańskim Veuillotem” można nazwać konwertytę, który w dobie wojującego „antypapizmu” miał odwagę żądać, aby katolicyzm stał się religią państwową Stanów Zjednoczonych – Orestesa A. Brownsona (1803–1876). „Mieszanką św. Tomasza z Akwinu i lorda Kelvina” nazywał siebie wielbiciel gotyckiego średniowiecza i kultu maryjnego (choć protestant) – Henry Adams (1838–1918), a jego nie mniej wybitni uczniowie, tzw. pesymistyczni konserwatyści: (słynny też jako architekt) Ralph Adams Cram (1863–1942), Paul Elmer More (1864–1937), George Santayana (1863–1952) i Irving Babbitt (1865–1933), reakcyjnością nie ustępowali reprezentantom współczesnej im i bliskiej ideowo Action Française; uczniem Babbitta był zaś nie kto inny, jak Thomas Stearns Eliot (1888–1965). Wierni tradycji konfederackiej pozostali tzw. Ziemianie: John Crowe Ransom (1888–1974), Donald Davidson (1893–1968), Allen Tate (1899–1979) i inni oraz Richard M. Weaver (1910–1963), a filozof tomista Frederick D. Wilhelmsen (1923–1996) kultywował nawet dziedzictwo hiszpańskiego karlizmu. Wreszcie przynajmniej niektórzy przedstawiciele tzw. nurtu organicznego w konserwatyzmie lat 50. ubiegłego stulecia głosili poglądy bliskie tradycjonalizmowi, acz – co znamienne – dotyczy to prawie wyłącznie rzymskich katolików, jak Francis G. Wilson (1901–1976), Russell A. Kirk (1918–1994) czy L. Brent Bozell (1926–1997).
Zapewne, powiedzą nieprzekonani, ci autentyczni konserwatyści nie mają żadnego wpływu na realne życie polityczne amerykańskiego państwa, a ponadto wielu z nich to nie-Amerykanie, imigranci uciekający z Europy przed narodowym socjalizmem lub komunizmem, jak Leo Strauss (1899–1973) i Eric Voegelin (1901–1985) – albo przeciwnie: emigranci, jak Eliot, który aby zostać rojalistą i (anglo)katolikiem, musiał wpierw stać się Brytyjczykiem. Zresztą w Ameryce właściwie wszyscy są byłymi imigrantami, tyle że niekoniecznie w pierwszym pokoleniu. Natomiast gdy weźmiemy pod uwagę stan moralny społeczeństwa oraz kulturę, to bilans wypada dziś wręcz na korzyść Ameryki. W żadnym kraju europejskim nie jest tak prężny ruch Tradycji katolickiej, jak w Stanach Zjednoczonych, nie ma on tylu co tam kapłanów, wiernych, kościołów i kaplic. A czy nie byłoby wprost niedorzecznością przypuścić, że jakikolwiek reżyser filmowy w kraju europejskim zdobyłby się na to, aby stworzyć arcydzieło takie, jak Pasja Mela Gibsona, która dla sprawy kontrrewolucji zrobiła więcej niż setki rozpraw?
Konkludując te wstępne przybliżenia: nie lekceważmy kontrrewolucyjnej potencjalności Ameryki, bo „duch wieje, kędy chce”, i byłoby z naszej strony zuchwałą pychą odmawiać mu prawa zakotwiczenia gdziekolwiek, a nawet i rozpoczęcia stamtąd „rekonkwisty”. Być może paleokonserwatyści amerykańscy są jednym z jej punktów zbornych, choć jest ich garstka – jak Kantabryjczyków króla Pelayo przed trzynastoma wiekami.
Patronem i sui generis „ojcem założycielem” paleokonserwatyzmu5 był węgierski (piszący zarówno po francusku, jak i po angielsku) monarchista i tradycjonalista – filozof i historyk idei Thomas Molnar6 (1921–20107). Emigrantem z Węgier, równie związanym z „mitem habsburskim”, jest także inny czołowy paleokonserwatysta – historyk John Adalbert Lukacs8 (1924–2019). Ujmując kwestię pokoleniowo, paleokonserwatyści (potocznie: paleos) są przedłużeniem wspomnianej wyżej tradycji konserwatyzmu „pesymistycznego” z przełomu XIX i XX wieku oraz „organicznego” z lat 50. i 60. XX wieku, zakorzenionego w chrześcijańskim platonizmie albo arystotelizmie, a nieco szerzej – Starej Prawicy [Old Right], która nigdy nie zaakceptowała oświeceniowego racjonalizmu oraz nie przyjęła do wiadomości demoliberalnych i socjalistycznych rewolucji. Geograficznie natomiast paleos stanowią północny i środkowo-zachodni odpowiednik Tradycji Południa [Southern Tradition], z której współczesnymi reprezentantami, zwanymi „neokonfederatami” (Melvin E. Bradford, Clyde Wilson, Martin Hill), pozostają w ścisłej symbiozie ideowej.
Ośrodkiem paleokonserwatyzmu w ścisłym sensie jest – założony w 1976 roku przez prawicowego multimilionera Johna A. Howarda – Rockford Institute w Rockford (stan Illinois). Jako statutowe cele Instytutu wyszczególnione zostały: 1º obrona rodziny; 2º promocja wolności; 3º decentralizacja polityki i życia ekonomicznego; 4º pielęgnowanie kultury i artystycznego dziedzictwa naszej cywilizacji; 5º strzeżenie Prawdy objawionej w Piśmie Świętym i Tradycji. Instytut przyznaje nagrodę imienia T.S. Eliota w dziedzinie literatury, której laureatami byli między innymi: Walker Percy, Jorge Luis Borges, Mario Vargas Llosa i Muriel Spark, oraz imienia R.M. Weavera z eseistyki, którą uhonorowano między innymi: Jamesa Burnhama, R.A. Kirka i Roberta A. Nisbeta. Do Instytutu afiliowane były też Howard Center for Family, Religion & Society, na którego czele stał poprzedni (1986–1997) prezes Instytutu – Allan C. Carlson (ur. 1949), i John Randolph Club mający promować sojusz paleokonserwatystów z paleolibertarianami9.
Organem Instytutu Rockforda jest miesięcznik „The Chronicles. A Magazine of American Culture”, który powstał na bazie „Chronicles of Culture”, założonych przez emigranta z Polski – pisarza Leopolda Tyrmanda (1920–1985). Jego redaktorem naczelnym od śmierci Tyrmanda (oraz prezesem Instytutu od 1997 roku) jest tradycjonalistyczny katolik Thomas Fleming (ur. 1945). Prócz niego „Chronicles” redagowali bądź redagują nadal: anglista i historyk konserwatyzmu Paul E. Gottfried (ur. 1941), Chilton Williamson Jr., Scott P. Richert, Aaron D. Wolf (1973–2019), James Kalb, redaktor działu religijnego, teolog kalwiński Harold O.J. Brown (1933–2007) oraz Serb Srdja Trifkovič (ur. 1954), redagujący dział zagraniczny. Do czołowych autorów pisma należą ponadto akademicy: historyk i myśliciel konserwatywny Stephen J. Tonsor (1923–2014), filozof Donald W. Livingston (ur. 1938), filozof polityki Claes G. Ryn (ur. 1943), prawnik Stephen B. Presser (ur. 1946), filolog klasyczny E. Christian Kopff (ur. 1946), historyk Philip Jenkins (ur. 1952) i teolog judaistyczny, rabin Jacob Neusner (1932–2016) oraz publicyści: chrześcijański paleolibertarianin Joseph Sobran (1946–2010), Samuel Francis (1947–2005), Peter Brimelow (ur. 1947), James P. Lubinskas i drugi (po Kirku) redaktor kwartalnika „Modern Age” – George A. Panichas (1930–2010). Politycznym faworytem paleos był od lat – wyjąwszy dystans do jego obecnie protekcjonistycznych poglądów gospodarczych – były przywódca najbardziej prawicowego skrzydła Partii Republikańskiej i trzykrotny kandydat do urzędu prezydenta, a także założyciel dwutygodnika „The American Conservative” – Patrick J. Buchanan (ur. 1938). W wyborach prezydenckich 2004 roku popieranym przez paleos kandydatem (pod hasłem: „Bóg, Rodzina, Republika”) był przywódca niewielkiej Partii Konstytucyjnej – Czech z pochodzenia i prawnik z Marylandu, Michael A. Peroutka (ur. 1952), który otrzymał 150 000 głosów, co stanowiło 0,01% wyborców.
W zdecydowanej większości paleos to katolicy (między innymi: Fleming, Tonsor, Richert, Kalb, Gottfried, Ryn, Sobran, Buchanan), i to tradycjonalistyczni. Są też prawosławni (Grek z pochodzenia Panichas i nawrócony z anglikanizmu Livingston). Również ewangelicy (Brown, Wolf, baptysta Peroutka) i judaiści (Neusner) reprezentują ortodoksyjne i nieliberalne nurty swoich religii10.
W opinii postronnych, a zwłaszcza przeciwników, przedrostek „paleo-” ma zabarwienie ujemne, a co najmniej ironiczne, desygnujące archaiczność i „zacofanie” paleos, tymczasem określenie „paleokonserwatyzm” ukuł około 1980 roku – w sensie afirmatywnym – Paul Gottfried. Paleokonserwatyzm, definiowany przez Kalba11 także jako „tradycjonalistyczny konserwatyzm” [traditionalist conservatism], przeniknięty jest duchem transcendencji i pragnieniem restauracji wiecznego ładu. W ujęciu Williamsona paleokonserwatyzm jest wyrazem zakorzenienia: w sensie miejsca i historii, w sensie ciągłego czerpania od przodków, rodu i kultury – tożsamości, która jest zarazem zbiorowa i osobista. Tożsamość ta jest nieosiągalna bez psychologicznego i emocjonalnego makijażu przez lewicowców każdego odcienia – wliczając w to „neokonserwatystów”12. Dla lewicy i dla neokonserwatystów liczy się tylko status ekonomiczny, natomiast wszystkie inne tożsamości człowieka (rasowe, etniczne, kulturalne, religijne i narodowe) skłonni są oni traktować wyłącznie w kategoriach „zagrożenia”, toteż ich polityka rodzi ludzi pozbawionych zakorzenienia: żyjących poza ojczyzną, poza narodem, poza historią, a przede wszystkim – bez Boga.
Według Carlsona z kolei na tradycjonalistyczną syntezę paleokonserwatyzmu składają się następujące elementy: 1º prawda zakorzeniona w Piśmie Świętym; 2º wolność ufundowana na prawie moralnym; 3º wierność zasadom cywilizacji zachodniej w prawodawstwie i szkolnictwie; 4º małżeństwo jako podstawa porządku społecznego; 5º wolny handel; 6º ograniczony rząd; 7º realizm w literaturze i tonalność w muzyce.
W parze z przywiązaniem do religii, tradycji, kultury klasycznej, naturalnej hierarchii i wolności idzie niechęć paleos do jakobinizmu – także amerykańskiego, którego rodzimą postać łączą z Abrahamem Lincolnem i F.D. Rooseveltem, oraz do „demokratycznego mesjanizmu” w polityce zagranicznej. Są oni także zwolennikami regionalizmu, który wymaga, aby czuć się Pensylwańczykiem, Teksańczykiem czy Kalifornijczykiem przynajmniej w takim samym stopniu, jak Amerykaninem, podczas gdy centralizm nie daje narodowi nic oprócz wielkich wojen, wielkiego rządu i wielkich podatków.
Paleos odróżniają tradycję republikańską od jej demokratycznego wypaczenia, którego efektem jest – zdaniem Fleminga – to, że mamy papierową konstytucję, która obiecuje republikańską formę rządów, podczas gdy w rzeczywistości wszystkie trzy władze od kilku generacji spiskują, aby pozbawić system republikański treści, pozostawiając jedynie dekoracyjną i ceremonialną skorupę, w postaci wyborów koncentrujących się na sprawach nieistotnych (…). Stany Zjednoczone są republiką tylko w tym sensie, w jakim Wielka Brytania jest monarchią. Niezależnie od formy rządów realny system polityczny panujący w USA ma niewiele wspólnego z republiką naszych przodków. (…) Na początku wybieraliśmy Washingtona, Adamsa i Jeffersona, ale odmawialiśmy im posiadania nawet ułamka tej władzy, którą dziś z entuzjazmem oddajemy takim ludziom, jak Jimmy Carter czy George Bush13. Stoicki pesymizm paleos co do przyszłości narodu i cywilizacji słabo kontrapunktowany jest nadzieją na przywrócenie w nieokreślonej przyszłości właściwego biegu rzeczy: Wychowuj dzieci, wypełniaj swoje obowiązki i zostaw imperium, by troszczyło się samo o siebie. Bądź zadowolony: choć brudna piana unosi się na grzbiecie fali, w końcu opadnie i zostanie odrzucona na bok14.
Również zdaniem Francisa klasyczny republikanizm jest martwy, bo ani nie chcemy Republiki, w której nie jesteśmy zależni od innych, ani nie potrafilibyśmy jej zachować, gdybyśmy ją mieli15. Republika istniała dzięki klasie ludzi wolnych, niepotrzebujących opieki państwowego Lewiatana i niewiedzących nawet co to emerytury, płatne urlopy i zasiłki, tymczasem dzisiejsi Amerykanie to ludzie bezradni, niepotrafiący wyobrazić sobie życia poza strukturami Lewiatana: biurami, firmami ubezpieczeniowymi, kompleksami urbanistycznymi i wielkimi szpitalami, niezdolni obyć się bez indoktrynacji mass mediów i otrzymywanej od nich porcji idiotycznych rozrywek, jak również bez dokonywania zakupów w hipermarketach, gdzie nic nie jest warte kupienia, ani nawet porozumieć się z sąsiadami bez psychologicznych kursów „komunikacji międzyludzkiej”. Dlatego także fałszywi – bo zdemokratyzowani i zliberalizowani – konserwatyści to dziś kolekcja zombies. Jak twierdzi Fleming, konserwatywni renegaci i oszuści – zwłaszcza z Manhattanu – rządzą w dziennikarskich bazach armii okupacyjnej, która zajęła ten niegdyś wolny kraj16. Miarą upadku konserwatystów jest w oczach paleos fakt, że za bohaterów narodowych potrafią oni uważać dziś nawet takie „ikony” liberalizmu, jak John F. Kennedy czy Martin L. King.
Chrześcijański platonik Panichas – zaniepokojony obsesją „robienia kariery” w Waszyngtonie, która zgubiła podopiecznych Williama F. Buckleya (1925–2008) z „flagowego” ongiś pisma konserwatystów, „National Review” – akcentuje różnicę pomiędzy platońską próbą uduchowienia sfery politycznej a modernistyczną skłonnością do sprowadzania kwestii duchowych do politycznych. Smutnym paradoksem jest to, że w obecnym klimacie swego politycznego zwycięstwa konserwatywni przywódcy i myśliciele nie potrafią rozpoznać ani zrealizować swej duchowej tożsamości i odpowiedzialności, tymczasem żadna autentyczna metafizyka konserwatywna nie nadaje się do użytku w sytuacji, kiedy dyscyplina Boga i dyscyplina duszy zostały scedowane na doksai, dialektyczne struktury i nadbudowy współczesnego życia17.
Profesor Lukacs natomiast zwraca uwagę na to, że etykietki „liberała” i „konserwatysty” stały się przestarzałe nie tylko dlatego, że w drugiej połowie XX wieku zmieniło się znaczenie tych słów (liberalizm zaczął oznaczać popieranie interwencjonizmu państwowego, a konserwatyzm – wolnego rynku), ani tylko dlatego, że większość liberałów stała się zgrzybiałymi starcami, a większość konserwatystów zdziecinniała18, lecz przede wszystkim z tego powodu, że wiek XX stał pod znakiem dominacji – i mieszanki – dwóch innych, młodszych ideologii: nacjonalizmu i socjalizmu. Chociaż najradykalniejszym przejawem tej syntezy był hitlerowski nazizm, to przypadek ten nie powinien przesłaniać oczywistości, że wszystkie istniejące dziś systemy polityczne (i partie establishmentowe) są w ten lub inny sposób narodowo-socjalistyczne (z przewagą jednego bądź drugiego pierwiastka), ponieważ nie ma już na świecie rządu, który nie podejmowałby jakichś działań właściwych narodowemu państwu opiekuńczemu19. Na przykład w Stanach Zjednoczonych faktyczna różnica pomiędzy Partią Republikańską a Partią Demokratyczną – oraz pomiędzy konserwatystami i liberałami – polega na tym, że pierwsi są bardziej nacjonalistami niż socjalistami, a drudzy na odwrót.
Powszechny – i progresywistyczny – stał się również i na lewicy, i na prawicy, populizm, odkąd republikańscy „konserwatyści” i demokratyczni „liberałowie” spierają się o to, kto jest zwolennikiem „prawdziwej wszechwładzy ludu”, jednako ignorując zapisany w konstytucji system równowagi i wzajemnej kontroli (cheeks and balances) organów władzy. Ta sytuacja, której ekstremum była tyrania państwa komunistycznego, określana pojęciem „totalitaryzmu” (zdaniem Lukacsa nieprecyzyjnym i niepoprawnym, albowiem rzeczywiście totalna władza państwa jest niemożliwa), a która trwa nadal, pod postacią nieprzerwanego rozciągania kontroli rządu na różne, nawet najbardziej osobiste, sfery życia, stanowi uwieńczenie długiego procesu tworzenia się nowożytnego, suwerennego i stopniowo demokratyzującego się państwa, w miejsce złożonej i subtelnej sieci powiązań w arystokratycznym feudalizmie średniowiecza. Podobnie prof. Livingston podkreśla, że ludobójstwo i barbarzyństwo XX wieku nie byłoby możliwe bez bezprecedensowej koncentracji władzy w nowoczesnych państwach. Gdyby Hitler i Stalin byli XVIII-wiecznymi monarchami, nie wymordowaliby milionów, ponieważ nie mieliby władzy pozwalającej na zmobilizowanie wszystkich niezbędnych do tego środków. Byliby ograniczeni przez inne, niezależne i wpływowe ośrodki władzy i autorytetu (Kościół, szlachtę, władze lokalne), które równie potężne w sferach swojej kompetencji jak władza monarsza – wedle wszelkiego prawdopodobieństwa sprzeciwiłyby się barbarzyństwu20.
Ciągłe rozszerzanie aktywności państwa, nawet jeśli przynosiło imponujące rezultaty w sferze kultury „wysokiej”, osłabiało nieustannie „cywilizację” w znaczeniu „obywatelskości” (city, rzymskiej civitas, odpowiadającej także greckiej polis). Rząd, zamiast „wspierać kulturę” (która zawsze jest dziełem nieprzeciętnych jednostek, winna więc dawać sobie radę sama), powinien chronić cywilizację, bez której w końcu ginie także rząd, po czym następuje najpierw anarchia, a potem barbarzyńska tyrania. Tymczasem zarówno liberałowie, jak i konserwatyści ulegli amnezji, polegającej na tym, że liberałowie propagują – albo przynajmniej bronią – prymitywizm, pornografię, wielokulturowość i inne przejawy barbarzyństwa, konserwatyści zaś, przejmując od „klasycznych” liberałów hasło wolności, zapominają, że wolność nie jest korzeniem cywilizacji, lecz jej owocem21.
Wrogiem cywilizacji nie jest tedy ani państwo, ani rząd, lecz błędne rozumienie pojęć takich, jak „postęp” i „wolność”, co prowadzi do załamania się standardów cywilizacyjnych, które w państwie powinny być jednolite. Większym od „wielokulturowości” zagrożeniem jest „wielocywilizacyjność”22, gdyż „kultura może być plemienna, cywilizacja – nie”23. Bez odrodzenia standardów cywilizacyjnych (cnót obywatelskich) na nic zda się nawet prywatyzacja instytucji i usług publicznych, ponieważ – jak zauważył Brimelow, wprowadzając kategorię „metarynku” – prawo do własności prywatnej musi być wpisane w kulturę, w której panuje spójność etniczna i cywilizacyjna.
Spór jeszcze ostrzejszy niż z dominującym dawniej w Partii Republikańskiej, indywidualistyczno-liberalnym nurtem konserwatyzmu – bądź co bądź zakorzenionym w mentalności amerykańskiej, toczą paleos z wchodzącym ławą do waszyngtońskiego establishmentu od końca lat 70., a posiadającym skrajnie lewicowy (trockistowski) rodowód, tzw. neokonserwatyzmem. Paleos zaniepokoiła siła impetu oraz arogancja neocons, czemu wyraz dał na zorganizowanym w kwietniu 1986 roku spotkaniu Philadelphia Society prof. Tonsor, mówiąc: to naprawdę wspaniałe, kiedy dziwka staje się wierząca i przyłącza się do Kościoła. Czasami może być z niej niezły dyrygent chóru, ale gdy zaczyna pouczać kapłana, co powinien powiedzieć w niedzielnym kazaniu, to już zakrawa na przesadę24.
Neocons kontratakowali równie ostro, zarazem selekcjonując wrogów dla łatwiejszego rozbicia jedności prawicy, jak Norman Podhoretz, który charakteryzował paleos (wystawiając zresztą, niechcący, znakomite świadectwo ich kontrrewolucjonizmowi) jako ludzi o mentalności reakcjonistów, [którzy] chcieliby cofnąć czas w historii. Jedni chcieliby powrócić do XI wieku, inni do XVII, katolicy do średniowiecza, protestanci do początków reformacji25.
Pomimo wzajemnej wrogości paleos i neocons zgadzają się co do jednego: że należą do zupełnie różnych tradycji duchowych i politycznych. Tradycjonalista Tonsor podkreśla, że korzenie konserwatyzmu tkwią w znacznie starszej tradycji. Jego światopogląd jest rzymski lub anglokatolicki; jego filozofia polityczna wywodzi się z Arystotelesa i tomizmu; jego zainteresowania są moralne i etyczne; jego kultura to chrześcijański humanizm26, a dokładnie to samo mówi neokonserwatysta Dan Himmelfarb: neokonserwatyści należą do tradycji liberalno-demokratycznej nowoczesności, (…) Monteskiusza, Madisona i Tocqueville’a; paleokonserwatyści są dziedzicami chrześcijańskiego i arystokratycznego średniowiecza, (…) św. Augustyna, Akwinaty i Hookera. Neokonserwatyzm głosi zasadę indywidualnej wolności, samorządu, równości szans; zasady paleokonserwatyzmu wywodzą się z religii, zwłaszcza z chrześcijaństwa, a są to: wiara, hierarchia, normy27.
Paleos poddają także ostrej krytyce imperializm neocons28. Zdaniem prof. Ryna29 przekonanie neocons o wyjątkowości Ameryki, jako „nadziei dla całej ludzkości”, oraz o uniwersalnej misji, jaką Stany Zjednoczone mają do spełnienia, zdradza ich zakotwiczenie w retoryce oświeceniowego i rewolucyjnego jakobinizmu, co czyni z nich właściwie „neojakobinów”. Podobnie Buchanan wyśmiewa histerię neocons w myśleniu o polityce zewnętrznej, dostrzegalną m.in. w książce Richarda Perle’a i Davida Fruma Skończyć ze złem: Jak wygrać wojnę z terrorem30, której autorzy głoszą, że dla Amerykanów nie istnieje droga środka, tylko zwycięstwo albo holocaust. O ile porównywanie silnych i bogatych Amerykanów z niszczonymi przez hitlerowców Żydami może jedynie rozśmieszać, o tyle samo marzenie o „ostatecznym” zniszczeniu terroryzmu wypływa z nierealistycznej antropologii i błędnej teologii, albowiem żaden naród nie może wyeliminować zła. Zło istnieje, odkąd Kain uniósł się na swego brata Abla i zamordował go. Skłonność do zła może być odnaleziona w każdym ludzkim sercu. A jeśli Bóg to akceptuje, to jak chcą z tym skończyć Frum i Perle?31. Zresztą główną przyczyną upadku Zachodu nie jest atak ze strony fundamentalizmu islamskiego (gdyż kolejne rewolucje islamskie albo słabną, albo liberalizują się), tylko jego własna słabość demograficzna i przyjmowanie „cywilizacji śmierci”: kontroli urodzin, aborcji i eutanazji.
W głośnym eseju o „tyranii liberalizmu”32 James Kalb wskazywał, że źródłem zniewalającej siły tej ideologii jest niszczycielska zdolność centralizowania i homogenizacji instytucji życia społecznego oraz umiejętność zasugerowania ogółowi fałszywego mniemania, jakoby do zgodnego współżycia wystarczało przyjęcie kilku formalnych reguł, takich jak równość wobec prawa czy prawo własności. Jeśli pominąć nienarodzone dzieci oraz, w coraz większym zakresie, starców i ludzi niedołężnych, liberalizm nie likwiduje wprawdzie nikogo fizycznie, niemniej jest jedną z ideologii zbudowanych wbrew ludzkiej naturze, na fałszywej antropologii. Liberalizm unieważnia wszelką transcendencję, oferując w zamian za to człowiekowi samoubóstwienie, co jest ofertą zwodniczą, albowiem obiecując ludziom dostarczenie tego, czego pragną, zamyka im drogę do tego, co warte posiadania. Czyni to liberalizm jałowym i bezsensownym, dlatego ostatecznie skazanym na samodestrukcję.
Przewidywanie Kalba o pewnym, acz niewiadomym w czasie, upadku systemu liberalnego – tak samo jak komunistycznego – uzupełnia Gottfried konstatacją33, że społeczeństwa Zachodu już weszły w epokę postliberalną i postdemokratyczną, a najbardziej zaawansowane są pod tym względem Stany Zjednoczone. Istotą tego zjawiska jest reżim administracji publicznej wynikły z budowy „państwa opiekuńczego”, będący modelem liberalno-demokratycznym, który jednak nie jest nawet ani autentycznie liberalny, ani autentycznie demokratyczny, bo panowanie należy w nim do Nowej Klasy administratorów. Naczelna wartość wyznawana przez Nową Klasę, czyli „pluralizm”, stanowi usprawiedliwienie dla wojen z „inaczej myślącymi”, których trzeba albo poddać treningowi wrażliwości, albo uciszyć za pomocą takich środków, jak społeczny ostracyzm, bojkot zawodowy, kary finansowe, a nawet pozbawienie wolności. Przez „pluralizm” bowiem Nowa Klasa rozumie wykluczenie i wykorzenienie ze społeczeństwa poglądów nieliberalnych, jako ex definitione niebezpiecznych, bo wspartych na „mocnych” zasadach, a nieograniczone prawo do drwin z metafizyki i religii, co jednocześnie pretenduje do miana „obiektywizmu naukowego”. Te różnorakie środki nacisku pozwalają określić panujący obecnie system jako reżim technokratyczno-terapeutyczny. Jako że elita rządząca Stanami Zjednoczonymi uważa sam fakt istnienia gdziekolwiek w świecie rządów nieliberalnych za obrazę dla rzekomego uniwersalizmu wartości demokratycznych i liberalnych, podejmowane są z coraz większym rozmachem środki wiodące do budowy światowego imperium demokratycznego. Zdaniem Gottfrieda do połowy XXI wieku reżim technokratyczno-terapeutyczny zapewne unicestwi całą tradycję Zachodu, która idzie w rozsypkę na każdym odcinku: religijnym, etycznym, kulturowym i demograficznym – do czego przyczynia się jeszcze masowa i chaotyczna imigracja.
Jako lekarstwo na chorobę amerykańskiego konserwatyzmu Fleming proponuje „Nowy Fuzjonizm”, czyli powrót do koalicji Starej Prawicy, złożonej z paleos oraz nielibertyńskich anarchokapitalistów, czyli „paleolibertarian”. Winna ona być koalicją nie przeciw komuś lub czemuś (jak koalicja antykomunistyczna z czasów zimnej wojny), lecz „za czymś”, to znaczy za likwidacją federalnego Lewiatana i demokratycznego globalizmu.
Francis z kolei akcentował potrzebę nowego nacjonalizmu, czyli oparcia się na klasie średniej – farmerów, drobnych przedsiębiorców i robotników – najbardziej zagrożonej przez działania „wielkiego rządu”, prowadzącego „walkę z ubóstwem”, której efektem jest wytworzenie się żyjących na koszt tej klasy pasożytniczych elit i „podklasy” (underclass) beneficjentów opieki socjalnej. Prawdziwą rewolucję konserwatywną można będzie przeprowadzić dopiero wtedy, kiedy ta najzdrowsza część narodu, walcząca o zachowanie swojej tożsamości na poziomie rodzin, wspólnot sąsiedzkich i lokalnych, parafii, szkoły, zrzeszeń obywatelskich, zawodowych, kobiecych, młodzieżowych etc., zdoła wytworzyć prawicową kontrkulturę i odebrać lewicy najpierw władzę kulturową, a dopiero w dalszej kolejności, i dzięki temu, władzę polityczną, pod hasłem Po pierwsze, Ameryka!
Stałym postulatem Buchanana była od lat koncepcja zwołania II Konwencji Konstytucyjnej, która odrzuciłaby pogańskie rządy i przywróciła pierwotny kształt Konstytucji, anulując większość wypaczających jej literę i ducha „poprawek” oraz odbierając rządowi federalnemu nienależne mu kompetencje.
Najszerzej program naprawy rozwija Livingston, wskazując, że reforma powinna zacząć się od skonstatowania, że nowoczesne państwo nie jest naszym naturalnym przeznaczeniem, lecz wysoce sztucznym wytworem ostatnich 200 lat, toteż należy zdecydowanie odrzucić fundament, na którym wspiera się nowoczesne państwo – nieokiełznana koncentracja władzy, uznać natomiast, że celem politycznego związku jest ochrona i kultywacja wartościowego sposobu życia we wspólnocie z innymi34. Trzeba też odbudować suwerenność stanów i wspólnot lokalnych. Przede wszystkim jednak porzucony musi zostać język liberalizmu (którym zarażeni jesteśmy wszyscy) wraz ze wszystkimi filozoficznymi przesądami, które wyraża, jako że nie ma żadnych niezbywalnych i naturalnych praw człowieka, niezależnych od wspólnej tradycji moralnej35.
Pierwodruk pt. Czy są kontrrewolucjoniści w Stanach Zjednoczonych? Rzecz o paleokonserwatystach w: „Pro Fide Rege et Lege” 2004, nr 3–4(50)
1 Zob. J. Bartyzel, Kłopot z Ameryką, „Myśl Polska – Tradycja” 1996, nr 8, ss. 1–2.
2 Zob. A. Wielomski, Czy są konserwatyści w USA?, „Pro Fide Rege et Lege” 2000, nr 1(36), ss. 29–31.
3 Tak nazywa go autor Rewolucji francuskiej, francuski rojalista Pierre Gaxotte.
4 Pamiętajmy, że dopiero w 1803 roku Luizjana została odkupiona od Francji, a Floryda w 1819 od Hiszpanii.
5 Literatura dotycząca paleokonserwatyzmu nie jest jeszcze zbyt obfita; niemniej, prócz prac ogólniejszych poświęconych konserwatyzmowi amerykańskiemu w ogóle, a zwracających baczną uwagę na ten ruch, takich jak: The Conservative Movement P.E. Gottfrieda i Th. Fleminga (Boston 1988; rozszerzone wydanie autorstwa samego Gottfrieda: The Conservative Movement. Revised Edition, New York 1993), Beautiful Losers. Essays on the Failure of American Conservatism S. Francisa (Columbia Miss.-London 1993), The Right Guide: A Guide to Conservative and Right-of-Center Organisations pod red. D.A. Wilcoxa, J. Shackmana i P. Naasa (Ann Arbor 1993) i najnowsza wersja The Conservative Intellectual Movement in America Since 1945 G. Nasha (Wilmington 1996³), wymienić należy książkę J. Scotchie’ego (który opracował także antologię The Paleoconservatives: New Voices of the Old Right, Piscataway 1999): Revolt from the Heartland: The Struggle for an Authentic Conservatism, New Brunswick NJ 2002, 2004², artykuły Ch. Woltermanna (What Is Paleoconservatism?, „Telos” 1993, nr 97), E. Ashbee’ego (The Politics of Paleoconservatism, „Society” 2000, nr 3) i S. Francisa (The Paleo Persuasion, „The American Conservative” 16 XII 2002) oraz blok tekstów w jubileuszowym numerze „The Chronicles”: What Is Paleoconservatisme? A Round Table Discussion (2001, nr 1, vol. 25); w Polsce działalność paleos śledził w latach 90. wrocławski „Stańczyk”, a następnie – J. Koronacki w wysoce kompetentnym Przeglądzie amerykańskim na łamach „Arcanów” [zebranych w książce Amerykański konserwatyzm u progu XXI wieku, Radzymin 2015 – dopisek z roku 2024].
6 Zob. szkic o nim w niniejszej książce.
7 Aktualizuję tu daty życia postaci zmarłych po opublikowaniu pierwszej wersji tego artykułu [dopisek z roku 2024].
8 Właśc. Lukács János Albert.
9 W 2018 roku Instytut Rockford połączył się z Instytutem Karola Wielkiego [Charlemagne Institute], który stał się nowym wydawcą „The Chronicles”. Od 2021 roku dyrektorem naczelnym Charlemagne Institute jest Devin C. Foley [dopisek z roku 2024].
10 Chociaż niektórzy paleos (m.in. Lukacs i Gottfried) to z pochodzenia środkowoeuropejscy Żydzi, zdecydowanie przeciwstawiają się anty-antysemickiej histerii, w tym także antypolonizmowi dominujących w USA i Kanadzie środowisk żydowskich, na czele z Ligą Antydefamacyjną. Na przykład żonaty z polską Żydówką Gottfried przypominał, że „spośród wszystkich krajów okupowanych przez armie hitlerowskie Polacy byli, obok Rosjan, najgorzej traktowani i najbardziej zaciekle przeciwstawiali się agresorowi”, a z „polskiego heroizmu skorzystał między innymi [przewodniczący Ligi Antydefamacyjnej i inicjator nagonki na Pasję Gibsona – przyp. mój J.B.] adwokat Abe Foxman” – P. Gottfried, Polonofobia, „Arcana” 1997, nr 13, s. 124 [pierwodruk w: „Chronicles” 1/1997].
11 Zob. J. Kalb, Liberalism, the Transcendent, and Restoration, „Modern Age” 2000, nr 3.
12 Ch. Williamson, What Is Paleoconservatism? Man, Know Thyself!, „Chronicles” 2001, nr 1.
13 „Chronicles” 1992, nr 6, cyt. za: Z czasopism, „Stańczyk” 1993, nr 2, s. 76.
14 „Chronicles” 1990, nr 12, cyt. za: Z czasopism, „Stańczyk” 1991, nr 2–3, s. 92.
15 „Chronicles” 1992, nr 6, cyt. za: Z czasopism, „Stańczyk” 1993, nr 2, s. 79.
16 „Chronicles” 1995, nr 4, cyt. za: B. Miner, Zwięzła encyklopedia konserwatyzmu. Osobiste spojrzenie, przeł. T. Bieroń, Poznań 1999, s. 231.
17 Cyt. za: B. Miner, dz. cyt., s. 247.
18 J.A. Lukacs, Państwo, nasz wróg?, „Res Publica Nowa” 1997, nr 3(102), s. 54.
19 Tamże, s. 55.
20 „Chronicles” 1999, nr 4, cyt. za: J. Koronacki, Od stanów skonfederowanych do federalnego Lewiatana, „Arcana” 1999, nr 28, s. 198.
21 J.A. Lukacs, dz. cyt., s. 59.
22 Przypomina to tezę Feliksa Konecznego o ujemnych skutkach „mieszanek cywilizacyjnych”.
23 J.A. Lukacs, dz. cyt., s. 59.
24 Cyt. za: D. Himmelfarb, Podziały wśród konserwatystów, „Commentary”, zeszyt 2 ‘88, Warszawa 1990, s. 70.
25 Czym jest neokonserwatyzm? Z Normanem Podhoretzem rozmawiają Wiesław Walendziak i Witold Bałaban, „Młoda Polska” 4 XI 1989, nr 2, s. 2.
26 Cyt. za: D. Himmelfarb, dz. cyt., s. 74.
27 Tamże, ss. 74–75.
28 O polityce imperialnej neokonserwatystów zob. nasz artykuł Przechodnie ideologie, stały cel – geopolityka neokonserwatystów amerykańskich w poprzednim (49) numerze „Pro Fide Rege et Lege”, ss. 6–13.
29 Zob. C. Ryn, The Ideology of American Empire, „Orbis. A Journal of World Affairs” 2003, nr 3.
30 Zob. R. Perle & D. Frum, An End to Evil: How to Win the War on Terror, New York 2003.
31 P. Buchanan, No End to War, „The American Conservative”, 1 III 2004.
32 Zob. J. Kalb, The Tyranny of Liberalism, „Chronicles” 2001, nr 1.
33 Zob. P. Gottfried, After Liberalism: Mass Democracy in the Managerial State, Princeton 1998, 2001².
34 Cyt. za: J. Koronacki, dz. cyt., ss. 202–203.
35 Tamże.