Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Eseje i artykuły naukowe » Czym legitymizm jest, a czym nie jest

Czym legitymizm jest, a czym nie jest

Jacek Bartyzel

Wystąpienie jest dostępne również w postaci audio i wideo. Przejdź do działu Multimedia…

Proszę Państwa, mam dzisiaj mówić o legitymizmie. Tytuł mojego wystąpienia brzmi: „Czym legitymizm jest, a czym nie jest”, dlatego będę traktował raczej o teorii niż historii legitymizmu. Kto z Państwa jest ciekaw poznania historii, tego zachęcam do nabycia tej niewielkiej książeczki (Legitymizm – historia i teraźniejszość, Biblioteka Rojalisty, Wrocław 2009).

W niektórych krajach legitymizm nosi swoją partykularną nazwę od imienia władców: czy to obalonych przez antylegitymistyczną rebelię, czy to nie dopuszczonych do objęcia władzy. Na przykład, najstarszą postacią legitymizmu jest angielsko-szkocko-irlandzki – specjalnie nie mówię „brytyjski”, a powiem za chwilę dlaczego – jakobityzm. Dlaczego jakobityzm? Dlatego, że ostatni prawowity król Anglii miał właśnie na imię Jakub (James): Jakub II Angielski, będący jednocześnie Jakubem VII Szkockim. Został on obalony przez rewolucję, nazwaną przez wigów (późniejszych liberałów) „chwalebną”. Oczywiście „chwalebna” była ona z ich punktu widzenia, a nie z punktu widzenia legitymistycznego.

A dlaczego nie legitymizm „brytyjski”? Dlatego, że twór polityczny, który się nazywa Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii, rezultat ścisłej unii, już nie tylko personalnej, dynastyczna, ale znoszącej odrębność Szkocji od Anglii, został zawiązany dopiero w roku 1707, czyli już za panowania uzurpatorów, a nie prawowitych dynastów. Toteż można by powiedzieć, że dzisiaj panująca Elżbieta II jest królową Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii (co do tego jej tytułu nie mam zastrzeżeń), natomiast na pewno nie jest prawowitą królową Anglii, Szkocji i Irlandii.

Dalej, na przykład legitymizm hiszpański nazywany jest karlizmem, ponieważ nie dopuszczony do panowania – a powinien być zgodnie z regułami prawa salickiego, obowiązującego w dynastii Burbonów – brat Ferdynanda VII, który zmarł w 1833 roku, miał na imię Don Carlos, czyli po polsku Karol. Zresztą, jego najbardziej znanym następcą też był Don Carlos (Karol VII).

I wreszcie Portugalia: tam obalony przez rewolucję liberalną król miał na imię Miguel, czyli po polsku Michał, stąd legitymizm portugalski nazywa się miguelizmem.

Nie ma natomiast tego zwyczaju w legitymizmie francuskim, chociaż w XIX wieku też czasami nazywano go potocznie chambordyzmem, od tytułu króla de iure Henryka V, który był hrabią de Chambord.

Ale, jak powiedziałem, nie chciałbym na tym wykładzie koncentrować się na historii. Może tylko jeszcze wspomnę, że pierwszy chronologicznie przejaw legitymizmu ma poniekąd związek z Polską. Chodzi o to, że – jak Państwo może z historii szkolnej pamiętacie – Zygmunt III Waza, będąc elekcyjnym królem Polski, był także przecież dziedzicznym, więc prawowitym, królem Szwecji. Został on wychowany w wierze katolickiej i był gorliwym katolikiem, a jego poddani, niestety, w większości byli luteranami, został więc przez nich zdetronizowany. Czyli od tego momentu w Szwecji też nastąpiła uzurpacja władzy. I pierwszym ruchem legitymistycznym w historii, o czym nawet w Polsce mało się pamięta, był emigracyjny rząd szwedzki w Warszawie, przy królu Zygmuncie III, składający się z jego katolickich wiernych poddanych jako prawowitego króla szwedzkiego.

Innym jeszcze śladem, czysto literackim, tego najwcześniejszego XVII-wiecznego legitymizmu jest ślad w dziele, które chyba, mam nadzieję, wciąż jeszcze każdy z nas zna, to znaczy w Potopie i w Panu Wołodyjowskim, gdzie występuje postać szkockiego kawalera Hasslinga-Ketlinga, który znalazł się w Polsce dlatego, że (jak to mniej więcej przypominam sobie tę sienkiewiczowską frazę) „jeszcze pacholęciem będąc walczył przeciwko rokoszanom Angielczykom, zbuntowanym niegodziwie przeciw swojemu przyrodzonemu Panu”. Chodzi tu zatem o rewolucję cromwellowską, purytańską, czy jak ją tam jeszcze inaczej nazwiemy, której kulminacją była pierwsza w dziejach procesowa egzekucja króla przez poddanych, Karola I Stuarta, w 1649 roku. Wprowadzenie postaci Ketlinga było więc czytelnym dowodem legitymistycznych sympatii naszego wielkiego pisarza.

Aby już dłużej nie zajmować się historią, powiem krótko, że legitymizm nie jest po prostu ruchem politycznym. To jest po prostu postawa wierności. Legitymizm jest postawą wierności wobec prawowitych dynastii, bądź prawowitych władców w obrębie tych dynastii, którzy zostali obaleni przez rewolucje religijne i polityczne, począwszy od protestantyzmu. Nie chodzi więc tutaj tylko o rewolucję francuską czy o rewolucje stricte antymonarchistyczne, bo przecież w takich krajach, jak Wielka Brytania, Szwecja czy Hiszpania jest jakaś monarchia: ale nie są to już monarchie legitymistyczne. Można zatem od razu powiedzieć, że legitymizm nie jest po prostu monarchizmem. Powiedziałbym nawet, że legitymista ma w pogardzie tych wszystkich dzisiejszych monarchów, którzy mówią, że są strażnikami demokracji, którzy podpisują bez szemrania, jak chociażby hiszpański Jan Karol, ustawy, pozwalające na zabijanie nienarodzonych, albo tzw. związki partnerskie i inne rzeczy przeciwne prawu naturalnemu. Albo, gdy mają jeszcze jakieś opory, to urządzają (jak belgijski król Baldwin) farsę z jednodniową abdykacją, żeby samemu takiej ustawy nie podpisywać. Legitymizm zatem to coś więcej niż monarchizm. I właśnie o tym „czymś więcej” chcę dzisiaj mówić.

Już sama historia pokazuję nam, że nie chodzi tutaj tylko o formę polityczną. W legitymizmie chodzi o pewną generalną zasadę, która jest zasadą filozofii, a nawet i teologii politycznej, i której nie da się sprowadzić nawet tylko do normy prawowitości dynastycznej, to znaczy porządku sukcesji. Bo jeżeli mielibyśmy obracać się wyłącznie w tym aspekcie, to legitymizm może się wydawać tylko „czystą formą”. Owszem, są w legitymizmie ustalone reguły sukcesji. Są one zresztą ustalone prawem zwyczajowym i człowiekowi (także królowi) nie wolno ich zmieniać. Generalną zasadą tego legitymizmu formalnego jest zasada primogenitury. Tron przechodzi z ojca na syna, a jeśli dana linia wygasa, to sukcesja przechodzi na istniejące boczne linie. W sensie formalnym zatem legitymizm to jest właśnie to: porządek sukcesji. Jeżeli ktoś obchodzi ten porządek, zdobywa władzę tak, jak o Klaudiuszu powiedział Szekspirowski Hamlet: że „wtrynił się na tron”, to jest on uzurpatorem. Te zasady sukcesji stanowią legitymizm formalny, dynastyczny. Ale ja chcę pokazać, że legitymizm to nie jest tylko zasada prawowitości dynastycznej formalnej; że samo słowo „prawowitość” (pochodzące od legitimus, zgodny z prawem, uprawomocniony) ma sens bardziej złożony.

Dlatego muszę od razu uprzedzić, że, niestety, mój wykład będzie dość trudny. A ta trudność – chcę Państwa mocno o tym zapewnić – nie pochodzi stąd, abym chciał się tutaj jakoś wymądrzać, czy epatować jakimiś trudnymi słowami, czy czymś takim. Ona jest nieunikniona z innego powodu, a mianowicie z tego, że samo myślenie legitymistyczne o władzy, polityce, uprawnieniu do rządzenia jest w tak całkowitej sprzeczności z tym językiem, i idącym za tym językiem wyobrażeniom o tym, co to jest polityka, władza państwo, które panują dzisiaj, że dla nieobeznanego słuchacza nieuchronny jest pewien „szok semantyczny”. Będziemy zatem obracać się tu w kręgu spraw, pojęć, założeń, zasad, norm, których nie odnajdziecie Państwo w tym, co słyszycie o polityce w przestrzeni publicznej: od polityków, od mediów, w Internecie, etc. To jest świat zasad, których po prostu nie tylko, że nie ma już w rzeczywistości empirycznej, ale nie ma ich też w świadomości tych, którzy tę rzeczywistość tworzą (czy wydaje im się, że tworzą). Na czym polega ta zasadnicza sprzeczność między obiegowym dziś językiem politycznym a myśleniem w kategoriach legitymizmu? Chodzi tu przede wszystkim chodzi tu o dwie, a właściwie o trzy rzeczy.

Po pierwsze, myślenie legitymistyczne o polityce opiera się na przekonaniu o hierarchicznym porządku świata. Świata nie tylko ludzkiego: całego Wszechświata. Takie myślenie było dla naszych przodków oczywistością, natomiast dzisiaj jest kompletnie niezrozumiałe. A legitymizm jest właśnie tym myśleniem, który pozostał temu wierny. Świat, cały Wszechświat składa się z hierarchicznie uporządkowanego, jak to wyraża metafora średniowieczna, „wielkiego łańcucha bytów”, Gdzie na szczycie oczywiście jest byt będący filozoficznie absolutem, religijnie Bogiem: Pierwszą Przyczyną, Stwórcą wszystkiego, od którego całe stworzenie jest od niego zależne. Potem jest świat rzeczywistości czysto duchowych, inteligencji, aniołów. Dopiero potem jest człowiek, jak mówi Szekspir, „ani anioł, ani zwierzę”. Wreszcie, świat bytów ożywionych i nieożywionych. I ten porządek przekłada się również na rzeczywistość społeczną. Również społeczeństwo jest bytem hierarchicznie uporządkowanym, jest organizmem mającym swoją głowę, która musi przewodzić. A zatem władca. Znakomicie tę organicystyczną metaforę ujął pierwszy chrześcijański filozof polityczny sensu stricto, Jan z Salisbury, żyjący w XII wieku, autor traktatu Policraticus, którego przekład właśnie wyszedł po polsku, niestety nie z oryginału łacińskiego, lecz z angielskiego. Jan z Salisbury wykłada, że wspólnota, civitas, res publica, jest organizmem, który ma uporządkowane hierarchicznie członki. Wiadomo przecież, że głowa jest ważniejsza niż stopa (co nie znaczy, że stopa nie ma znaczenia, bo jak nie będziemy mieli stopy, to trudno będzie nam chodzić). Ale musi istnieć hierarchia: na czele jest głowa, czyli król. Dalej, w organizmie społecznym jest serce, czyli rada królewska, senatorowie, doradcy; są ramiona, czyli wojownicy, rycerze. Są organy odpowiedzialne za funkcje fizyczne życia: żołądek, wątroba, nerki; to będą stany gospodarcze: kupcy, rzemieślnicy. Są wreszcie nogi i stopy, czyli lud, który jest najniżej.

Lecz jeszcze musimy wziąć pod uwagę, że ten organizm jest przecież organizmem psychofizycznym. W tym układzie władza doczesna i cały porządek doczesny to „ciało”. A czym jest dusza tego organizmu? Duszą będzie w nim społeczność nastawiona na cele ponaddoczesne, czyli Kościół. A ponieważ ciało jest niższe od duszy, to mamy kolejny układ hierarchiczny: wspólnoty politycznej (niższej) i wspólnoty duchowej, kościelnej (wyższej).

Tymczasem, myślenie współczesne jest całkowicie egalitarne. Każda hierarchia, każdy układ zależności jest traktowany jako „skandaliczny”. W gruncie rzeczy wszyscy do pewnego stopnia, mniej lub bardziej świadomie, są marksistami, którzy uważają, że każda hierarchia, każda podległość, każda zależność „alienuje” człowieka: powoduje alienację, czyli oderwanie od tego, czym moglibyśmy być, gdybyśmy byli w lepszym systemie niż jesteśmy obecnie. To sprawia, że cała historia nowożytności, współczesności i postnowoczesności jest historią nieustannych ruchów emancypacyjnych, które ciągle się czegoś domagają w imię, generalnie rzec biorąc, tego, co nazywane jest „prawami człowieka”. To jest ów wytrych, ta ideologia praw człowieka, wynaleziona w czasach nowożytnych, jako coś, co ma obalić „alienujące” nas prawo wyższe, czyli prawo boskie i naturalne. W opozycji do tego prawa wyższego okazuje się, że to my mamy ponoć jakieś przyrodzone prawa. Historia pokazuje, że to zaczęło się na pozór niewinnie, od proklamowania przez liberała Locke’a takich praw, jak życie, wolność i własność. Każdy przecież chce żyć, każdy chce być wolny i każdy chce mieć coś na własność. Ale jeżeli to przestaje być obiektywną normą prawa naturalnego, a sdaje się subiektywnym uprawnieniem, to rodzi się potem myśl, że „ktoś” nam nie daje tego czegoś, co się nam należy. To jak by puszka Pandory została otworzona, bo wkrótce okazuje się, że jest coraz więcej owych „praw”. Uczycie się pewnie Państwo w szkołach czy na uczelniach o różnych „generacjach” praw człowieka. Tych praw przybywa ciągle i teraz się okazuje, że nawet jak jakieś tam „prawo” już wywalczy, to nie jest koniec. Zaraz pojawia się nowa grupa, która mówi: „teraz my, teraz nasze prawa, nasze prawa jeszcze nie zostały uwzględnione. W tym rozumowaniu wychodzi się zatem od abstraktu, jakim jest jednostka, poza wspólnotą, poza obrębem organizmu, będąca podobno nosicielem jakichś niezbywalnych praw, które ktoś musi zagwarantować, bo inaczej one nie są zrealizowane. Lecz jeżeli na przykład powiem, że mam „prawo do małżeństwa”, to de facto musi gdzieś istnieć jakaś kobieta, która ma obowiązek za mnie wyjść, bo inaczej „prawo” to nie będzie wyegzekwowane. I ta „walka o prawa człowieka”, o tę emancypację, nigdy się nie kończy. Jeżeli przegramy bitwę o to czy małżeństwo ma być, jak to stanowi prawo naturalne, związkiem mężczyzny i kobiety, jeśli dopuści się związki jednopłciowe, to nie miejmy złudzeń: następnym polem bitwy będzie zapewne walka o takie same „prawa” zoofilów albo nekrofilów. To się nigdy nie skończy: chyba że się tę „filozofię” praw człowieka, że tak powiem radykalnie, nie zabije.

Niedawno słyszałem charakterystyczną wypowiedź wyrażającą tego typu myślenie. Mianowicie, któryś z hierarchów włoskich (nie pamiętam nazwiska), chyba nawet kardynał, skrytykował pewną reklamę, w której jakiś dżentelmen ma samochód tak pojemny, że rozwozi nim swoje dzieci z różnych związków do przedszkola i szkoły. Hierarcha ten skrytykował zatem, oczywiście słusznie, tę reklamę, że ona de facto zachęca do poligamii. Bo każdy związek zakładany za życia poprzedniego współmałżonka, jest w oczach prawa kościelnego poligamią. I w odpowiedzi na to, burmistrz Bolonii oświadczył, że ta krytyka godzi w „prawo do rozwodu”. Czyli, proszę zauważyć, coś, co ostatecznie można uznać za przejaw słabości, nawet osobistą tragedię, nieszczęście, bo nie ułożyło się tym ludziom życie, jest traktowane jako „naturalne uprawnienie”, jako coś co się ludziom należy, jako „prawo do”! Także i ten przykład pokazuje, jak bardzo myślenie legitymistyczne jest niezrozumiałe dla mentalności współczesnych. Bo tu mamy po jednej stronie hierarchiczną wizję świata i człowieka, opartą na przekonaniu, że ład ludzki ma jakąś swoją wyższą przyczynę, podlega prawu, które nie przez człowieka zostało stworzone, tylko zostało mu dane jako prawo wyższe, prawo transcendentne, prawo boskie, prawo naturalne. Po drugiej zaś stronie mamy myślenie egalitarystyczne, gdzie wszyscy są równi, zasadniczo nic nie różni ludzi. Oczywiście, jeden jest trochę mądrzejszy, drugi trochę głupszy, jeden bogatszy, drugi biedniejszy, itd., ale to są incydentalne różnice: gatunkowo jesteśmy jakby tacy sami. W związku z czym wszyscy mamy określony zestaw „praw do czegoś”.

Dopiero w obrębie tego przekonania cały nowożytny obóz dzieli się wewnętrznie, na „prawicę” i „lewicę”, ale w ramach tego świata rządzonego ideologią „praw człowieka”. Im bardziej ktoś jest „na prawo”, to tych praw jest mniej, mm bardziej „na lewo”, wymyśla ich coraz więcej. Ale to jest różnica wyłącznie ilościowa, kwantytatywna, a różnica jakościowa. Zasadniczy sposób myślenia „prawicy” i „lewicy” w tym świecie jest taki sam, a różnice mają charakter „techniczny”.

Druga rzecz, którą należy zasygnalizować, to okoliczność, iż legitymizm powstał i pozostał właściwie w kręgu myślenia takiego, w którym nie ma miejsca na to, co dzisiaj nazywamy państwem. Kiedy mówimy o historii, to rozprawiamy o państwie starożytnym – asyryjskim, ateńskim, rzymskim etc., także  państwie średniowiecznym, ale tak naprawdę mówimy tak, bo to jest jakby technicznie konieczne, lecz taki twór, który nazywa się państwem, tak jak my je dzisiaj rozumiemy, według klasycznej już definicji Jellinka, że jest to jednolita władza na określonym terytorium i nad określoną ludnością, wobec której to państwo ma suwerenne uprawnienia, to coś takiego jest dopiero wytworem nowożytnym. Rozmaite typy wspólnot czy ustrojów politycznych w starożytności, których była cała gama, od despotycznych monarchii, poprzez grecką polis, rzymska res publica, etc., wreszcie imperium czy regnum średniowieczne, państwem w tym rozumieniu nie były. Istniała oczywiście zawsze jakaś forma organizacji i władztwa politycznego, ale to władztwo w czasach przednowożytnych nie miało takiego charakteru, że oto istnieje jeden odpersonifikowany twór, który przenośnie możemy za Hobbesem nazwać Lewiatanem. Jak większość z nas styka się z Lewiatanem? Przecież nie przez styczność z prezydentem, premierem, ministrami czy posłami. Większość z nas ma natomiast styczność z panią Ziutą, podreferendarzem w urzędzie takim a takim; z panem Zdzisiem, który pracuje w innym wydziale, gdzie np. załatwia sprawy meldunkowe. A jak mamy zaszczepić psa albo kota, to jakaś inna pani Gienia będzie dla nas Lewiatanem. Lewiatan to te tysiące urzędników, którzy działają według bezosobowych reguł prawa, którego konstytucja na przykład jest tylko wierzchołkiem, a tak naprawdę są to tysiące aktów, rozporządzeń, okólników itd. To jest właśnie wytwór nowożytności: jednolita, suwerenna władza. Oczywiście, ona dzisiaj ulega zmianie, ale w inny sposób: to znaczy, że dokonuje się transfer tej suwerenności na poziom ponad państwem narodowym. Ale co do istoty rzeczy to niczego nie zmienia, to tylko znaczy, że Lewiatan narodowy zamienia się w hiper-Lewiatana, natomiast logika działania tej instytucji jest taka sama.

Natomiast w świecie przednowożytnym władztwo polityczne przenika się z rozmaitymi, innymi typami władztwa. Przede wszystkim z władzą kościelną, która też nie jest jednolita, bo na przykład równolegle do władzy, powiedzmy, diecezjalnej istnieje władza opatów poszczególnych zgromadzeń. W jakiś sposób do sfery kościelnej, ale także autonomicznej, należy na przykład średniowieczny uniwersytet, gdzie nie ma wstępu dla „pachołków” miejskich, ale również „pachołków” biskupa. Istnieje też władza rozmaitych korporacji, cechów, gildii. Dalej jest to władza panów feudalnych. To jest niesłychanie złożony organizm, w którym oczywiście występuje masę pól tarcia. Kiedy uczymy się o średniowieczu, operujemy na ogół dużymi pojęciami, jak „walka cesarstwa z papiestwem”. Ale jest to ten najwyższy poziom, podczas gdy może to być walka zwykłego plebana z panem czy wsią o jakieś tam serwituty. Mimo wszystko, to się jakoś trzymało, mimo tego rozproszenia owej wielości nachodzących na siebie władz.

W gruncie rzeczy pierwszą wyrwą  w tym świecie był już absolutyzm monarchiczny, zwłaszcza w formie „oświeconej”, który właściwie był pierwszym ciosem w ten dawny porządek, ponieważ on wprowadzał chociażby kategorię ujednoliconego poddanego, gdzie nie ma już tej drabiny zależności, seniorów, wasali, zarówno świeckich tak jak i duchownych. Wszyscy stają się pojedynczo poddanymi tego samego króla. Poza tym, istotą doktryny absolutystycznej – wraz z pojawieniem się idei suwerenności – jest twierdzenie, że suwerenność to władza absolutna, niepodzielna i nieprzedawnialna, co przede wszystkim pojawia się w prawodawstwie, w tworzeniu prawa, To jest już pewna rewolucja, nawet zasadnicza rewolucja, ponieważ dotychczas prawa się nie „tworzyło”, a nawet jak się tworzyło, to się udawało, że się „odkrywa” stare prawa, że prawo jest czymś, co ma być odkryciem istniejącego prawa, czy zastosowaniem wyższej normy, a rozum władcy ją dopiero teraz odnalazł. Natomiast w absolutyzmie rozpoczyna się kreacja prawa. Mamy odtąd ciąg, który prowadzi nas do takich dokumentów, jak konstytucja europejska, którą kontenerami trzeba przewozić, bo tyle ma artykułów i tyle spraw reguluje. Czyli jest to pokrywanie życia siatką regulacji będących wytworem arbitralnego umysłu. A zatem przejście od absolutyzmu monarchicznego do państwa liberalnego, a potem państwa demokratycznego, także w formie republikańskiej, jest w gruncie rzeczy czymś drugorzędnym w porównaniu z samą rewolucją absolutystyczną. Jest to tylko przeniesienie tego samego atrybutu z jednej osoby, czyli króla, na abstrakcyjne państwo, albo na, równie przecież politycznie abstrakcyjny, lud jako suwerena. Bo nigdy on jako owa suwerenna „wola powszechna” przecież się nie przejawia.

Oto drugi powód, dla którego legitymizm jest niezrozumiały dla mentalności współczesnej: to, że pozostaje on w kręgu tradycyjnego, przedpaństwowego w rozumieniu nowożytnym, myślenia o wspólnocie politycznej, jako wielości nakładających się na siebie organizmów społecznych, których jakby zwieńczeniem jest król, którego rola nie polega na tym, żeby zastępować te wspólnoty, te społeczności w ich czynnościach. Jego funkcja polega na tym, jak to jest u św. Tomasza (legitymizm jest do cna tomistyczny), że władca jest jakby sternikiem, który harmonizuję te rozmaite ciała i prowadzi je do jednego wspólnego celu będącego, jak mówi Tomasz, portus salutis, portem ocalenia; który pilnuję żeby rozbieżne czy partykularne cele poszczególnych wspólnot nie rozsadziły całości, nie zamieniły się w egoizmy, które ją rozsadzą. Tymczasem państwo w którym żyjemy, opiera się na czymś dokładnie przeciwnym, na głoszonej przez doktrynę liberalną „harmonii egoizmów”, na zasadzie sformułowanej przez Smitha, że jest jakaś „niewidzialna ręka”, która sprawia, że każdy z nas, że tak powiem, sobie rzepkę skrobie, ale ta niewidzialna ręka powoduję, że wszystko służy, ale w sensie czysto użytecznościowym, dobru ogólnemu.

Ta obrona porządku przedpaństwowego jest więc drugim czynnikiem, który odróżnia legitymizm od współczesnej mentalności.

Pora wreszcie przejść do trzeciej kwestii, która, jak sądzę, wyłania się wyraźnie z dwóch poprzednich i nie powinna być już zaskoczeniem. Mianowicie, legitymizm jest takim sposobem myślenia politycznego, który za rzecz absolutnie oczywistą i naturalną uważa, że porządek doczesny, a więc porządek naturalny, musi być zawsze relacjonowany do porządku nadprzyrodzonego. Nie można sobie wyobrazić w obrębie legitymizmu sytuacji, w której jakiekolwiek prawdy, jakiekolwiek działanie nie byłoby odnoszone do tego, co jest nadprzyrodzonym celem człowieka. Tak też zresztą układa relacje obu tych ciał: Ciała Mistycznego, czyli Kościoła (corpus mysticum) i przez analogię do niego mistycznego ciała politycznego (corpus mysticum politicum), św. Tomasz z Akwinu. Te dwa ciała są odrębne, mają odrębne zadania, ale nie mogą być od siebie oddzielone, ponieważ oba dotyczą tej samej rzeczywistości społecznej, osób ludzkich. A ponieważ jedynym celem ostatecznym człowieka jest cel duchowy, zbawienie, to wynikają z tego niesłychanej wagi i uzupełniające się rzeczy.

Po pierwsze, władza polityczna jako taka do zbawienia nie prowadzi, a nie może prowadzić, ponieważ nie ma do tego środków, ona nie została do tego powołana, i nie została wyposażona w środki zbawienia, czyli sakramenty, których ordynacja, szafarstwo zostało powierzone nie władzy politycznej, lecz władzy kościelnej. A więc jako taka, wspólnota polityczna tych środków nie ma. Lecz, z drugiej strony, wspólnota polityczna jest wspólnotą ludzi, których ostatecznym celem jest zbawienie. Żadne działanie wspólnoty politycznej i jej przewodnika nie może zaszkodzić temu celowi ostatecznemu, a wprost przeciwnie – wspólnota polityczna i jej zwierzchnik muszą tak działać, aby człowiek mógł do zbawienia zostać doprowadzony. Ta zasada wyznacza rodzaj relacji pomiędzy obu wspólnotami. To ciało, które jest ciałem mistycznym, ciało duchowe, wyznacza cel ostateczny. Ono natomiast nie zajmuje się celami, które są oczywiście niższe, ale też są konieczne, począwszy od naszych najbardziej podstawowych potrzeb życiowych. Te cele są celami doczesnymi i czysto ludzkimi, więc do realizacji tych celów powołane są społeczności doczesne, które dopiero też w ramach pewnego porządku, porządku pomocniczości, zajmują się wypełnianiem określonych zadań. Ta zasada mówi, że nasze najbardziej podstawowe potrzeby realizujemy w rodzinie. Są jednak rzeczy, których rodzina nie jest sama w stanie sobie zapewnić, więc wyżej będą, mogą być, jakieś związki rodowe, których zresztą dziś właściwie już nie ma, może jeszcze gdzieniegdzie, jak na Podhalu wśród górali. Dalej będzie gmina, potem jakaś korporacja czy stan społeczny, następnie prowincja i dopiero na końcu władza polityczna państwa, monarchy. Dopiero monarcha realizuje to, czego inne ciała społeczne nie są w stanie uczynić. Jednakże wszystkie te cele, chociaż są ważne i dlatego musi istnieć władza powołana do ich realizacji, nie są celem ostatecznym, ponieważ celem ostatecznym może być tylko to, co samo w sobie jest dobrem ostatecznym, a żadne dobro doczesne nie jest takim dobrem ostatecznym ani absolutnym.

A zatem te dwa ciała muszą ze sobą harmonijnie współdziałać, ponieważ współdziałają dla dobra tych samych istot, tylko na różnych poziomach. I legitymizm jest właśnie taką filozofią polityczną i tą teologią polityczną, która mówi, że nie można tych dwóch porządków od siebie oddzielać. Trzeba je, że tak  powiem, pojęciowo rozdzielać, ale nie można ich rozdzielić w rzeczywistości. Tak samo, jak logicznie możemy rozdzielić w człowieku duszę od ciała. A co jest efektem rozdzielenia ciała od duszy? Śmierć człowieka. Podobnie, małżeństwo jest związkiem mężczyzny i kobiety, więc dwóch odrębnych osób ludzkich, ale małżeństwem jest ich jedność a nie rozdzielenie; jeżeli te osoby rozdzielimy, to przestaje istnieć małżeństwo. Tak samo jest z relacją porządku doczesnego do porządku nadprzyrodzonego, obu tych wspólnot. Specjalnie nie mówię: Kościoła i państwa (bo „państwo” to pojęcie nowożytne), tylko wspólnot: eklezjalnej i politycznej. Legitymizm jest właśnie uznaniem, że te dwa porządki nie mogą być oddzielone, że te dwa ciała muszą ze sobą współdziałać.

I tutaj przechodzę do określenia najważniejszej kwalifikacji legitymizmu, to znaczy do wyróżnienia dwu jego stron, aspektów, które są jak kartka papieru, składająca się przecież z dwóch stron, ale jak oddzielimy jedną stronę od drugiej, to rozerwiemy, zniszczymy kartkę. A te dwa aspekty legitymizmu są następujące:

Jeden to wspominany już legitymizm formalny, dynastyczny. Ten aspekt legitymizmu, legitymizm hiszpański, czyli karlizm, nazywa „prawowitością pochodzenia”. Mam prawo do korony, ponieważ jestem prawowitym potomkiem tego, który miał to samo prawo. Sprawa  jest prosta, oczywista. Ale ten legitymizm jest także – o czym mówią na przykład legitymiści francuscy – „legitymizmem naturalnym”. Dlaczego? Bo zasady sukcesji nie zostały przecież dane od Boga. Pan Bóg, ani w Piśmie Świętym, ani w żaden inny sposób, nie objawił reguł sukcesji. One nie są bezpośrednio boskiego pochodzenia. Są wytworem wspólnoty politycznej, która przyjęła jakieś zwyczaje. Dopiero w tym sensie one pochodzą od Boga, ponieważ Pan Bóg stworzył człowieka istotą społeczną, wyposażył człowieka w naturę społeczną, i ta natura społeczna sprawia, że ludzie dążą do życia ze sobą. Tworzą jakieś wspólnoty i w tych wspólnotach wykształcają się pewne zasady. I wszystkie zasady legitymizmu dynastycznego, które tak archetypowo wykształciły się w Królestwie Francji, a przez dynastię Burbonów zostały przeniesione na inne kraje, tam, gdzie Burbonowie panowali, wykształcały się stopniowo. Kształtowały się w prawie zwyczajowym, a nie były spisane. Jeden z wielkich przeciwników rewolucji francuskiej (Joseph de Maistre) wyśmiewał tych, którzy płodzą jedną za drugą konstytucję pisaną. Przypomnijmy sobie: rewolucja francuska trwała, no, to różnie można liczyć, ale przyjmijmy, że trwała od 1789 roku do 18 brumaire’a 1799 i ustanowienia konsulatu, a więc 10 lat. A ile konstytucji napisanych Francja miała przez ten czas? Możemy policzyć. Pierwsza z 1791 roku, druga, jakobińska z 1793 roku, trzecia, thermidoriańska, Dyrektoriatu z 1795 roku. Trzy konstytucje w ciągu czterech lat! O czym to świadczy? O tym, że im więcej się pisze, tym słabsze prawo. Wytwory ludzkie są zawsze niedoskonałe. Dlatego mnie zawsze irytuje, kiedy podczas obchodów Konstytucji 3 Maja, jako naszego święta narodowego, ciągle słychać paplaninę, że myśmy mieli pierwszą w Europie, a drugą na świecie napisaną konstytucję. To płakać by należało, a nie się cieszyć, ponieważ jeżeli była konieczna konstytucja spisana, to znaczy, że prawdziwa konstytucja, naturalna konstytucja już nie działała. To jest tak jak byśmy się cieszyli, że stworzyliśmy robota, co znaczy, że człowiek już umarł.

Oto kult ustawy pisanej. A gdzie jest zapisane prawo salickie, które mówi, że we Francji kobiety tronu nie dziedziczą? Nigdzie nie jest zapisane! Ono jest zapisane w sercach Francuzów. Cóż, można się spierać czy ono było jeszcze zapisane w sercach, kiedy wybuchła rewolucja. Ale można powiedzieć z pewnością, że dopóki nie było rewolucji, było ono zapisane w ich sercach. Prawdziwe prawo trwa zatem mocą zwyczaju i jest „odkrywane”. Dopiero kiedy pojawia się jakaś sytuacja krytyczna, może ono ewentualnie przejść do prawa spisanego. Kiedy na przykład królowie angielscy zgłaszają roszczenia do tronu francuskiego (stąd cała wojna stuletnia), bo wygasła główna linia Kapetyngów i król angielski powołuje się na to, że jest potomkiem córki Filipa Pięknego. I wtedy Francuzi mówią: ale w naszym prawie zwyczajowym jest, że kobieta tronu nie dziedziczy, ani go nie przekazuje. I dopiero wtedy można zapisać tę zasadę, która i tak już istnieje jako odwieczny zwyczaj. Tyle zatem wystarczy o legitymizmie dynastycznym.

Ale jest i ów drugi aspekt, jeszcze ważniejszy. Ten z kolei legitymiści hiszpańscy, czyli karliści, nazywają prawowitością sprawowania, prawowitością wykonywania. Chodzi więc to, jak władza jest wykonywana, jaki jest jej cel. I tu mamy znów nawiązanie do klasycznej myśli politycznej. Czy celem rządzenia jest dobro rządzącego, czy celem tym jest dobro wspólnoty? Może zaistnieć sytuacja taka, że władza jest nawet prawowita w sensie pochodzenia, ale jeśli będzie ona postępować niezgodnie z celem rządzenia, jakim jest dobro wspólne – a to dobro wspólne, jak już wiemy, składa się zarówno z dobra doczesnego, jak i dobra nadprzyrodzonego – to taka władza też traci uprawnienia do rządzenia. W ostateczności nawet wchodzi w grę możliwość tyranobójstwa. W świetle celu rządzenia również pojęcie uzurpacji czy tyranii okazuje się bardziej złożone. Uzurpatorem nie jest tylko ten, który wbrew prawom dynastycznym „wtrynił się na tron” – przywołując raz jeszcze słowa Hamleta. Uzurpatorem i tyranem jest także ten, który nawet, jeśli ma nienaganny tytuł do rządzenia, sprzeniewierza się celowi rządzenia. Oczywiście, wśród teologów i filozofów toczyła się ogromna dyskusja w kwestii czy i kiedy tyranobójstwo jest dopuszczalne. Św. Tomasz, który jest bardzo ostrożny w tej kwestii, mówi o wyjątkowej sytuacji „szalonego przerostu” (excessus tyrannidis), podczas gdy tyranię „miękką”, umiarkowanego tyrana, zaleca nawet cierpliwie do czasu znosić, przywołując też starożytną anegdotę o staruszce, która cieszyła się, że tyran uniknął zamachu, gdy wszyscy się tym martwili. Tyrana to zaniepokoiło i zapytał ją dlaczego ona się cieszy, a ona odpowiedziała: bo ja pamiętam poprzedniego tyrana, którego obaliłeś, to on w porównaniu z tobą był łagodny, więc się bałam, że jak ciebie obalą i nastanie nowy, to będzie jeszcze gorszy niż ty.

Oczywiście, to jest problem, na którego rozwikłanie nie ma tu czasu: jaka tyrania jest nie do zniesienia? Jednak takim oczywistym kryterium jest łamanie praw nie tylko wspólnoty, ale prawa Bożego. I on właśnie łączy się z drugim aspektem legitymizmu, który jest także „legitymizmem wiary”. W gruncie rzeczy do niego sprowadza się istota wojny, którą legitymiści przez te ostatnie 300 lat toczyli ze wszystkimi siłami rewolucji, wojny, którą niestety przegrali. Bo ja nie mam zamiaru ukrywać, że legitymizm w rzeczywistości empirycznej przegrał, i to przegrał tak bardzo, że nawet, jak już mówiłem, nie rozumie się go dzisiaj. Lecz to jest istota rzeczy: legitymizmu wiary, który legitymiści francuscy nazywają legitymizmem nadnaturalnym. Ostatecznie chodzi o to czy książę jest „porucznikiem Boga” – to jest ostateczne kryterium prawowitości. Czy jest wikariuszem Chrystusa w swoim królestwie, czy też służy innemu „Panu”? Nie ma takiego przypadku, w którym by prawowici, bronieni przez legitymistów, władcy i dynastie utracili władzę z innego powodu jak ten. Począwszy od Zygmunta III Wazy, Jakuba II, po wszystkich innych. Wszyscy oni bronili właśnie owej władzy katolickiej, władzy wikariusza Chrystusa na ziemi, i wszyscy oni przede wszystkim z tego powodu zostali obaleni.

W tym zatem pokazuje się ta trzecia i największa różnica między legitymizmem a nowoczesnością. „Różnica” to zresztą słowo zbyt eufemistyczne, zbyt delikatne; to przepaść, uskok pomiędzy legitymizmem a mentalnością nowożytną, dla której jest oczywiste, że religia jest „sprawą prywatną”. Najwyżej w taki sposób dopuszcza się jeszcze obronę zasad prawa naturalnego – jak Rocco Buttiglione parę lat temu, który nie miał właściwie odwagi bronić wprost zasad, tylko zasłaniał się tym, że jest katolikiem, właściwie przepraszając za to, że nie może inaczej, bo Kościół ma taką naukę, a on jest katolikiem. No, to takim jak Rocco Buttiglione powiada się: „to twój problem, możesz sobie wierzyć w co chcesz, ale w życiu publicznym muszą panować inne zasady. Inna jest ortodoksja publiczna, ortodoksja polityczna świata. Religia, a w szczególności religia katolicka, nie może mieć na to żadnego wpływu”. Próba wpływania przez religię na kształt życia publicznego jest postrzegana jako zamach, uzurpacja, „wtrącanie się”, że tak powiem kolokwialnie, do polityki. I to legitymistę w świecie współczesnym czyni po prostu tym, kogo Rzymianie nazywali wrogiem publicznym.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2021 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.