Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Dlaczego odszedłem z „Pro Fide Rege et Lege”?

Dlaczego odszedłem z „Pro Fide Rege et Lege”?

Jacek Bartyzel

Pragnę naprzód zaznaczyć, że nie było moim zamiarem nadawanie rozgłosu decyzji wystąpienia z Rady Programowej oraz zaniechania współpracy z pismem Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego, z którym byłem związany przez wiele lat, i to więzami silniejszymi, aniżeli tylko fakt nadsyłania tekstów: ten tytuł to spory i ważny dla mnie, już na zawsze, choć teraz właśnie zamknięty, odcinek mojego życia jako publicysty. Skoro jednak fakt mojej absencji został zauważony i tu i ówdzie jest komentowany – czuję się w obowiązku podać do publicznej wiadomości tych kilka słów wyjaśnienia.

Powód bezpośredni jest znany i oczywisty: nie było dla mnie do przyjęcia sąsiadowanie na tych samych łamach z Wojciechem Jaruzelskim, a poniekąd i firmowanie takiego pomysłu, jak zamieszczanie wywiadu z nim, skoro w stopce redakcyjnej figurowałem jako przewodniczący Rady Programowej. Nie zamierzam nikogo zanudzać szczegółowym uzasadnianiem mojego stanowiska; w każdym razie Redaktorowi Naczelnemu „PFRL”, prof. Adamowi Wielomskiemu jest ono znane doskonale, gdyż prowadziliśmy korespondencję na ten temat przez kilka tygodni. Niestety, nie udało mi się przekonać go o niestosowności nobilitowania człowieka będącego żywym przykładem „poturczeńca” zamieszczaniem wywiadu z nim we flagowym piśmie polskiego konserwatyzmu. Mnie z kolei nie przekonuje argument o „ciekawości” wyciągniętych z niego „zeznań”. Być może: ale czy szlachetne łamy „Pro Fide Rege et Lege” mają być wyżymaczką do wyciskania brudnych ścierek?

Tymczasem, prof. Wielomski opublikował (zob. http://www.konserwatyzm.pl/publicystyka.php/Artykul/3030/) autokomentarz do najnowszego numeru „PFRL”, zatytułowany znacząco „Jaruzelski, realizm, monarchizm”, który utwierdza mnie w słuszności – już nie tylko incydentalnej, lecz długofalowej – mojej decyzji. Tekst ten można potraktować jako czytelny manifest programowy nowej linii pisma KZM, której osnową ma być tzw. realizm polityczny, traktowany jako kategoryczna dyrektywa polityki konserwatywnej, przeciwstawionej „polskiemu rozumieniu polityki”, zdominowanemu przez – jak to syntetycznie a z gracją ujął Autor – „romantyków, wieszczów i wariatów rozmaitej maści”.

Nie chcę tu również rozwodzić się nad grubymi symplifikacjami w ujęciu romantyzmu, jak i nieodpowiedzialnym i ekstrawaganckim mieszaniu różnych znaczeń i zakresów pojęcia „realizm” w publicystyce Adama Wielomskiego: kto ciekaw, ich szerszą analizę znajdzie w mojej polemice, która ukaże się w najbliższym numerze dwumiesięcznika „Arcana”. Ograniczę się tu do jednej kwestii. Zdaniem prof. Wielomskiego, realizm polityczny miał się w Polsce zawsze źle dlatego, że „tradycja romantyczna żądała podporządkowania decyzji politycznych osądom moralnym”. Jeśli tak, znaczyłoby to, że rzekoma „tradycja romantyczna” jest niesłychanie stara: obejmowałaby nawet Sokratesa, Platona, Arystotelesa, Cycerona, no i oczywiście całą polityczną parenetykę chrześcijańską oraz nauczanie społeczne Magisterium Kościoła.

Jak zatem pogodzić tak osobliwe kryterium delimitacji pojęć: realizm – romantyzm polityczny, jakie proponuje prof. Wielomski, z faktem, że bardzo surową a „moralistyczną” właśnie krytykę sztandarowo romantycznego Konrada Wallenroda – dzieła wyczerpującego swoją apologią zdrady i podstępu w służbie „wyższych” celów wszystkie znamiona nikczemnego realizmu makiawelskiego – przeprowadzali niewątpliwi konserwatyści, jak OO. Zmartwychwstańcy, Norwid czy Stanisław hr. Tarnowski? A czy nie był makiawelistą (czyli realistą w znaczeniu zachwalanym przez prof. Wielomskiego) inny romantyk par excellence, „cynik wolności” Maurycy Mochnacki? „Nie wchodzę w charakter, w naturę siły – pisał autor Powstania narodu polskiego – utrzymuję, że cokolwiek albo jest siłą, albo nią stać się może, jest dobre w powstaniu” (Pisma rozmaite, w: Dzieła. Wydanie jedynie prawne, Poznań 1863, t. IV, s. 113). Gdyby z powyższego zdania odjąć słowo „w powstaniu”, można by je przecież uznać za wyjęte z tekstu prof. Wielomskiego. Różnica zatem pomiędzy „romantyzmem” a „realizmem” nie polega zatem na „moralizowaniu” pierwszego a „amoralizmie” drugiego, lecz raczej na zakreślaniu stawianych sobie celów politycznych. (Dla jasności: nie cytuję Mochnackiego, aby go „naiwnie” potępiać: w zupełności zgadzam się pod tym względem z prof. Bronisławem Łagowskim, który w swoim znakomitym studium o filozofii politycznej Mochnackiego podkreśla, że Mochnacki nie był czcicielem siły dla niej samej, traktując ją jako fakt, a nie wartość; tym też różnił się od apostaty Adama Gurowskiego, który w równoważności stosunków politycznych stosunkom sił dopatrzył się nie faktu, lecz normy i wyciągnął stąd (logiczny?) wniosek, że skoro Polska okazała słabość, to nie reprezentuje żadnej wartości. Obawiam się natomiast, że w swoim antymoralistycznym – czyli, według niego, antyromantycznym – zapale prof. Wielomski nie dostrzega tej różnicy między faktem a normą: może właśnie to jest przyczyną tej fatalnej decyzji umieszczenia wywiadu z zaprzańcem, tak czy inaczej w kontekście rozważań o politycznym realizmie?).

Z drugiej zaś strony: jak można natrząsać się z formuły Gloria victis!, a jednocześnie apoteozować Aleksandra Wielopolskiego, który najniewątpliwiej ostatecznie i z kretesem przegrał? Ktoś, kogo oburza głoszenie „chwały zwyciężonych”, powinien nad grobem Margrabiego wypowiedzieć bezlitosne „biada zwyciężonemu!”. Znów dla jasności: ja nie oskarżam ani nie potępiam Margrabiego, który w moich oczach jest postacią wielką i tragiczną zarazem; lecz jak wielkie klapki trzeba założyć na oczy, żeby w imię przywiązania do topornego schematu nie dostrzec tak prostego faktu, że to postać przegrana właśnie! No, bo chyba nieugięty obrońca realizmu nie zniży się do jakże typowo „polsko-romantycznego” wyjaśnienia, że Wielopolski „chciał dobrze”, tylko „wariaci” go nie rozumieli i mu przeszkodzili? „Klasyk” tym właśnie przecież różni się od „romantyka”, że swojej klęski nie tłumaczy „nieprzyjaznymi wiatrami” czy zawiścią podwładnych.

Mówiąc bez ogródek: propozycję, aby dystynkcję konserwatyzmu i mainstreamowego dziś demoliberalizmu, prawicy i lewicy, oprzeć na opozycji: realizm – romantyzm polityczny, i to w aż tak uproszczonym („realizm” – kult siły i cynizm, „romantyzm” – naiwne moralizatorstwo i „wygrażanie piąsteczkami” przez „wariatów”), że zupełnie fałszywym pojmowaniu, uważam za najgorszą z możliwych. Prowadzony na takich zasadach i w oparciu o takie kategorie poznawcze spór „realistów” z „romantykami” jest najbardziej jak tylko mogę sobie wyobrazić czczy, jałowy oraz przemiędlony do mdłości w maszynkach do mielenia sloganów. Chyba, że chodzi o to, aby kłonicą na romantyków dźgać dzisiejszych politycznych wrogów, a balsamem realizmu goić wstydliwe wysypki na duszach rozmaitych dwuznacznych herosów, z przeszłości i obecnych; lecz to nie interesuje mnie tym bardziej. Jeżeli natomiast cokolwiek w najnowszej historii nam się udawało, to tylko wówczas, kiedy dla „romantycznych” celów potrafiono dobrać „realistyczne” środki. To oczywiście okropny banał, ale prawdy banalne też są prawdami. Cała reszta to „zwykłe wahanie nastrojów”„teraz kiedy piszę te słowa zwolennicy ugody / zdobyli pewną przewagę nad stronnictwem niezłomnych”.

W jednej ze swoich ostatnich wypowiedzi prof. Wielomski oświadczył z pewną ostentacją, że nie interesuje go klub miłośników średniowiecznej monarchii. Faktycznie, da się zauważyć, że monarchizm (wciąż figurujący przecież w nazwie KZM) zaczyna go uwierać jak drażniący kamyk w bucie – mimo iż doskonale zdaje sobie sprawę, że w naszym kręgu nikt nigdy nie traktował idei monarchicznej jako programu politycznego. W ogóle racją bytu takich środowisk integralnego konserwatyzmu, jak KZM było i jest, jak sądzę, pewne, świadome i dobrowolne oddalenie metapolityczne od zgiełku bieżącej „polityki” uprawianej przez demoliberalnych „mężyków stanu”. Może nawet, mówiąc nieco patetycznie, bycie jak zamek na urwisku, w którym strzeżony jest Graal prawd wieczystych, wskazujący którędy prowadzi droga do portus salutis. Wiem oczywiście, że prof. Wielomski ma na takie dictum gotową formułkę: „romantyczny radykalizm prawicowy” czy coś w tym guście. Ja jednak pozwolę sobie zauważyć, że na przykład tak skromny cel w ramach swego rodzaju „pracy organicznej” nad słowami, jak ocalenie choćby kilkunastu młodych ludzi przed posługiwaniem się frazesem: „jak w średniowieczu” w funkcji wskazania niewyobrażalnych wprost okropności jest o wiele bardziej sensowny i realistyczny niż wdawanie się w ciągłe połajanki i dysputy (o których za pięć lat nikt nie będzie pamiętał) ze wszystkimi „PiSiakami”, „Libertasami”, „Platformersami” i kim tam jeszcze, czego tak pełno na targowisku, którym stał się portal Klubu, a obawiam się, że może się stać również i jego pismo.

Wszystko to, reasumując, stanowi powód, dla którego straciłem motywację dla podtrzymywania współpracy z pismem KZM, a już na pewno ponoszenia współodpowiedzialności za jego kierunek polityczny. Jeżeli nawet w przyszłości miałbym cokolwiek opublikować w „Pro Fide Rege et Lege”, to już wyłącznie jako „gość” z innego „archipelagu”, a nie jako „współgospodarz”. Albowiem, z konserwatyzmem tak definiowanym i uprawianym, jak to jest w „aktualnej linii” Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego, po prostu mi nie po drodze.

Post scriptum

Tekst niniejszy może być rozpowszechniany, kategorycznie wszelako zabraniam zamieszczania go, a nawet podlinkowywania, na portalu www.konserwatyzm.pl, na którym wciąż bezkarnie grasują opluwający mnie, anonimowi podlece.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.