Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Jarosław José Luis Kaczyński y Zapatero

Jarosław José Luis Kaczyński y Zapatero

Jacek Bartyzel

Swego czasu raczej niepostrzeżenie – w każdym razie nie wzbudzając większego zainteresowania tak rzekomo dociekliwych me(r)diów – przemknęła informacja o treści wywiadu, jakiego premier Jarosław Kaczyński udzielił dziennikowi „La Repubblica” podczas swej bytności z oficjalną wizytą we Włoszech. Clou tej wypowiedzi było porównanie się naszego premiera do hiszpańskiego szefa rządu José Luisa Rodrígueza Zapatero i danie wyrazu przeświadczeniu, że linia polityczna rządu PiS ma ten sam cel główny, co walka z dziedzictwem frankizmu podjęta przez socjalistyczny rząd hiszpański. W obu wypadkach chodzi – wyjaśnił nasz premier – o rozliczenie z dziedzictwem dyktatury, wyeliminowanie istniejących jeszcze wpływów pogrobowców poprzedniego systemu i umocnienie demokracji. Już nie pamiętam czy J. Kaczyński oznaczył ustrój frankistowski jako również totalitarny, ale w świetle niewątpliwie zarysowanej przez niego analogii frankizmu do komunizmu nie ma to większego znaczenia, bo i tak wychodzi na to samo.

Można by, rzecz jasna, sprawę zbagatelizować kładąc tę osobliwą wypowiedź na karb sławnej lisiej przebiegłości Jarosława Kaczyńskiego, widzieć w niej chytrość rozumu wytrawnego polityka, który wiedząc o nieprzychylnym – eufemistycznie mówiąc – nastawieniu do niego mainstreamowych ośrodków opiniotwórczych na Zachodzie, sięga po argumentację i retorykę zdolną rozbroić tę minę. „Polityka historyczna”, jaką u siebie uprawia Zapatero, cieszy się przecież, na odmianę, nie tylko zrozumieniem, ale niekłamaną sympatią „postępowej” (czyli właściwie całej) europejskiej „opinii publicznej”, a już nikomu nie przychodzi do głowy dopatrywać się w jego postępowaniu „zagrożenia” dla demokracji, „pokusy” autorytaryzmu, „deptania standardów” państwa prawa, wprowadzania atmosfery zastraszania, inwigilacji i łamania charakterów przez brudne grzebanie w życiorysach ludzi starych i schorowanych, tudzież wszystkich innych możliwych strachów demoliberalizmu – nawet kiedy „pogromca” Caudilla zapowiada rewizję wszystkich wyroków zapadłych w okresie Estado Nuevo.

Naszym zdaniem, tego rodzaju wyjaśnienie intencji J. Kaczyńskiego jest błędne. Przeciwnie: jesteśmy zdania, że jego wywiad nie był ani „wypadkiem przy pracy”, ani zabiegiem taktyczno-propagandowym, lecz ekspresją głęboko ugruntowanego przekonania, faktycznie istniejącej analogii w sposobie postrzegania świata idei i świata polityki u hiszpańskiego socjalisty i u lidera polskiej „centroprawicy”. Ażeby ją dostrzec, trzeba nie tylko wniknąć w meandry myśli J. Kaczyńskiego, ale również okazać choć trochę empatii w próbie docieczenia źródeł i ujść rozumowania Jasia Fasoli hiszpańskiej polityki. Nie jest to przyjemne, rzecz jasna, lecz cóż: badacz musi czasem się poświęcić w imię wyższych celów poznawczych.

Na tę okoliczność chciałbym przywołać wpierw spostrzeżenie, jakie uczyniłem przeglądając przypadkiem ostatnimi czasy różne oświadczenia, listy otwarte i protesty przeciwko polityce Zapatero, jakie od czasu objęcia przezeń władzy reprezentanci życia hiszpańskiego życia społecznego publikowali na łamach prasy przychylnej tamtejszej „centroprawicy”, czyli Partii Ludowej (mniej zorientowanym trzeba wyjaśnić, że w porównaniu z tą formacją już nie tylko PiS, ale nawet PO może uchodzić za „klerykalno-faszystowski ciemnogród”). To, co mnie uderzyło w tej lekturze, to nie treść – na ogół słuszna w krytyce, lecz na poziomie banalności oraz okraszona nabożnymi inwokacjami do demokracji – lecz wykaz sygnatariuszy tych listów. Przeglądając listy nazwisk konstatowałem co chwilę, że prawie każde z nich jest mi znajome – tylko z innej epoki i z innymi imionami! Są to nazwiska prominentów reżimu frankistowskiego: Areilza, Fernández-Carvajal, Fernández-Cuesta, Arias Navarro, Arias Salgado, Beneyto Pérez, Miranda i wiele, wiele innych. Nie ulega wątpliwości, że to dzieci, wnuki, siostrzeńcy, bratankowie i kuzyni frankistowskich ministrów, kadry kierowniczej, działaczy Falangi, reżimowych intelektualistów… I nie koniec na tym, albowiem nazwiska te są skrupulatnie opatrzone tytułami naukowymi i arystokratycznymi oraz pełnionymi (poważnymi) funkcjami w instytucjach publicznych i społecznych, w kierownictwie lub w radach nadzorczych firm i na katedrach uniwersyteckich. Bez wątpienia: to prawdziwy establishment współczesnego społeczeństwa hiszpańskiego, dokładnie tak samo jak ich ojcowie, dziadkowie czy stryjowie stanowili establishment społeczeństwa frankistowskiego.

Zastanówmy się: co może czuć Zapatero znając znacznie dokładniej od nas te realia, jak może je postrzegać? Narzuca się tu prosta odpowiedź: on to postrzega jako oligarchiczny, czyniący demokrację fasadową, niesprawiedliwy politycznie i społecznie, postfrankistowski UKŁAD. W jego (Zapatero) oczach ci przefarbowani na demokratów faszyści przebiegle ukradli hiszpańskiemu ludowi z trudem wywalczoną demokrację, w akcie zmowy elit reżimowych i opozycyjnych („pakt z Moncloa” – hiszpański „okrągły stół” z 1977 r.) dokonali oszukańczej transición ku łże-demokracji, stali się beneficjentami przemian zachowując i dziedzicząc rodzinnie wpływy w polityce, administracji, sądownictwie, armii, biznesie, mediach, tworzących PAJĘCZĄ SIEĆ oplatającą społeczeństwo i państwo. Zniekształcili obraz ponurej przeszłości, narzucając zmowę milczenia o „zbrodniach” dyktatury i uniemożliwiając ich rozliczenie. Cóż zatem czyni natchniony trybun hiszpańskiego ludu, orędownik prawdziwej, nieoligarchicznej demokracji, wierny spadkobierca tradycji republikańskiej, wnuk zamordowanego przez faszystów niezłomnego obrońcy Republiki (tak naprawdę sadysty, skazanego za wyjątkowo okrutną egzekucję jeńców, ale cóż to ma za znaczenie), który nie zapomniał – kiedy szczęśliwy traf dał mu do ręki władzę? Rozbija UKŁAD i niszczy SIEĆ. Przywraca pamięć nakazując zniszczenie wszystkich pomników i emblematów frankizmu; rozlicza przeszłość unieważniając zapadłe wyroki.

Powie ktoś, że złośliwie przesadzamy, że to karykatura, że analogie są tylko pozorne, więc chybione, ponieważ każdy niezacietrzewiony człowiek rozumie, że frankizm to nie komunizm; że przecież wreszcie Zapatero to skrajny lewicowiec i nadto szaleniec świadomie niszczący wszystkie fundamenty cywilizacji i ładu moralnego, a Kaczyński to antykomunista i człowiek raczej „starej daty” (acz bez żaru) w kwestiach moralno-obyczajowych. Oczywiście. W żadnym wypadku nie insynuujemy liderowi PiS „postępowej wścieklizny” à la Zapatero, która u nas ma zupełnie gdzie indziej swoją ekspozyturę, szykującą się w tym samym stopniu do implantowania w sprzyjającej chwili „hiszpańskich porządków”, co do rzucenia się PiS-owcom do gardeł. Lecz, przypomnijmy, nie o identyczność idei tu chodzi, ale o analogię sytuacyjną i strukturalną (w sposobie myślenia). Atoli najważniejsza dla możliwości zaistnienia takiej analogii wydaje się być właśnie kwestia owego antykomunizmu. Są bowiem różne antykomunizmy i jeden drugiemu nie jest równy.

Jest antykomunizm prawdziwej prawicy – to znaczy prawicy metafizycznej, „prawicy Boga”, dextera Domini. W jego oczach komunizm nie stanowi jakiegoś wyjątkowego fenomenu w dziejach, lecz krańcową, ostateczną postać „metafizycznego zła” w historii; kulminację wszystkich religijnych, społecznych, politycznych i kulturalnych rewolucji w dziejach; „omegę” wszystkich liter gnostyckiego alfabetu w dziejach, „gnostyckiego zamroczenia” (jak pisał Voegelin) nienawiścią do Boskiego Ładu nadanego światu, negacją wszystkiego, co nazywamy Bogiem – jak za św. Pawłem przypominał w encyklice O bezbożnym komunizmie papież Pius XI. Zbiorczym imieniem tego alfabetu jest, jak pisał ongiś bp Gaume, REWOLUCJA, lecz pojawienie się tej ostatniej litery (wraz z jej rewersem, czyli nazizmem) przygotowywały wszystkie wcześniejsze od komunizmu ideologie sekularne i ruchy egalitarne. Świadoma walka z komunizmem stanowi zatem uczestnictwo w odwiecznej walce z każdym przejawem Rewolucji. Jest ona zatem KONTRREWOLUCJĄ, dla której pokonanie komunizmu nie stanowi celu samego w sobie, lecz która walczy o RESTAURACJĘ porządku spirytualistycznego, metafizycznego, hierarchicznego, arystokratycznego, wertykalnego, w unii wieczystej Dwóch Mieczy, dwóch Słońc – Kościoła i Monarchii; która – krótko mówiąc – jest KRUCJATĄ dla odbudowania cywilizacji chrześcijańskiej, CHRISTIANITAS. Antykomunizm tak pojęty, wpisany w podstawową antynomię Rewolucji i Kontrrewolucji, stanowi współczesny etap i wyraz odwiecznej walki Dwóch Miast, opisanej przez św. Augustyna: Państwa Bożego i odrzucającego Prawdę, a przeto stającego się civitas diaboli, Państwa Ziemskiego.

Czy antykomunizm Kaczyńskiego i stworzonej przez niego formacji ma coś wspólnego z powyższym? Czy jest on kontrrewolucyjny? Wolne żarty. Taki antykomunizm nie tylko nie jest przez PiS-owców wyznawany i uprawiany, ale dla nich nawet nie jest do pomyślenia. Ich umysły nie nawykły, ba! – nie zetknęły się z tym nawet – do postrzegania świata przez pryzmat egzystencjalnej walki Kontrrewolucji z Rewolucją, Civitas Dei z civitas terrena / diaboli. Co zatem go motywuje?

Publicysta „Europy” – Cezary Michalski napisał niedawno, że antykomunizm braci Kaczyńskich jest antykomunizmem cynicznym, narzędziem politycznej gry cyników, którzy suwerennie decydują kto jest komunistą i bez żenady tolerują w swoich szeregach tych PZPR-wców, którzy są mu posłuszni. To obserwacja trafna, właściwie bezdyskusyjna, bo potwierdzana wieloma dowodami, lecz zupełnie drugorzędna co do znaczenia; ot, taka empiryczna „prawdeczka” na miarę umysłu dobrowolnie zamkniętego w poznawczych granicach doxai. Prawdziwie poważny problem z antykomunizmem PiS nie polega na przesadnej elastyczności, lecz na tym, co jest fundamentem skądinąd jednak szczerych przekonań antykomunistycznych. Otóż tym fundamentem jest przekonanie, że najważniejsze przeciwieństwo komunizmu stanowi demokracja. Dla PiS-owców i ich przywódcy opozycja: demokracjakomunizm stanowi główną oś egzystencjalnej walki politycznej, dokładnie taką samą, jak dla „prawicy metafizycznej” opozycja: Rewolucja – Kontrrewolucja, Civitas Deicivitas terrena. To jest ich sposób postrzegania świata. Tego zupełnie nie rozumieją również ci, którzy stymulują na wszelkie możliwe sposoby antypisowską histerię pod hasłem „obrony demokracji” przed „zapędami autorytarnymi” kaczyzmu, a czasem nawet po prostu faszyzmu. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie: kaczyzm to egalitarny, plebejski, jakobiński ultrademokratyzm, pragnienie zbudowania prawdziwej demokracji mas i dla każdego, odzyskania jej dla „ludzi”, odbicia z rąk elit, które ją zawłaszczyły. Tak często powtarzany przez Jarosława Kaczyńskiego zwrot, że pod jego rządami Polska staje się normalną europejską demokracją, nie jest ani demagogiczny, ani obłudny. On i jego zwolennicy naprawdę tak myślą i tego chcą. Nie tylko Kaczyński, Ludwik Dorn, Zbigniew Ziobro czy Mariusz Kamiński, ale również gosiewszczyzna pomniejszego płazu, jak na przykład medialny gracioso pisiaków, Tadeusz Cymański, który chyba nawet nie potrafi inaczej wspomnieć o demokracji, jak wymawiając jej imię z dodaniem bałwochwalczego przymiotnika „święta”. Oni nie wyobrażają sobie innej normalności niż demokracja. Można by powiedzieć, że PiS-owska „ontologia polityczna” stanowi karykaturę metafizyki św. Augustyna: tak, jak dla biskupa Hippony zło nie było realnością, lecz tylko (jakimś, stopniowalnym) brakiem Dobra, tak dla nich (polityczne) zło jest brakiem demokracji, demokracja zaś samym Dobrem, identycznym z Bytem.

I właśnie dlatego możliwa jest, a nawet oczywista, analogia pomiędzy antykomunistycznym kaczyzmem a antyfrankistowskim (w domyśle: antyfaszystowskim) zapateryzmem. Ugrzęźnięcie umysłu w rzekomo fundamentalnej antynomii: komunizm – demokracja, czyni go bezbronnym na takie pseudoteoretyzacje (a w konsekwencji praktycznie), jak bezalternatywność dla demokracji, w tym znaczeniu, że wszystko, co nie jest demokracją, musi być totalitaryzmem albo komunistycznego albo faszystowskiego chowu. A frankizm oczywiście demokracją nie był. Nie był też komunizmem. „Musiał” zatem być faszyzmem, czyli też brakiem demokracji. Ten brak jest skandalem domagającym się wypełnienia go demokratyczną treścią. Podobnie brak demokracji nie tylko w komunizmie, lecz i postkomunistycznej, oligarchnicznej łże-demokracji. Co też czyni(ą) Jarosław José Luis Kaczyński y Zapatero.

Co było do udowodnienia.

Artykuł ten dedykuję mojemu młodszemu Koledze z UMK, Już Prawie Doktorowi Karolowi D., który ma pełne prawo czuć się jego współautorem.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.